"O zleceniu wiem z trzech niezależnych od siebie źródeł" - wyjaśniał były premier DZIENNIKOWI. Nie chciał jednak powiedzieć, kto organizował inwigilację.
"Marcinkiewicz opowiada jakieś bajki, bzdury" - ostro zareagował premier. "To przykre, bo wiele zawdzięcza PiS. Ja rozumiem ludzkie frustracje, ale pan Marcinkiewicz nie został przez nas skrzywdzony" - dodał Jarosław Kaczyński.
Po tych słowach Kazimierz Marcinkiewicz natychmiast wycofał się z tego, co wcześniej twierdził. "Nigdy i nigdzie czegoś takiego nie powiedziałem i nic na temat podsłuchiwania mnie czy inwigilowania nie wiem" - powiedział Polskiej Agencji Prasowej, całkowicie zaprzeczając temu, co zdradził DZIENNIKOWI.
A że nie wykluczał podsłuchiwania? "A premier Kaczyński wyklucza, że nikt go nie podsłuchuje? Ja myślę, że nikt nie wyklucza" - bronił się Kazimierz
Marcinkiewicz.
Kazimierz Marcinkiewicz dla DZIENNIKA:
Paweł Reszka, Michał Majewski: Czy to prawda, że w grudniu 2005 r., gdy był pan premierem, ważna osoba związana z PiS, która nie pełniła żadnych funkcji państwowych, prosiła służby o zbieranie informacji na pana temat?
Kazimierz Marcinkiewicz, były premier: Sporo panowie wiecie.
Czy tak było?
Nie mogę zaprzeczyć tej informacji
Kto prosił o inwigilowanie pana? Kto konkretnie był o to proszony?
Odmawiam odpowiedzi. Panowie, zostawcie tę sprawę.
Czy służby zgodziły się na prowadzenie działań przeciw panu?
Z tego, co wiem, nie.
Czy jest prawdą, że to ówczesny szef ABW Witold Marczuk odmówił założenia panu podsłuchu i zbierania o panu informacji?
Nie mogę temu zaprzeczyć.
Skąd pan wie, że było zlecenie inwigilowania pana?
Z trzech niezależnych od siebie źródeł. Nie rozumiem, po co ta zawierucha. Od 10 lat żyjemy w świecie Orwellowskiego
"Roku 1984" - mnie ten świat nie przeraża, a nawet nie męczy. Nie mam nic do ukrycia. Jak ktoś lubi podsłuchiwać, niech wobec mnie robi to do woli.