Śledztwo w sprawie wypadku prowadzi Prokuratura Okręgowa w Krośnie we współpracy ze stroną węgierską. Kierowca polskiego autobusu został zatrzymany przez policję węgierską, a prokuratura prowadzi czynności.
Nie zdążyli się zamienić
"Super Express" porozmawiał z Grzegorzem Wojtoniem, drugim kierowcą autobusu, który opowiedział, co dokładnie działo się przed samym wypadkiem. Powiedział, że zapytał swojego zmiennika, czy wszystko jest w porządku. Mówił, że się czuje bardzo dobrze, że wszystko jest w porządku. Odpowiedziałem mu, że na spokojnie jedziemy tak, żeby do Barwinka dotrzeć w swoim czasie, bo czasu pracy naprawdę mieliśmy wystarczającą ilość, także bez problemu byśmy dotarli do Polski - relacjonował.
Tuż przed wypadkiem prowadzący autobus pan Robert miał zjeżdżać na parking, gdzie zastąpiłby go pan Grzegorz. Nie zdążyli się zamienić. Tuż po wypadku, kiedy te służby przybyły, mówił: "No, już miałem zjeżdżać. 2 km pokazywało:. Chciał do tego parkingu dociągnąć i miał tego świadomość, że chce do tego miejsca dojechać. Brakło tych 2 km, żeby dojechać - opowiadał pan Grzegorz.
Autobus nie koziołkował
Jak dodał, autobus przewrócił się na bok, ponieważ w tym miejscu był bardzo stromy i bardzo głęboki nasyp. Moim zdaniem powinien być zabezpieczony barierkami ochronnymi. W tym miejscu tych barierek nie było i kto wie, jak potoczyłaby się sytuacja, gdyby tam były - mówił pan Grzegorz.
Według jego relacji, autokar zsunął się na dół i przejechał jeszcze dosyć spory odcinek - około 10, może 15 metrów. Zsunął się siłą rozpędu po rowie. Czyli zjechał na dół, przewrócił się i jeszcze zsunął po rowie - relacjonował. Według jednej z wersji wydarzeń autokar miał kilkukrotnie koziołkować. Grzegorz Wojtoń zaprzeczył. Absolutnie nie. Proszę tego nie słuchać - mówił w "SE".
Agnieszka Maj, dziennikarka, redaktorka i wydawczyni. W Dziennik.pl od 2023 roku. Wcześniej pracowała w Interii i Polska Press. Absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim.
