Jest rzeczą interesującą, którymi ze swych grzechów Prawo i Sprawiedliwość znów obraziło Pana Boga, skoro w ramach standardowej kary po raz kolejny odebrał rozum kierownictwu tej partii. Robi to zresztą dość regularnie. A to przy okazji przejmowania na rympał Trybunału Konstytucyjnego, reformy sądownictwa, wyborów korespondencyjnych „które na pewno odbędą się 10 maja”, wymyślania ustawy mającej zmusić koncern Discovery do odsprzedania większościowych udziałów w TVN, piątki dla zwierząt, itp. itd. Zwykle dzieje się to wiosną. Nadchodzą cieplejsze dni i w mózgach kierownictwa PiS-u, zachodzi zagadkowe iskrzenie. Po nim następuje wykwit czegoś zupełnie od czapy. Kolejna prawidłowość jest taka, że im bliżej wyborów, tym iskrzy mocniej.

Reklama

Koła ratunkowe dla PiS

Jednak najwyraźniej zsyłający te wyładowania Pan Bóg pozostaje łaskawy, ponieważ wprawdzie obozowi władzy odejmuje rozumu, lecz wciąż nie odcina od przydziałów szczęścia. Jedynie dzięki niemu, jakby się PiS na czele ze swym Naczelnikiem nie próbował pogrążyć, tuż przed katastrofą dostaje koła ratunkowe.

Tym razem pojawiły się dwa, dające szansę uwolnienia od tworu, którego pełna nazwa brzmi: PaństwowaKomisja do spraw badania wpływów rosyjskichna bezpieczeństwo wewnętrzne Rzeczypospolitej Polskiej w latach 2007-2022.

Reklama

Dla rządzących największym problemem ze wspomnianą komisją jest to, że nawet wyborcy z twardego elektoratu partii niespecjalnie wierzą, aby miała on w pierwszej kolejności zajmować się badaniem wypływów rosyjskich w Polsce. O reszcie społeczeństwa już nie wspominając. Gdyby komisja ta w swym prawnym kształcie nie łamała tak ordynarnie zapisów Konstytucji oraz reguł oddzielających władzę wykonawczą od sądowniczej i tak przytłaczająca większość wyborców nie uwierzyłaby, iż jej pełna nazwa jest adekwatna do tego, czym się zajmie. Zwłaszcza jeśli za pięć miesięcy są wybory.

Jeśli jakimś cudem w jej skład weszłoby dziewięciu sprawiedliwych, cieszących się autorytetem i nieposzlakowaną opinią ludzi i tak by to nie pomogło. Gdyby owi sprawiedliwi wykonali uczciwie swoją pracę odmawiając realizowania poleceń płynących nawet z Nowogrodzkiej i doszli do prawdy, mało kto by w nią uwierzył. Jednak nie przesadzajmy tu z rojeniem o cudach tak wielkiego kalibru.

Wszystko bowiem wskazuje na to, że całą komisję do spraw badania wpływów rosyjski obsadzi swymi ludźmi partia rządząca. Zatem, co by nie odkryła, czy ogłosiła, jedynym efektem będzie mobilizowanie wyborców opozycji oraz wahających się. Choćby dlatego, że w naturalnym odruchu ludzie najbardziej nie cierpią tych, którzy zmieniają reguły gry podczas jej trwania oraz grają nie fair. A już zwłaszcza, kiedy faulując, rżną głupa mówiąc, iż przecież to jest zgodne z prawem, jakie daje trzymanie w ręku sejmowej większości.

Twardy elektorat PiS, Donald Tusk i… Hans Kloss

Natomiast w odniesieniu do twardego elektoratu PiS-u praca komisja nie zmieni absolutnie niczego. On przecież już od lat wie, że Donald Tusk w zasadzie niczym nie różni się od Hansa Klossa. Mianowicie pracuje dla niemieckich tajnych służb jedynie po to by ukryć, że tak naprawdę jest agentem Moskwy. Ustalenia komisji cokolwiek zmieniłyby w postawie akurat tej grupy wyborców jedynie wówczas, gdyby oznajmiła ona w swym sprawozdaniu (wedle ustawy ogłosi jej najpóźniej 17 września), iż szef Platformy jest uczciwym polskim patriotą i dodała jeszcze to samo o Radosławie Sikorskim. Jednakże nie o taki rodzaj zmiany Nowogrodzkiej chyba chodzi.

Acz warto byłoby jeszcze dorzucić przesłuchanie Janusza Korwin-Mikke i Grzegorza Brauna (najlepiej obu na raz) transmitowane przez media. Taki cyrk prezentowałby się ciekawej nawet od finału Ligi Mistrzów.

Zatem skoro marna mniejszość wierzy w narrację, że komisja powstała faktycznie po to, żeby badać rosyjskie wpływy, już niemal nikt nie ma złudzeń, iż zdoła ona poprawić notowania sondażowe Zjednoczonej Prawicy. Za to mnożą się rozliczne teorie, sprowadzające się do rozważań, po co tak naprawdę ludzie stojący na czele obozu władzy (być może osobiście sam Naczelnik) zdecydowali się wdepnąć w to ... rozwiązanie.

Lista strat jest długa

Lista strat, jakie ono generuje jest przecież długa i z każdym dniem wydłuża. Za sprawą inwazji Rosji na Ukrainę oraz swej postawy Polska zaczęła wychodzić z izolacji w Unii Europejskiej. To rodziło nadzieję uzyskania jakiegokolwiek wpływ na kluczowe decyzje zapadające w Brukseli. A w najbliższych latach zaważą one na codziennym życiu wszystkich Polaków. Za sprawą komisji Warszawa ponownie ustawia się w roli „chłopa do bicia”, publicznie poniewieranego przez każdego, kto ma na to ochotę. Ale widać komisja jest tego warta.

Przez półtora roku udało się ocieplić relacje z Waszyngtonem, a wszelkie drażliwe kwestie zostały przez Amerykanów odsunięte w kąt. Teraz ambasador Brzeziński już dał do zrozumienia, że ten stan rzeczy może okazać się przejściowy. Widać komisja jest tego warta. W obecnym kształcie komisja ma wszelkie szanse na zdyskredytowanie prób ustalenia, jaki wpływ na politykę wewnętrzną oraz zagraniczną III RP wywarła w tym stuleciu Moskwa. Czyniąc to w stylu identycznym do tego, jak wyjaśnianie katastrofy smoleńskiej skompromitowała komisja Antoniego Macierewicza (jest on naturalnym kandydatem, żeby podjąć się kolejnego wyzwania).

Jej działania mają też spore szanse, żeby ośmieszyć obóz władzy, a przywódców opozycji wykreować na ofiary represji. I to nawet gdy członkom komisyjnego gremium zabraknie odwagi, by liderów partii opozycyjnych na czele z Donaldem Tuskiem obłożyć administracyjnym zakazem: „pełnienia funkcji związanych z dysponowaniem środkami publicznymi na okres do 10 lat”, odebrać prawo do wglądu w tajne dokumenty oraz pozwolenia na broń. Tyle bowiem może w praktyce wobec polityków owa komisja.

Znakomite paliwo wyborcze

Najzabawniejsze w tym wszystkim jest, że owszem te zakazy uniemożliwiają bycie szefem rządu lub ministrem, jednak jednocześnie są znakomitym paliwem wyborczym, niezbędnym opozycyjnym partiom do odniesienia zwycięstwa. Tymczasem wedle przyjętej w tym tygodniu ustawy (artykuł 10, pkt 4) sejmowa większość posiada prawo odwołania każdego członka komisji i mianowania w jego miejsce kogoś innego. Jeśli opozycja po ewentualnym wygraniu wyborów wykaże się odrobiną zdrowego poczucia humoru, wówczas wymieni skład opisywanego gremium na własny. Ten zaś mógłby odwołać lub zmienić wszelkie wcześniejsze decyzje.

Przy nieco większym poczuciu humoru należałoby nowej komisji podesłać dzieła zebrane Tomasza Piątka i dorzucić jako kluczowego eksperta gen. Piotra Pytla. Wówczas politycy PiS-u na własnej skórze przekonaliby się, że rosyjskie wpływ są wszędzie, a już zwłaszcza w ich partii.

Jednakże poczucie humoru bywa bardziej subtelne. Precedensowe rozwiązanie z pozaparlamentarną komisją wyposażoną w prawo ferowania decyzji administracyjnych, które może podważyć jedynie Naczelny Sąd Administracyjny (a ten kontroluje tylko samą procedurę), to idealny sposób na likwidowanie w Polsce wpływów wcale nie rosyjskich. Jeśli zmieni się obóz władzy i doczeka końca kadencji Andrzej Dudy, to zyska teoretyczną możność, by powołać sobie własną komisję. Po odpowiednim dobraniu nazwy i uprawnień nic szybciej nie przeczyści całego państwa z ludzi Zjednoczonej Prawicy od góry do samego dołu.

Nota bene Prawo i Sprawiedliwość dało właśnie instytucjom Unii Europejskiej oraz Waszyngtonowi znakomity argument, by w przyszłości, jeśli znajdzie się w potrzebie, nie móc liczyć na choćby słowo w obronie praworządności i demokracji w Polsce.

No, ale widać komisja do spraw badania wpływów rosyjskich warta jest każdego ryzyka. Acz do czego miałaby ona służyć, skoro tak ją skonstruowano, żeby w praktyce nie nadawała się do niczego, trudno zgadnąć.

Najbardziej śmiałe teorie mówią, że służy do wspierania Platformy, by na opozycji wciąż było tak jak jest od lat. Dzięki czemu Zjednoczona Prawica zachowuje szansę utrzymania się przy władzy. Jednakże wszystko zaczęło zmierzać w drugą stronę.

Nowelizacja nieszczęsnej ustawy i… sędzia Marciniak

Jeśli więc ta spekulacja okazałaby się najbliższa prawdy to wkrótce ujrzymy, jak kierownictwo Prawa i Sprawiedliwość po otrzeźwieniu chwyta się dwóch kół ratunkowych, rzuconych w piątek. Pierwsze zaoferował prezydent swym projektem nowelizacji nieszczęsnej ustawy. Ponowne puszczenie w ruch machiny parlamentarnej daje okazję do tak gorliwego procedowania nowelizacji, iż w końcu wszystko się zawiesi i wyborcy do października o sprawie zapomną.

Drugim, cennym medialnie kołem ratunkowym stała się burza wokół groźby odsunięcia sędziego Szymona Marciniaka od prowadzenia finału Ligi Mistrzów. Cennym, bo UEFA zareagowała na zarzuty stowarzyszenia „Nigdy więcej” piętnującego najlepszego z polskich arbitrów za udział w imprezie zorganizowanej przez Sławomira Mentzena. To zaś rządowe media od razu połączyły z „donosami słanymi przez liberalno-lewicową opozycję do Brukseli”.

Po tygodniu coraz bardziej karykaturalnych wysiłków polityków Zjednoczonej Prawicy, by przekonać kogokolwiek o ich czystych intencjach w kwestii komisji, wreszcie mogli zająć się czymś przyjemniejszym. Do tego jeszcze pochwalić sukcesem, bo Marciniak jednak będzie sędziował. Lepszego momentu, by wyjść z tego w co obóz władzy wdepnął już nie będzie. No, ale jeśli Pan Bóg odbiera rozum, to nawet najszerszy uśmiech losu przemija zupełnie niezauważony.