Oczywiście – kiedy państwo nie pomaga kulturze, kultura próbuje sobie radzić i radzi sobie inaczej. W Polsce pokutuje jednak wieloletnie przyzwyczajenie do
opiekuńczego państwa i powstałe w tej relacji struktury nie są łatwe do szybkiej zmiany. Ale ten problem można również postawić inaczej.
Czy państwo może sobie pozwolić na ignorowanie potrzeb kultury, na pozostawienie kultury samej sobie? I co by to oznaczało? Oznaczałoby oczywiście komercjalizację kultury, uzależnienie jej od
społecznego popytu, od ludycznych potrzeb społeczeństwa. Oznacza to zarazem amputowanie najważniejszego, twórczego, poszukującego i atakującego rdzenia kultury. Jeśli państwo chce mieć
zdrowe, twórcze i w sumie skuteczne (również na polu gospodarczym) społeczeństwo – nie może sobie pozwolić na pozostawienie kultury na łasce losu. To wcale nie jest równoznaczne z
wpływaniem na kulturę i wymuszaniem na niej postaw. Sartre powiedział w którymś ze swoich dzieł, że najmądrzejsza władza wie, jak bardzo w ostatecznym rachunku opłaca się posiadanie i
wspomaganie wolnej kultury. Oczywiście nie mówimy o ustrojach totalitarnych – niestety w tym względzie przyzwyczajenia i praktyki komunizmu są u nas ciągle jeszcze niewymazywalne.
Władza wymaga od kultury aktów wdzięczności, a my się nawet temu nie dziwimy.
Ogromna – albo raczej może być ogromna. Media publiczne mogą spełniać rolę, której nawet nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Tymczasem jak dotąd, wszystko, co widzimy w TVP, to
fuszerka, niewykorzystywanie możliwości mediów publicznych jako nośnika dzieł i aktów kulturowych. Tymczasem zdanie się w myśleniu o mediach publicznych na mechanizmy inercji, na pasywną
akceptację potrzeb rynku jest wyjściem najgorszym z możliwych. To nie jest nawet spełnianie potrzeb społeczeństwa.
Na pewno? To właśnie jest spełnianie woli najrozmaitszych spryciarzy, którym się wydaje, że ludzie pragną wyłącznie najwulgarniejszej kulturowej strawy. W krajach o długim doświadczeniu
rozwoju kultury w mechanizmach kapitalizmu pojawili się ludzie, których wyobraźnia wyrasta ponad mentalność straganiarskich handlarzy. Tacy ludzie potrafią wpaść na pomysł, że amatorzy
ambitnej sztuki też stanowią dostatecznie sporą grupę, na którą można postawić i zarobić. W Polsce to w dużej mierze jeszcze wciąż przed nami.
To byłby wstyd dla obecnej władzy. Ale w tym celu trzeba jeszcze zrobić parę kroków, żeby ten wstyd stał się naprawdę widoczny, żeby władza, której rozeznanie w subtelnościach
kulturowych mechanizmów jest wciąż żenująco znikome – i to jest standard niezależny od formacji politycznej – uzmysłowiła sobie ten wstyd. Wstyd jest bardzo silnym
argumentem, tylko trzeba go umieć rozniecić.
Nie posądząłbym aktualnie sprawujących władzę polityków o demoniczne strategie wobec kultury ani o świadome działania na rzecz zaniżenia poziomu duchowego społeczeństwa. Słynne zdanie
Goebelsa o kulturze i rewolwerze trudno tu tak naprawdę zastosować – choć sięgnął po nie Kilar. Przy okazji bowiem nasuwa się myśl, że politycy faszystowskich Niemiec wyżej cenili
kulturę niż nasi obecni – inna rzecz, co próbowali z nią zrobić. Świadczyło to jednak o tym, że byli świadomi wielkiego znaczenia i mocy tego instrumentu. Podejście naszych
polityków do kultury i jej twórców to przede wszystkim ignorancja. Politycy stali się swoistymi specjalistami (choć jakże dalelekimi od profesjonalizmu) coraz odleglejszymi od
ogólnohumanistycznych terenów. Kulturę i ludzi kultury traktują nierzadko jako swoistą konkurencję w walce o miłość, uznanie czy choćby tylko uwagę społeczeństwa.
Oni też często chcą być gwiazdami. Kiedy zadaje się im pytania o kulturę, czują się kompetentni, uprawnieni do autorytarnych czy arbitralnych odpowiedzi. Nic dziwnego, że te odpowiedzi są
najczęściej żałośnie powierzchowne, a kiedy się je zaatakuje czy ośmieszy – a robią to najczęściej dziennikarze, intelektualiści albo sami twórcy – to ich autorzy
czują się zaatakowani, narażeni na śmieszność i zamrażają się mściwie w swoich sądach. Wszystko to jakieś mechanizmy podwórkowe. Już nawet nie – a w każdym razie nie tylko
– partykularne, partyjne względy polityczne. Przerażający w naszej obecnej polityce jest jakiś infantylny, zdeterminowany osobistymi motywami spór o autorytet. I jak na ironię ten
autorytet na każdym polu groteskowo upada. Od czasów komunizmu nie może skończyć się u nas albo zejść na bardziej konstruktywne tory bezustanny konflikt polityków z elitami intelektualnymi.
Trwa jakiś mechanizm, jakiś klincz prowadzący do nieuchronnego zbłaźnienia się. Politycy wciąż na progu tego unicestwiającego zbłaźnienia czują się prowokowani do radykalnych posunięć,
te okazują się najczęściej błędne.
To pomysły powierzchownych specjalistów, interwencje w mechanizmy, których się nie zna, akty reformatorskiej pychy. Poza tym jeszcze jedno – wciąż w tego typu projektach z uporem
wracają – można by nawet wykreślić sinusoidę tych nawrotów – motywy i owoce miernych wyobraźni – pomysł konkursów to właśnie jedna z takich idei. W praktyce
konkursy kończą się tak, że pomysł mierny, prawie niewykonalny i wiecznie pomijany zostaje uznany przez mierne gremium oceniające za najlepszy. Konkurs jest ideą uporczywie wymazującą
autentyczne mechanizmy powstawania kulturowych i artystycznych zjawisk. To nie demoniczna strategia niszczenia kultury, to dopuszczanie do kulturowego dyskursu sfrustrowanych i równie zadufanych jak
niedojrzałych naprawiaczy. I w ogóle wtrącanie się do zjawisk, które żyją. Jakby za mało było w życiu publicznym rejonów naprawdę martwych i trupów.