Sympatycy prezydenta USA Donalda Trumpa wtargnęli w środę do gmachu Kongresu, doprowadzając do wstrzymania posiedzenia amerykańskiego parlamentu, który zebrał się, aby zatwierdzić wyborczą wygraną prezydenta-elekta Joe Bidena. Demonstrantom udało się wejść m.in. do sali obrad Izby Reprezentantów oraz biura szefowej tej izby Nancy Pelosi. Zdjęcia przechadzających się po korytarzach Kongresu sympatyków Trumpa z flagami Konfederacji oraz bronią obiegły cały świat. Według informacji waszyngtońskiej policji w trakcie środowych zamieszek śmierć poniosły cztery osoby.
O tę kwestię pytany był w czwartek na antenie TVP Info zastępca rzecznika PiS Radosław Fogiel. - powiedział.
"Zawsze należy potępiać przemoc"
Przyznał jednak, że doniesienia z Waszyngtonu są niepokojące. - stwierdził Fogiel.
Odnosząc się do polskiej sceny politycznej, polityk ocenił, że w środę wieczorem można było zaobserwować "niesamowite wzmożenie emocjonalne po stronie opozycyjnej". - dodał.
"Jeżeli ktokolwiek kwestionował wyniki wyborów, to była to opozycja"
ą - mówił.
- powiedział Fogiel.
Po tym, gdy demonstranci opuścili budynek Kapitolu, Kongres wznowił obrady i oczekuje się, że w ciągu najbliższych godzin zatwierdzi wyborcze zwycięstwo Bidena. Burmistrz Waszyngtonu Muriel Bowser ogłosiła, że stan wyjątkowy będzie obowiązywał w amerykańskiej stolicy do 21 stycznia, czyli do pierwszego dnia po zaprzysiężeniu na prezydenta.