John Kerry - jeden z mocnych kandydatów Demokratów w nadchodzących wyborach prezydenckich - zrezygnował z wyścigu do Białego Domu. Przypadek Kerry’ego to nauczka dla Demokratów, że nawet w krytykowaniu niepopularnej wojny w Iraku nie wolno przekraczać granic - pisze DZIENNIK.
"Uznałem, że to nie czas, bym organizował kampanię wyborczą. Chcę poświęcić całą swoją energię na pracę w ramach senackiej większości, by
doprowadzić do zakończenia tej wojny" - tłumaczył Kerry w czasie swojego trzydziestominutowego antywojennego wystąpienia w Senacie. Wystąpienia, w czasie którego kilka razy zadrżał
mu głos, zwłaszcza wtedy gdy wspominał wojnę wietnamską, której jest weteranem. "Nie chcę, żeby następny prezydent dostał w spadku podzielony naród, tak jak się to stało po
tamtym konflikcie" - mówił senator.
Choć jego antywojenne przemówienie mogło poruszyć wielu słuchających, eksperci oceniają decyzję 64-letniego Kerry’ego mniej emocjonalnie. "Zrezygnował z ubiegania się o nominację swojej partii, bo po prostu nie miał szans" - mówi DZIENNIKOWI Robert McGeehan, analityk Królewskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych Chatham House w Londynie.
Szanse polityka, który zaledwie dwa lata temu zyskał drugą co do wielkości liczbę głosów w wyborach, zdruzgotał jeden publicznie wypowiedziany art. W listopadzie, podczas spotkania ze studentami college’u w kalifornijskiej Pasadenie Kerry zadrwił z walczących w Iraku żołnierzy.
"Jeśli ktoś się pilnie uczy, ciężko pracuje, odrabia prace domowe, pracuje nad swym intelektem, osiąga w życiu sukces. Jeśli tego nie robi, utknie w Iraku" - powiedział polityk. Po tych słowach wokół Kerry’ego rozpętała się burza; Republikanie natychmiast rozgłosili, że demokratyczny polityk nazywa narażających życie dla ojczyzny żołnierzy nieukami.
"To prawda, że Amerykanie mają dość wojny w Iraku, ale czymś zupełnie innym jest obrażanie żołnierzy. Na to wyborcy nie pozwolą nikomu" - tłumaczy DZIENNIKOWI Ian Scott, amerykanista z Uniwersytetu w Manchesterze.
Choć jego antywojenne przemówienie mogło poruszyć wielu słuchających, eksperci oceniają decyzję 64-letniego Kerry’ego mniej emocjonalnie. "Zrezygnował z ubiegania się o nominację swojej partii, bo po prostu nie miał szans" - mówi DZIENNIKOWI Robert McGeehan, analityk Królewskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych Chatham House w Londynie.
Szanse polityka, który zaledwie dwa lata temu zyskał drugą co do wielkości liczbę głosów w wyborach, zdruzgotał jeden publicznie wypowiedziany art. W listopadzie, podczas spotkania ze studentami college’u w kalifornijskiej Pasadenie Kerry zadrwił z walczących w Iraku żołnierzy.
"Jeśli ktoś się pilnie uczy, ciężko pracuje, odrabia prace domowe, pracuje nad swym intelektem, osiąga w życiu sukces. Jeśli tego nie robi, utknie w Iraku" - powiedział polityk. Po tych słowach wokół Kerry’ego rozpętała się burza; Republikanie natychmiast rozgłosili, że demokratyczny polityk nazywa narażających życie dla ojczyzny żołnierzy nieukami.
"To prawda, że Amerykanie mają dość wojny w Iraku, ale czymś zupełnie innym jest obrażanie żołnierzy. Na to wyborcy nie pozwolą nikomu" - tłumaczy DZIENNIKOWI Ian Scott, amerykanista z Uniwersytetu w Manchesterze.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|