Propozycje PiS nowej ordynacji wyborczej przybliżają czy oddalają wizję wspólnych list opozycji?

Na pewno resetują wszystkie dotychczasowe ustalenia między nami. Zasady gry są bowiem zmieniane nie w sposób kosmetyczny, ale wręcz radykalny. Jest kilka możliwych scenariuszy, a najtrudniejsza jest odpowiedź na pytanie, jak będą wyglądać okręgi wyborcze. Od tego będzie zależała decyzja, czy do wyborów idzie się samemu, czy próbuje się budować szersze porozumienie. Jeżeli wskutek zmian forsowanych przez PiS realny próg wyborczy zostanie podniesiony do 25 proc., wiele partii będzie musiało zweryfikować swoje dotychczasowe plany.

Reklama

Ostateczne wersje okręgów wyborczych możemy poznać tuż przed wyborami. I wtedy na negocjacje w szeregach opozycji może być już za późno.

Jest takie ryzyko. Jeśli te zmiany wejdą w życie, podstawowym okręgiem wyborczym będzie trzymandatowy. Dopiero gdy nie będzie możliwości wyłonienia trzech radnych w powiecie, dojdzie możliwość łączenia powiatów. Czyli jest sugestia, że możemy łączyć dwa, trzy powiaty, ale by zachować zasadę małych okręgów wyborczych. To marnowanie ogromnej liczby głosów. Z jednej strony PiS mówi, że jednomandatowe okręgi wyborcze (JOW) są niesprawiedliwe, bo marnuje się w nich 49 proc. głosów, a z drugiej strony przy trzymandatowym okręgu zmarnować się może nawet 45 proc. To nie w porządku, bo w trzymandatowych okręgach proporcjonalność też jest zachwiana wskutek tego, że nie wejdą niektóre komitety mające np. 10–15 proc. poparcia. Może się zdarzyć komitet z 20-proc. poparciem, który nie uzyska mandatu, jeśli ten zwycięski będzie naprawdę duży.

Czyli trzymandatowe okręgi najbardziej sprzyjają PiS i PO, a oznaczają kłopoty dla PSL, Nowoczesnej czy Kukiz’15?

Reklama

W niektórych okręgach, gdzie PSL jest mocniejszy od Platformy, prawdopodobnie sprzyjają też nam. Mam na myśli Lubelszczyznę, Warmię i Mazury, Świętokrzyskie czy Mazowsze poza Warszawą. Na pewno najgorsze jest to dla Kukiz’15 i Nowoczesnej, bo to eliminuje ich zupełnie z tej rywalizacji.

Wspomniał pan o możliwych scenariuszach w obecnej sytuacji. Jakich?

Wolałbym samodzielny start, bo jesteśmy mocni w samorządach, ale musimy naszą strategię dopasować do zmieniających się okoliczności. W grę wchodzi budowa szerokiego bloku samorządowego. Tu pojawia się jednak wiele pytań. Jak szeroki miałby to być blok? Jaka będzie postawa Kukiz’15? Umiem sobie wyobrazić i inne warianty, ale do tego musimy wiedzieć, jak konkretnie ta ustawa będzie realizowana w praktyce.

Ewentualne wspólne listy miałyby być tylko do sejmików czy może także do gmin i powiatów?

Moim zdaniem tego już się nie da rozdzielić. Nie da się wystawić komitetu PSL np. do powiatów, a do sejmików pójść w koalicji. Jeśli mamy iść razem, to wszędzie. Inna opcja byłaby nieczytelna dla naszych wyborców.

Jeszcze niedawno zarzekaliście się, że na wybory do sejmików pójdziecie pod własnym szyldem.

I wciąż chcemy, ale tak się gra, jak przeciwnik pozwala. PiS drastycznie zmienia reguły gry i musimy się do nich dopasować.

A Kukiz’15? Jest szansa wciągnąć go w koalicję anty-PiS, w której będzie też Ryszard Petru?

To ugrupowanie nigdzie nie jest w stanie zdecydowanie wygrać. Nowa ordynacja będzie więc wielką próbą dla niego. Dlatego nie wykluczałbym Kukiz’15 z jakichkolwiek rozmów o szerokiej koalicji samorządowej.

Jak podoba się panu pomysł przeniesienia ciężaru organizacji wyborów na PKW, przyznania dużych uprawnień komisarzom wyborczym – zwłaszcza w kwestii wyznaczania okręgów wyborczych?

Moją podejrzliwość budzi wygaszenie mandatów obecnych komisarzy. Dlaczego ma to nastąpić, czemu ich mandat nie może zostać przedłużony? Dlaczego zmniejszane są wymagania wobec kandydatów na komisarzy? Obecnie na poziomie wojewódzkim są to sędziowie. A za chwilę będą to mogli być magistrzy prawa. A to ogromna różnica w wiedzy i doświadczeniu. Moje obawy budzi też to, czy jednoosobowo komisarz będzie w stanie wyznaczyć okręgi wyborcze. To wcale nie jest taka prosta sprawa, jak może się wydawać. Nie można tego odrywać od oczekiwań mieszkańców i więzi społecznych.

Gdzie pana zdaniem PiS próbuje ustawić zasady pod siebie?

Zmniejszenie okręgów wyborczych jest na pewno pisane pod PiS, bo premiuje duże partie. Likwidacja JOW-ów to ewidentne działanie pod partię, która nie zdobywa poparcia w wyborach samorządowych dzięki dobrym nazwiskom na listach, tylko dzięki szyldowi.

Podobnie jest z Platformą Obywatelską.

Zgadza się. Z punktu widzenia dużych graczy ten projekt na pewno jest korzystny.

Jakieś jeszcze zmiany z projektu PiS budzą pana obawy?

Rewolucja w PKW. Jak jeszcze PiS jest pewny swego zwycięstwa w 2019 r., tak elekcji w 2023 r. już się obawia. Przewidziane jest skrócenie kadencji sędziów PKW. Skończy się nie w 2025 r., ale w 2019 r., dzień po ogłoszeniu wyników wyborów. Po co tak pilna zmiana, która wprowadza nową filozofię funkcjonowania PKW, analogiczną do tej z 1947 r.? Bo przecież kiedy przedstawiciele wybierani przez Sejm byli w PKW? W latach 1946–1952. Przypomnę tylko, że w 1947 r. zostały przeprowadzone najbardziej sfałszowane wybory w historii Polski. Wtedy było dwóch sędziów i sześciu przedstawicieli parlamentu. Z jedną różnicą – wtedy każdy klub miał po jednym przedstawicielu. A teraz największy klub, czyli PiS, będzie miał aż trzech. Niepokojące jest też to, że nowy szef Krajowego Biura Wyborczego (KBW) zostanie wybrany już teraz, a nie po kolejnych wyborach. Będzie on powoływał urzędnika wyborczego w każdej gminie. Do tego szef KBW będzie pochodził albo z nominacji Sejmu, albo Senatu, albo prezydenta. Te trzy podmioty będą miały prawo wskazywania kandydatów, spośród których wyboru dokona PKW. A to oznacza, że nowy szef KBW za chwilę będzie wyznaczony przez PiS. Wątpliwości budzi też, dlaczego likwidowana jest możliwość głosowania korespondencyjnego, dozwolonego w wielu innych krajach. Po co nam druga, osobna komisja do zliczania głosów? To wszystko wygląda bardzo podejrzanie.

Czy jest w tym projekcie coś, co panu się podoba?

Początek ustawy. On jest przepiękny. Mowa o budżetach obywatelskich, wprowadza się większe uprawnienia kontrolne radnych. Z resztą jest już gorzej.

Czyli obowiązkowe budżety obywatelskie w największych miastach wraz z określaniem ich minimalnej wysokości to dobry kierunek?

Wiele miast już ma takie budżety, ale nie wszystkie. Dlatego jeśli nie odrobiły tej lekcji samodzielnie, to jak najbardziej powinny to nadrobić. W ustawowym określaniu wysokości takiego budżetu zapewne chodzi o to, by to narzędzie nie było wyłącznie fasadowe. Inaczej groziłaby sytuacja, w której budżety obywatelskie co prawda byłyby przyjmowane, ale na ten cel przeznaczane byłyby jakieś symboliczne kwoty. To byłaby kpina z obywateli.

PiS ma też pomysł, by kandydat na wójta mógł równolegle kandydować tylko do rady gminy, na obszarze której kandyduje na wójta. Do tego możliwość startu do rad wszystkich jednostek samorządu – byle tylko na obszarze województwa, w którym stale zamieszkuje. To uczciwe stawianie sprawy wobec wyborców czy ograniczanie biernego prawa wyborczego?

Niestety to drugie. Jest jeszcze zakaz kandydowania np. na wójta i do sejmiku. Przy czym dotychczas najczęściej robili tak właśnie kandydaci PiS. Jeśli jest wójt, który chce jak najlepiej rozwijać swoją gminę, to nie da się tego robić bez łączności z województwem. Dlatego wójt chce swoją kandydaturą wspierać formację polityczną, która będzie gwarantować inwestowanie nie tylko w duże miasta, ale i w tereny wiejskie.

PiS wrócił też do idei dwukadencyjności, ale liczonej naprzód.

Ten pomysł na pewno budzi mniejsze kontrowersje niż poprzednia propozycja liczenia wstecz, na którą nie chciał się zgodzić prezydent. Myślę, że PiS zobaczył, że poprzedni pomysł nie przyniósłby pożądanych efektów, bo wyciąłby także wielu wójtów i burmistrzów z ich obozu politycznego. Naszym zdaniem ostatecznie to suweren powinien decydować, kto jest gospodarzem. Na razie zapowiada się, że będziemy krajem o najkrótszej kadencji gospodarzy gmin w Europie. Są tylko dwa kraje z podobnym ograniczeniem. We Włoszech jest dwa razy po pięć lat, a w Portugalii – trzy razy po cztery. U nas będzie dwa razy po cztery lata.