Ministerstwo Edukacji zafundowało uczniom szkół średnich nowych przedmiot: historia i teraźniejszość, po czym ubarwiło go karykaturą podręcznika o tym samym tytule. Zabawa z tą książką już jest przednia, a zapowiada się, że gdy w szkołach zabrzmi pierwszy dzwonek, będzie jeszcze weselej. Trzeba więc korzystać i się pośmiać, nim stopniowo nadejdzie wielka przemiana społeczna. Zjednoczona Prawica uczciwie pracowała na nią dwie sejmowe kadencje. Zaś autorski esej prof. Wojciecha Roszkowskiego, omyłkowo nazywany podręcznikiem, tylko ją przyspieszy.

Reklama

Wersja konserwatyzmu dla elit

Zacznijmy od tego, że jeszcze kilka lat temu Polacy uchodzili za jedną z najbardziej konserwatywnych nacji w Europie. Na dowód tego przytaczano liczne badania socjologiczne i sondaże, porównujące poglądy mieszkańców III RP z zapatrywaniami obywateli innych krajów. Odnosiły się one do takich kwestii jak przywiązanie do religii i tradycyjnego modelu rodziny, a także aborcji, antykoncepcji, małżeństw jednopłciowych, etc. Jeszcze w 2015 r. wynikało, że statystyczny Polak jest dużo bardziej zachowawczy niż mieszkaniec Europy zachodniej. Mając taki punkt odniesienia, nawet wyborcy SLD mogli uchodzić za konserwatystów, choć sami się nimi absolutnie nie czuli. Symptomatycznie prezentowały się ówczesne wycieczki programowe Platformy Obywatelskiej na progresywną stronę w poszukiwaniu nowych wyborców. Ich efektem okazywało się zero nowych głosów plus premia w postaci odpłynięcia od partii najbardziej tradycjonalistycznie nastawionego elektoratu. Jeszcze wcale nie tak dawno społeczeństwo III RP w swej masie mogło uchodzić za - używając archaicznego określenia - bogobojne, czyli żyjącą zgodnie z przepisami dominującej religii. W tym wypadku katolicyzmu. Przypomnijmy, że Jan Paweł II śnił sobie ledwie dwie dekady temu, że Polacy będą nawracać zlaicyzowanych Zachód.

Reklama

Oprócz konserwatyzmu społecznego istnieje też jego wersja dla elit. W swej pozytywnej formie oznacza on nie tylko przywiązanie do starych wartości, ojczyzny, tradycji oraz rodzimej kultury i historii. Pozwala także intelektualnie mierzyć się z nowoczesnością nie po to, żeby ją odrzucić, lecz dostrzec tkwiące w niej zagrożenia i próbować im zapobiegać. Zachowawczość i przywiązanie do wartości pozwalały zauważyć, że eugenika nie udoskonali społeczeństwa, lecz przysporzy ogromnych cierpień milionom ludzi. Że komunizm i faszyzm nie są przyszłością nowoczesnej Europy, lecz drogą na samo dno piekła ludobójstwa. Konserwatyzm w swej pozytywnej formie to bezpiecznik sprawiający, że zmiany mogą zachodzić w sposób ewolucyjny (bo społeczeństwa z natury swej zmieniają się nieustannie), a nie na modłę destrukcyjnej rewolucji.

Trudno powiedzieć, jaki konserwatyzm miała na myśli Zjednoczona Prawica w 2015 r., niosąc go na swych sztandarach. Jednak na pewno nie wspominała nic o planach jego sukcesywnego ukatrupienia w dwie kadencje.

Koniec mody na Żołnierzy Wyklętych

To zresztą wydawało się wręcz niemożliwe. Druga kadencja rządów PO, podczas której najbardziej wysublimowaną ideą oferowaną obywatelom była "ciepła woda w kranie", okraszona od święta orłem z białej czekolady, przyniosła wzmożenie patriotyczne młodego pokolenia. Emanacją tego stała się odzież patriotyczna (pamięta ktoś jeszcze wszystkie te koszulki?) oraz moda na Żołnierzy Wyklętych. Tak było zaledwie osiem lat temu. Niecała dekada upamiętniania na wszelkie sposoby przez Zjednoczoną Prawicę antykomunistycznego podziemia zbrojnego wystarczyła, by uczynić z tego propagandową wydmuszkę. Dziś młody Polak na słowa "Żołnierze Wyklęci" reaguje ostentacyjnym odruchem wymiotnym. Zadziwiająco podobny efekt rządzący osiągnęli na niwie wspierania Kościoła i katolicyzmu. Wedle ankiet przeprowadzonych przez CBOS w 2012 r. w szkołach średnich, aż 93 proc. uczniów deklarowało chęć uczestniczenia w lekcjach religii. Te same badania w 2018 r. wykazały spadek do 70 proc., a w lipcu 2022 r. przyniosły wynik 54 proc. Czyli już połowa uczniów nie ma ochoty mieć cokolwiek wspólnego z religią katolicką oraz wartościami bogoojczyźnianymi.

Oczywiście obóz władzy może tu oponować, że to efekt działań nowoczesnych mediów, lewicy, Zachodu, etc. (a po cichu dodać, że także zamiatania pod dywan kolejnych afer przez hierarchów kościelnych). Jednak nagłe przyśpieszenie trendu po 2015 r. daje do myślenia. Podobnie zresztą jak widowiskowe klęski polityki historycznej. Najlepszym świadectwem tego, że przeszłość, tradycja i patriotyzm są dla rządzącej Zjednoczonej Prawicy ważna, mógłby być budżet Instytutu Pamięci Narodowej. W 2015 r. wynosił on 249 mln złotych, a w 2021 r. już 397 mln.

Z faktu, że na przykład Agencja Wywiadu, obowiązana monitorować zagrożenia zewnętrzne, musiała w 2021 r. zadowolić się kwotą 275 mln zł, można wysnuć wniosek, iż przeszłość dla rządzących jest o jakąś jedną trzecia ważniejsza od teraźniejszości.

Tymczasem pomimo deszczu pieniędzy organy polityki historycznej, gdy nadciągała nagle jakaś, piekielnie ważna rocznica, reagowały na nią wciąż tym samym zaskoczeniem. Stulecie odzyskania niepodległości, stulecie zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej, itd., itp. Rocznice spadały na Zjednoczoną Prawicę jak dopusty boże, żeby ją pognębić. Ani razu nie udało się uczynić którejś czymś adekwatnym do ważności wydarzenia. Stulecie odzyskania własnego państwa – ławeczki. Stulecie pokonania bolszewików – zrobienie dziury w ziemi na fundamenty muzeum. Siedem lat imposybilizmu z miliardami złotych przepalonych w tle. Oto całości polityki historycznej.

Fala protestów ulicznych

Choć jest rzecz, którą od niej zrobiono jeszcze gorzej. Tu aż prosi się o przypomnienie sekwencji kolejnych zdarzeń. Prawo i Sprawiedliwość wygrywa wybory, po czym bierze się na rympał za Trybunał Konstytucyjny. Uwieńczeniem tego jest postawienie na jego czele "odkrycia towarzyskiego prezesa", Juli Przyłębskiej. Dosłownie nikt w III RP nie żywi złudzeń, w jakiej postawie i czemu na baczność pani prezes odbiera telefony od prezesa wszystkich prezesów. Zaczyna się pandemia, ludzie są przestraszeni, zmęczeni lockdownami, przygnębieni. Pod koniec października 2020 r. Jarosław Kaczyński wpada na pomysł załatwienia sprawy z aborcją. Trybunał wydaje stosowne orzeczenie. Jest ono dla znękanych epidemią obywateli w takim momencie jak splunięcie w twarz i poprawienie jeszcze siarczystym policzkiem. Przez Polskę przetacza się fala protestów ulicznych największa od czasów pamiętnych lat 80. Miesiąc później CBOS odnotował, że w najmłodszej grupie wyborców nastąpił skokowy wzrost deklarowanej sympatii do wartości lewicowych z 15 do ok. 30 proc.

Na tle wyliczonych powyżej działań Zjednoczonej Prawicy, zmierzających do wykorzenienia w Polsce wszystkiego co konserwatywne, eseistyczna książka "Historia i Teraźniejszość" (zwana dla niepoznaki podręcznikiem) wydaje się mało znaczącym grzeszkiem. Ot, wybrano na autora profesora uznawanego za "swojego". Nie pomyślano, by ktoś (tak jak niegdyś świętej pamięci Anna Radziwiłł) zadbał o to, żeby książka od strony treści merytorycznych i dydaktycznych posiadała cechy podręcznika. Proces recenzyjny przepchnięto na rympał, przy butnych okrzykach ministra edukacji, jaki to hit się szykuje. Czyli zrobiono wszystko zgodnie ze sprawdzonym schematem działania Zjednoczonej Prawicy. Efekt końcowy otrzymano adekwatny do schematu.

Kolejne dożynanie konserwatyzmu

Teraz zaś nadchodzi schematyczny ciąg dalszy, czyli pora walki medialnej, toczonej wokół HiT-u, przez wszystkie siły politycznej, znajdujące się w fazę przedwyborczej rui. Pierwszy sygnał do naparzanki dał już burmistrz Ustrzyk Dolnych, działacz Polski 2050 Bartosz Romanowicz. Na mocy nadanego samemu sobie uprawnienia zakazał nauczycielom szkół ponadpodstawowych w jego mieście korzystania z książki prof. Roszkowskiego. Wprawdzie nauczyciele, w oparciu o obowiązujące w III RP prawo, mogą burmistrzowi odpowiedzieć, gdzie ma możność ich pocałować, lecz pierwsze kamyczki lawiny ruszyły.

Hitem września będzie: kto, jak, gdzie i w jaki sposób zakaże lub zbojkotuje "Historię i Teraźniejszość". Następnie minister Czarnek ze wsparciem kuratoriów i rządu stoczy bohaterską walkę z rebeliantami. Nota bene sfrustrowana brakiem podwyżek kadra nauczycielska zyskuje przy tej okazji możność, by na różne sposoby wziąć mały rewanż na Ministerstwie Edukacji. Zapowiada się więc niezła zabawa.

Natomiast w dłuższym terminie odbędzie się kolejne dożynanie konserwatyzmu, bo przecież książkowy esej prof. Roszkowskiego to próba wpojenia młodzieży myśli konserwatywnej i stosownej do niej wizji historii współczesności. Przy czym przeprowadza się to tak, aby młody organizm natychmiast doznał mocnej reakcji alergicznej. Autor za pośrednictwem swej książki raczy uczniów własnym, subiektywnym strumieniem świadomości. Ten jest już bardzo staromodny, pełen fobii, zwłaszcza w dziedzinie prokreacji, muzyki i relacji społecznych. Najgłośniejsze cytaty, zwłaszcza ten o "hodowli ludzi", świadczą także, iż profesor nie do końca rozgranicza teraźniejszą rzeczywistość od prozy SF i filmów z tego samego gatunku. Na dokładkę "Historia i Teraźniejszość" upstrzona jest błędami merytorycznymi, zwłaszcza w podpisach pod ilustracjami. Na mapie Polski po 1945 r. da się znaleźć województwo lwowskie, a Bierut zostaje prezydentem PRL, choć nazwę Polska Rzeczpospolita Ludowa wprowadziła dopiero w 1952 r. stalinowska konstytucja.

"Zabawa" na cały rok szkolny

Jako że wejściu do szkół HiT-u towarzyszy bezprecedensowa kampania promocyjna, nie istnieje szansa, by uczniowie odmówili sobie przyjemności przestudiowania rozreklamowanego dzieła. Czerpiąc z tego mnóstwo uciechy. A jeśli nie daj Boże będą z niego korzystać, to dobra zabawa potrwa cały rok szkolny. Tak realizując w praktyce regułę, że jeśli chce się jakiś nurt ideowy zniszczyć, to nie ma skuteczniejszej drogi od uczynienia go śmiesznym. Z czymś, co karykaturalne i żenujące, niewielu, zwłaszcza młodych ludzi, chce być kojarzona.

Wprawdzie z racji demograficznej przewagi liczebnej starszego pokolenia przemiany społeczne przebiegają w Polsce wolnej, dzieło Zjednoczonej Prawicy przyniesie w końcu odczuwalne efekty. Zwłaszcza, że na polu eksterminowania konserwatyzmu wśród młodszych pokoleń Polaków rządząca prawica jest wręcz bezlitosna.