Dziennik Gazeta Prawana logo

Irańskie władze uderzają w opozycję

28 grudnia 2009, 16:43
Ten tekst przeczytasz w 6 minut
Po dwóch dniach starć w centrach największych irańskich miast władze rozpoczęły szeroko zakrojoną operację represji i aresztowań osób związanych z opozycją. Na celowniku są przede wszystkim doradcy najważniejszych liderów ruchu reformatorskiego i rywala Mahmuda Ahmadineżada w czerwcowych wyborach prezydenckich - Mira Hosejna Musawiego.

Reżim za wszelką cenę nie chce dopuścić do wybuchu kolejnych protestów. Problem jednak w tym, że skala frustracji i zrewoltowania młodych Irańczyków sięgnęła zenitu.

Bilans weekendowych demonstracji, jakie przetoczyły się przez Teheran, Tabriz, Isfahan, Sziraz oraz kilka innych mniejszych miast, jest tragiczny. W walkach między protestującymi a policją zginąć mogło, według różnych źródeł, od ośmiu do 10 osób. Nikt nie wie, ilu demonstrantów zostało rannych. Służby bezpieczeństwa poinformowały o aresztowaniu ponad 300 osób. Iran wrze bez świadków z zagranicy. Władze zabroniły wjazdu do kraju zagranicznym korespondentom.

Wczoraj na stronach internetowych kojarzonych z opozycją zaczęły się pojawiać informacje o zatrzymaniu kolejnych osób związanych z ruchem reformatorskim. Agenci służb bezpieczeństwa przyszli m.in. po jednego z pierwszych porewolucyjnych szefów irańskiej dyplomacji, 78-letniego Ebrahima Jazdiego, znanego w Iranie obrońcę praw człowieka i dziennikarza Emada Baghiego oraz sprzyjającego reformatorom duchownego z szyickiego sanktuarium w Kom Musawiego Tabriziego. Aresztowani zostali też trzej doradcy Musawiego oraz dwaj współpracownicy byłego prezydenta kraju Mohammada Chatamiego.

Służby bezpieczeństwa nie poprzestają na aresztowaniach. Po tym jak w niedzielnych starciach zginął krewny Mira Hosejna Musawiego, 35-letni Sejed Reza Musawi, jego ciało w tajemniczych okolicznościach zniknęło z kostnicy największego szpitala w Teheranie. Opozycja irańska tłumaczy to w najprostszy sposób: władze chcą zapobiec przekształceniu się pogrzebu krewniaka prominentnego polityka w kolejną polityczną demonstrację. Ciało zostanie zwrócone - jeżeli w ogóle - dopiero wtedy, gdy sytuacja wróci do normy. Wszystko po to, by Sejed Reza Musawi nie stał się męczennikiem i symbolem oporu przeciw władzy.

Rok 2009 był w Iranie wyjątkowo gorący. Obecne protesty niewiele się różnią od liczonych w setki akcji protestacyjnych, jakie rozpoczęły się w czerwcu, tuż po wygranych przez Mahmuda Ahmadineżada wyborach. W ciągu trwającej kilka tygodni fali protestów zgodnie z oficjalnymi danymi zginęło 36 osób - a według opozycji dwa razy tyle.

W przypadku najnowszej fali protestów pretekstem była śmierć patrona reformatorów, wielkiego ajatollaha Hosejna Alego Montazeriego. Opozycja postanowiła ją wykorzystać do konsolidacji zwolenników Musawiego. Niedawny rywal Ahmadineżada pojawił się na pogrzebie ajatollaha, a jego współpracownicy zapowiedzieli falę demonstracji. Miała ona trwać w 10-dniowym okresie świąt, których kulminacją są obchody Aszury - męczeńskiej śmierci wnuka proroka Mahometa w bitwie pod Karbalą.

Tak też się stało - w weekend na ulice największych miast wyszły dziesiątki tysięcy coraz bardziej sfrustrowanych i skłonnych do konfrontacji młodych ludzi. Jeśli latem tłum gotowy był jeszcze traktować służby porządkowe obojętnie, to w trakcie ostatnich dni zamieszek demonstranci znacznie śmielej i chętniej atakowali policję i paramilitarnych basidżów, odbierając im charakterystyczne motocykle, podpalając radiowozy i autobusy komunikacji miejskiej.

- To grupa młodzieży oglądająca na co dzień powstające na Zachodzie perskojęzyczne serwisy, które otwarcie zachęcają do oporu przeciw władzom kraju - mówi nam Mohammad Marandi, politolog z uniwersytetu w Teheranie. - Ci ludzie z pewnością chcą bardziej proamerykańskiego Iranu, nie zważając, że nawet większość ruchu reformatorskiego uważa istniejący dziś system za dobry - dodaje.

Ale nawet irański politolog przyznaje, że w Iranie młodzi nie mają poważnych perspektyw i większość marzy o wyjeździe z Iranu. Jego zdaniem sięgające prawdopodobnie 30 proc. bezrobocie wśród kończących studia młodych ludzi to wynik zachodnich sankcji nałożonych na kraj. Rzeczywistość jest jednak znacznie bardziej skomplikowana: napędzany przez władze kraju porewolucyjny baby boom lat 80. zderzył się dwie dekady później z nieefektywną gospodarką i międzynarodową izolacją, która odstraszyła inwestorów zagranicznych. Choć co roku uniwersytety wypuszczają kolejne tysiące nieźle wyedukowanych absolwentów, szanse na pracę mają oni tylko w przedsięwzięciach firmowanych przez rząd.

Efekty nietrudno dostrzec. Młodzi, dobrze wykształceni Irańczycy nie wahają się zaczepiać cudzoziemców, by zaproponować im usługi przewodnika po lokalnych atrakcjach turystycznych, dopytywać o możliwości studiowania poza Iranem, a czasem - zaproponować deficytowe towary, piwo czy whisky. Ilekroć jeden młodzieniec znajdzie pracę, choćby jako parkingowy, w jego budce siedzi jednocześnie kilku kolegów - którzy akurat zajęcia nie mają. Anglojęzyczne podręczniki z wszelkich dziedzin są rozchwytywane, ale nawet ci, którzy znają jedynie kilka słów po angielsku, nie mają wątpliwości, gdzie jest ich miejsce. - USA - dobitnie mówi nam jeden z nich, z braku słów gestami demonstrując odlatujący samolot. - Przez kilkanaście miesięcy obowiązkowej służby wojskowej nie dość, że nie mogłem szukać pracy, to jeszcze zapomniałem wiele z tego, czego nauczyłem się na studiach - narzekał 25-letni Mohammad, którego spotkałem w Isfahanie. - Od wielu miesięcy szukam zatrudnienia i choć ostatecznie dostałem propozycję z biura gubernatora, to wcale nie jest to pewna praca - podkreśla.

Co gorsza, bezrobocie czy obowiązkowa służba wojskowa to nie najgorsze, co może spotkać młodego Irańczyka. Z danych ONZ wynika, że w Iranie odsetek osób uzależnionych od narkotyków należy do najwyższych na świecie - sięga niemal 3 proc. Innymi słowy oznacza to, że prawie 4 mln Irańczyków regularnie sięga po mniej lub bardziej uzależniające narkotyki. I choć z tą patologią władze w Teheranie walczą z całą bezwzględnością, to skali zjawiska nie da się ukryć: wystarczy przejść się zakamarkami obok głównych ulic miast, gdzie przy śmietnikach czy na opustoszałych skwerach można bez większego trudu znaleźć porzucone strzykawki.

Póki więc władze w Teheranie nie rozwiążą problemów młodzieży, w kraju nie zapanuje spokój. Elity rewolucyjnego kraju nieubłaganie się starzeją, a młodzi są coraz mniej przywiązani do islamskiej republiki. W 1999 r. w masowych protestach studenci pokazali swoją siłę. Dziesięć lat później pokazują swoją determinację. Wkrótce mogą pokazać wściekłość i obalić reżim.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Mariusz Janik
Mariusz Janik

Dziennikarz, fot. Materiały prasowe

Zobacz wszystkie artykuły tego autora
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj