Sceptyczna jest również Austria, której kanclerz coraz głośniej mówi, że jakiekolwiek zmiany w nim będą wymagały referendum. Los Lizbony nie jest pewny także w uznawanej za euroentuzjastyczną Szwecji, a w Niemczech musi czekać do początku 2009 r., aż wypowie się na jego temat trybunał konstytucyjny.
Co prawda wczoraj z Pałacu Elizejskiego płynęły sygnały, że prezydent Polski łagodzi swoje stanowisko. "Lech Kaczyński zapewnił, że Polska nie będzie przeszkodą na drodze do ratyfikacji traktatu" - napisało biuro prasowe Nicolasa Sarkozy’ego w oświadczeniu wydanym po rozmowie telefonicznej obu prezydentów. Obserwatorzy nie mają jednak złudzeń: polski prezydent nie jest jedynym, który wątpi w Lizbonę.
"Uważamy, że jakiekolwiek zmiany wprowadzone do traktatu lizbońskiego, mające wpływ na austriackie interesy muszą zostać zaakceptowane przez Austriaków w referendum" - napisał niedawno cytowany przez dziennik "Kronen Zeitung" kanclerz Austrii Alfred Gusenbauer. W Szwecji sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana. Aby ratyfikować Lizbonę, "tak" musi powiedzieć dla niej dwie trzecie deputowanych do parlamentu. Dziś na to się nie zanosi. Rządząca centroprawica chce traktatu, ale przeciw jest opozycyjna socjaldemokracja, bez której głosów nie można liczyć na sukces.
"Szwecja powinna wstrzymać się z decyzjami" - mówiła niedawno Mona Sahlin, liderka socjaldemokracji. Analitycy tłumaczą, że Skandynawowie w swoich działaniach kierują się zupełnie lokalnymi interesami. Nie chodzi o rozważania, czy Lizbona jest dla Europy dobra, czy nie. Lewica jest wobec niej sceptyczna, bo traktat nie podoba się popierającym socjaldemokrację wpływowym związkom zawodowym.
Właśnie brak pewności co do tego, jaki będzie los Lizbony w Szwecji, powoduje, że dyplomacja tego kraju nie uderzała w Polskę jako głównego hamulcowego w Unii. Minister ds. Unii Europejskiej Cecilia Malmstroem powiedziała jedynie, że "trzeba ostrożnego traktowania całej sprawy". Riksdag (jednoizbowy parlament Szwecji) ma zająć się Lizboną dopiero późną jesienią.
Równie skomplikowana jest sytuacja we Włoszech. Część polityków współrządzącej krajem Ligi Północnej dziękowała nawet Irlandczykom za ich "nie". Co prawda prawicowy premier Silvio Berlusconi stanowczo dyscyplinuje swoich współkoalicjantów i domaga się jak najszybszej ratyfikacji, jednak jeśli Berlusconi będzie miał wybierać między utrzymaniem władzy w kraju a walką o traktat, wybierze to pierwsze.
p
*:Mój pogląd w tej sprawie jest zgodny ze zdaniem polskiego prezydenta: dalsza ratyfikacja traktatu lizbońskiego w sytuacji, kiedy jedno z państw go odrzuciło w referendum,
jest niemożliwa.
Dla mnie ważne jest referendum, które się odbyło. Jeśli Europie zależy na demokracji, jakikolwiek nacisk na Irlandię jest nieakceptowalny.
Takie deklaracje są cały czas tą samą, starą śpiewką. Do tego śpiewaną przez te same osoby. Takie same słowa i groźby padły po francuskim i holenderskim "nie" dla
eurokonstytucji. Tymczasem Unia funkcjonuje i jej dalsze rozszerzanie jest możliwe. A w traktacie lizbońskim nie chodzi u umożliwienie funkcjonowania Unii Europejskiej ani o rozszerzenie Unii,
chodzi tylko o zrobienie kolejnego kroku na drodze do stworzenia europejskiego superpaństwa.
Polska jest dumnym i pewnym siebie państwem i nie wierzę, że sobie na takie naciski pozwoli. Co więcej, takie naciski ze strony brukselskich euroentuzjastów mogą przynieść skutek odmienny od
założonego.
*Vaclav Klaus, prezydent Czech