Bogdan Klich*:Rzeczywiście jesteśmy na finiszu tych rozmów, gdyż Amerykanie stali się bardziej otwarci na nasze postulaty. Stało się tak wskutek ostatnich konsultacji politycznych. Ale przede
wszystkim wydaje się, że Amerykanie zmienili zdanie z powodu sytuacji na Zakaukaziu. W oczach Waszyngtonu ten konflikt dowiódł, że Rosja nie jest stabilnym partnerem dla Stanów i w dalszym
ciągu postrzega swoje otoczenie międzynarodowe jako wyłączną strefę wpływów.
Zdali sobie najprawdopodobniej sprawę, że Polska potrzebuje ochrony nie tylko przed rakietami dalekiego, ale także krótkiego i średniego zasięgu. I dopuszczają możliwość stacjonowania na
stałe, jak chciał od dawna rząd, jednej baterii swoich Patriotów w Polsce. Ewentualne jej wykorzystanie przez Amerykanów do innych zadań odbywałoby się stąd, z Polski. A nie odwrotnie, jak
to proponowano wcześniej.
Decyzja Amerykanów ma podwójne znaczenie. Po pierwsze, rozszerza obecność Stanów Zjednoczonych w Polsce. A obecność każdego żołnierza amerykańskiego w naszym kraju i każdej sztuki
uzbrojenia wojskowego jest dodatkową kotwicą dla artykułu 5 traktatu waszyngtońskiego, bo wzmacnia gwarancje polityczne wypływające z naszego członkostwa w NATO. Po drugie, ta bateria pozwala
nam uzyskać dostęp do najnowszych technologii wojskowych. Pozwala także na to, aby Polska mogła z bonifikatą kupić kolejne baterie dla zbudowania własnego narodowego systemu obrony
przeciwrakietowej, tak jak to się dzieje obecnie w przypadku Zjednoczonych Emiratów Arabskich.
Tak, ale to nie ma żadnego znaczenia dla bezpieczeństwa Polski, bo stacjonowałyby u nas. Baterię obsługiwałoby 110 żołnierzy amerykańskich. Zespół ten dałby nam szansę na wyszkolenie
polskiego personelu obsługującego kolejne baterie w przyszłości.
Musimy ich kupić tyle, aby do 2018 r. dysponować szczelnym systemem obrony przeciwrakietowej. Szczegółów zdradzać jednak nie mogę.
Nie chwalmy dnia przed zachodem słońca. Oferta zostanie przyjęta, jeśli w umowie znajdą się także gwarancje przyjścia Stanów Zjednoczonych z pomocą Polsce w przypadku ataku rakietami
balistycznymi. A trzeba pamiętać, że od czasu wojny w Zatoce Perskiej wszystkie konflikty rozpoczynają się właśnie od ataku rakietowego.
Sytuacja w Europie podlega ciągłej ewolucji. Stany Zjednoczone zdecydowały się na umieszczenie swoich baz w Rumunii i Bułgarii. Więc nie ma powodów, aby Amerykanie nie mogli stacjonować i w
Polsce.
Instalując Patrioty, nie mówimy, skąd pochodzi zagrożenie dla naszego bezpieczeństwa. Po prostu musimy takim sprzętem dysponować, bo jest to warunek skuteczności naszej polityki odstraszania.
Będziemy nadal prowadzili dialog z Rosjanami, choć przyznaję, że stanie się on teraz trudniejszy. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że Gruzja wymagała mocnego poparcia politycznego ze
strony naszego kraju. I tak się stało. Co więcej, Gruzja jest tak ważnym partnerem, że jej interesy powinniśmy reprezentować na forum UE i NATO. Odnotowaliśmy zresztą w tym pewne sukcesy,
jak choćby to, że we wtorek w wyniku m.in. naszych nacisków zebrała się Rada Północnoatlantycka NATO, a w środę w tej sprawie spotkali się ministrowie spraw zagranicznych Unii. Także
dyplomacja francuska tak mocno zaangażowała się w tę sprawę pod wpływem naszych działań. Niepokoi mnie tylko retoryka, którą przyjął pan prezydent, wygłaszając w Tbilisi wojenne
przemówienie. Bo to nie jest retoryka, która poszerza pole manewru dla naszej polityki zagranicznej. A w dodatku ten sam efekt można było uzyskać za pomocą innego języka. Polska nie była, nie
jest i nie może być stroną w rosyjsko-gruzińskiej wojnie. Musimy natomiast dbać o to, aby pole manewru w stosunkach z Rosją było dla nas jak najszersze. Najsilniej możemy wpływać na
sytuację w Europie Wschodniej przez Unię Europejską i NATO. Aby robić to skutecznie, przez cztery lata obecności Polski w Unii staraliśmy się zdjąć z nas odium kraju, którego władze są
genetycznie skażone rusofobią. Nie powinniśmy teraz od tej zasady odchodzić.
Nadal uważam, że zarówno Gruzja, jak i Ukraina powinny zostać szybko zaproszone do NATO.
Dokładnie odwrotnie: gdyby Gruzja była członkiem NATO, ze względu na parasol ochronny roztoczony przez Sojusz nie doszłoby do wojny rosyjsko-gruzińskiej.
To jest czas decyzji odważnych, w szczególności wobec tych regionów świata, które mają strategiczne znaczenie dla wspólnoty euroatlantyckiej. Takich, jak basen Morza Czarnego i
Zakaukazie.
Polityka atlantycka jest wypadkową różnych interesów. Ale jeśli chcemy, aby ta wypadkowa była możliwie bliska naszym własnym oczekiwaniom, tym skuteczniej powinniśmy tworzyć koalicje
wewnątrz NATO oraz tym wyraźniej formułować nasze własne postulaty. To jest czas wielkiej aktywności, który przesądzi, gdzie będzie przebiegać granica Zachodu, kto będzie wpisany na
dziesiątki lat do orbity Zachodu, a kto poza tym Zachodem się znajdzie. Dziś zadaniem jest to, aby zarówno Gruzja jak i Ukraina na trwale się zakorzeniły we wspólnocie euroatlantyckiej.
Doświadczenie gruzińskie rzeczywiście pokazuje, że polska armia musi być silniejsza, niż teraz. Dziś dysponujemy 124 tys. żołnierzy, ale to siła wielokrotnie mniejsza niż 120 tys.
żołnierzy, jakimi będziemy dysponować za 2,5 roku, gdy zakończy się proces profesjonalizacji armii. Bo dziś tylko 78 tys. żołnierzy to zawodowi wojskowi. Reszta to żołnierze z poboru,
którzy pojawiają się i znikają. To tak, jakby stolarz uczył się swojego zawodu przez 9 miesięcy, aby w końcu stać się piekarzem.
*Bogdan Klich jest ministrem obrony narodowej