Tymczasem wielu z nich nie chce się nawet rozliczyć z długów, jakie mają w sejmowej kancelarii. Są w sumie winni 4 miliony złotych. Blisko połowa z posłów winnych pieniądze Sejmowi to politycy z drużyny Andrzeja Leppera. Mimo że siedzą w długach po uszy - to gdy doskwiera głód, to stać ich na sushi i stołują się tylko w najbardziej ekskluzywnych i drogich japońskich restauracjach.
Czemu byli posłowie mieliby dalej pobierać pensje w Sejmie? Czyżby były parlamentarzysta nie mógł iść do normalnej pracy? - pyta "Fakt". Zdaniem Jerzego Budnika z Platformy Obywatelskiej - nie.
"Po latach spędzonych w Sejmie wielu polityków nie może później wrócić do życia zawodowego" - użala się Budnik kierujący z ramienia Platformy sejmową komisją regulaminową i spraw poselskich. Według jego kolegi z Lewicy i Demokratów Witolda Gintowta-Dziewałtowskiego, politycy zadowoliliby się skromnymi trzema tysiącami złotych - pisze "Fakt".
"Pensje i ekstraemerytury powinni dostać tylko ci, którzy pełnili funkcję co najmniej dwie kadencje" - zaznacza wspaniałomyślnie poseł lewicy. Sam zasiada w Sejmie już cztery kadencje, więc na ekstrapensję z całą pewnością się załapie.
Według danych ujawnionych przez "Rzeczpospolitą", aż 42 posłów ubiegłej kadencji nie rozliczyło się jeszcze ze swoich długów wobec Kancelarii. Niektórzy nie rozliczyli się z niskooprocentowanych pożyczek, inni nie oddali pieniędzy z ryczałtów pobranych na wynajem biur i za płacenie rachunków telefonicznych - czytamy w "Fakcie".
Wśród posłów dłużników są tak znane nazwiska, jak: Renata Beger, Krzysztof Bosak, Paweł Poncyljusz, Jerzy Wenderlich czy Paweł Śpiewak.