Dziennik Gazeta Prawana logo

Kogo zabija dziś wolność słowa [OPINIA]

2 lipca 2022, 09:39
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Wolność słowa, aktywistka, protest
<p>Wolność słowa</p>/ShutterStock
Każda frakcja polityczna chce walczyć z nadużyciami swobody wypowiedzi. O ile lewica swoich przeciwników zakrzykuje lub zawstydza, o tyle prawica rozwiązuje problem w tradycyjny sposób: cenzurą.

Był początek maja 1994 r., a ludobójstwo w Rwandzie trwało już miesiąc. Sąsiedzi zabijali sąsiadów maczetami, nożami i narzędziami rolniczymi: w domach, budynkach publicznych i na polach. Do mordowania ludności Tutsi podburzały Hutu również rozgłośnie radiowe, czasem podając adresy i numery tablic rejestracyjnych osób, którym udało się zbiec. Społeczność międzynarodowa z przerażeniem słuchała o kolejnych aktach masowej przemocy, ale nie ruszyła z pomocą prześladowanym.

W Waszyngtonie doradcy prezydenta Billa Clintona w Narodowej Radzie Bezpieczeństwa wpadli wtedy na pomysł zagłuszenia rwandyjskiego radia. Administracja demokratyczna była przeciwna interwencji zbrojnej, ale pomysł zablokowania ludobójczej propagandy był znacznie mniej kontrowersyjny. I logiczny. Jeśli radio służy do wzniecania przemocy, to próba zablokowania sygnału wydawała się konieczna.

A jednak to się nie wydarzyło. O odrzuceniu pomysłu zadecydowały przede wszystkim kwestie pragmatyczne: logistyki, skuteczności i ceny takiej operacji. Ale jednym z argumentów przeciwko zagłuszaniu rwandyjskiej propagandy była też wolność słowa: USA nie chciały być postrzegane jako kraj, który ingeruje w swobodę wypowiedzi, tak jak masowo robiły to reżimy komunistyczne i autorytarne. Zbrodnie w Rwandzie trwały kolejne dwa miesiące i pochłonęły życie jeszcze tysięcy niewinnych ofiar.

W ostatnich latach dziennikarze i eksperci znów przypominają tę historię na dowód morderczej mocy słów. Chociaż nowe badania pokazują, że w 1994 r. ludobójcze komunikaty nadawane przez radio nie miały ogólnokrajowego zasięgu (tylko 10 proc. mieszkańców Rwandy miało wtedy radioodbiorniki), a do większości zabójstw Tutsi doszło, jeszcze zanim zaczęto je emitować, to trudno dyskutować z tym, iż nienawiść i dehumanizowanie wybranych grup obywateli mogą się przyczynić do atmosfery prowadzącej do realnych zbrodni. Sądzę też, że tamta lekcja może pozwolić nam – zamożnym społeczeństwom Zachodu lepiej zrozumieć nasze wyzwania: od rosyjskiej dezinformacji po cybernękanie wśród nastolatków. Ale pokazuje ona coś jeszcze: jak daleko zostawiliśmy rzeczywistość sprzed ponad ćwierćwiecza za sobą. Dziś wielu niespecjalnie chce bronić wolności słowa nawet w dużo mniej dramatycznych okolicznościach. Coś się zmieniło: potrzeba ograniczenia wolności słowa staje się nowym konsensusem. Choć zgody co do tego, gdzie leży problem i jak go rozwiązać, nie ma.

CZYTAJ WIĘCEJ W ELEKTRONICZNYM WYDANIU MAGAZYNU "DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ">>>

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj