Na 12-metrowy katamaran natrafił helikopter patrolujący wybrzeże. Nikt nie zgłaszał się na jego radiowe wywołanie, więc w kierunku jachtu wysłano łódź patrolową.
Ratownicy, którzy weszli na pokład byli zaszokowani. Wszystko było w porządku i nic nie wskazywało, żeby na jednostce wydarzyła sie tragedia. Ale nikogo tam nie było.
"Silnik pracował, komputer był włączony, laptop stał na stoliku i tez był włączony, radio było sprawne, GPS również, a na stole stał posiłek" - opowiadał dziennikarzom Jon Hall, rzecznik służb ratunkowych stanu Queensland. "Wszystko wydaje się być normalne. To bardzo dziwna sprawa" - dodał.
Ustalono, że jacht z trzyosobową załogą wypłynął z Airlie Beach i miał dopłynąć do Townsville. Rozpoczęto poszukiwania zaginionych żeglarzy, ale szanse na ich odnalezienie są nikłe, bo na pokładzie pozostało całe wyposażenie ratunkowe. Być może zagadkę ich zniknięcia pomoże wyjaśnić analiza wskazań GPS. Ale - jak przyznają Australijczycy - to nikła nadzieja na wyjaśnienie tajemnicy.