Jaruckiej grozi pięć lat więzienia za posługiwanie się sfałszowanym upoważnieniem do zmiany oświadczenia majątkowego byłego szefa polskiej dyplomacji. Kobieta cały czas upiera się, że to Cimoszewicz kazał jej usunąć z oświadczenia informację, że ma akcje Orlenu. I że upoważnienie nie było sfałszowane.
Przed warszawskim Sądem Okręgowym dawna asystentka mówiła, że Cimoszewicz - gdy był jej szefem - kilka razy prosił ją o przygotowanie różnych dokumentów z różnymi datami, które później sam podpisywał. "Tak też było z upoważnieniem dla mnie, które Włodzimierz Cimoszewicz kazał mi przygotować do swojego oświadczenia majątkowego" - dodała.
Anna Jarucka odpowiada też za przetrzymywanie w domu dokumentów, których nie miała prawa wynosić z ministerstwa. Tłumaczyła przed sądem, że czasem zabierała pracę do domu, a o jednym z dokumentów po prostu zapomniała.
Afera, którą wywołała Anna Jarucka, doprowadziła do wycofania się z polityki Włodzimierza Cimoszewicza. Sprawa z jego oświadczeniami majątkowymi wyszła na jaw w trakcie jego kampanii prezydenckiej. Mimo że miał dobre wyniki w sondażach, postanowił się wycofać najpierw z wyścigu o fotel prezydenta, a potem w ogóle z działalności politycznej.
Na kolejnej rozprawie - 13 lutego - zeznania ma składać Włodzimierz Cimoszewicz.