Chodzi o okolice leżącego pod Moskwą Odyncowa. Jelcyn mógł zgubić dokumenty jeszcze w zeszłym roku. Jednak to, że w jego archiwach brakuje aktów własności, wyszło na jaw dopiero teraz.

Jelcyn zgłosił sprawę milicji. Z odpowiednim oświadczeniem wysłał swojego reprezentanta. Ten wyjaśnił tylko, że dokumenty zaginęły "w tajemniczych okolicznościach".

Teraz byłemu prezydentowi nie pozostaje nic innego, jak tylko postarać się o nowy wypis z komitetu ziemskiego, potwierdzający, że to rzeczywiście Borys Nikołajewicz jest właścicielem drogich gruntów. I lepiej, żeby się spieszył, bo jeśli dokumenty wpadły w ręce niepowołanych osób, to 40 milionów dolarów może mu przejść koło nosa.