W unijnych instytucjach i agencjach pracuje prawie 2,4 tys. Polaków – szacuje nasze MSZ. To niewiele, biorąc pod uwagę to, że do tego roku w Komisji Europejskiej obowiązywał okres przejściowy, preferujący przy zatrudnianiu osoby z nowych krajów Unii.

Reklama

W KE mamy 1415 Polaków, czyli ok. 4,5 proc. wszystkich zatrudnionych w tej instytucji. Co prawda to najwięcej spośród krajów, które razem z nami przystępowały do Unii, ale wciąż o wiele mniej niż z państw porównywalnych z nami wielkością. Hiszpania ma w KE około 1000 pracowników więcej. Ponadto, na najwyższym szczeblu administracyjnym w komisji nie mamy nikogo. Tam dominują stare kraje Unii. Na 35 osób 7 to Anglicy, po 5 stanowisk piastują Włosi i Niemcy.

Najwięcej naszych rodaków w KE (300 osób) to tzw. młodsi specjaliści. Zajmują się np. tłumaczeniami, ekonomią, prawem czy audytami. Sporo Polaków jest też zatrudnionych na najniższych szczeblach asystenckich – w sumie ok. 475 osób.

Choć kierowniczych stanowisk Polska w unijnych instytucjach obsadza bardzo niewiele, są jednak wyjątki. Komisarzem ds. budżetu jest Janusz Lewandowski, a wiceszefem jego gabinetu Piotr Serafin, który zajmuje się unijnym budżetem 2014 – 2020. Oprócz niego w zespole komisarza pracuje 7 siedmioro Polaków. – To bardzo profesjonalny gabinet – podkreśla eurodeputowany Rafał Trzaskowski.

Polacy pracują także w biurach innych komisarzy, m.in. niemieckiego komisarza ds. energii czy austriackiego ds. polityki regionalnej. W sumie w tych gabinetach zatrudnionych jest 24 naszych urzędników. Dwaj ważni Polacy w Komisji Europejskiej to także Jan Truszczyński, dyrektor generalny ds. edukacji i kultury, oraz Jerzy Plewa, zastępca dyrektora generalnego w Dyrekcji do spraw Rolnictwa i Rozwoju Obszarów Wiejskich.

Z kolei w Sekretariacie Generalnym Rady UE mamy jedno wysokie stanowisko kierownicze – dyrektora generalnego – które zajmuje Jarosław Pietras.



Słabo wygląda polska reprezentacja w Parlamencie Europejskim. Pracuje tam 313 rodaków. Dwoje na stanowiskach kierowniczych wyższego szczebla – Inga Rosińska, szefowa gabinetu przewodniczącego PE, i Piotr Nowina-Konopka, dyrektor Biura PE w Waszyngtonie.

Powodów, dla których tak mało rodaków pracuje w instytucjach europejskich, jest kilka. – Przewalczyliśmy już stereotyp, że nie damy rady, ale to nie oznacza, że inni oddadzą nam władzę – mówi Trzaskowski. A Paweł Świeboda, prezes Fundacji DemosEuropa, podkreśla, że kluczową sprawą są z jednej strony kompetencje i chęć ubiegania się o takie funkcje, a z drugiej system wspierania ze strony polskich władz. – O wysokie stanowiska urzędnicze trzeba walczyć na różnych szczeblach rządowych – mówi. – Mamy jednak wielu Polaków na niższych stanowiskach, którzy z czasem będą awansować – dodaje.

Eksperci przewidują, że po zakończeniu polskiej prezydencji część osób, które ją przygotowywały, zasili unijne kadry. – Z powodzeniem mogą startować w unijnych konkursach – uważa Świeboda.

Do Brukseli może też wrócić pełnomocnik rządu ds. prezydencji Mikołaj Dowgielewicz. Już kilka miesięcy temu miał zająć bardzo wysokie stanowisko w Europejskiej Służbie Działań Zewnętrznych, ale w ostatniej chwili się wycofał, aby dokończyć przygotowania do prezydencji. Ostatecznie zastępcą sekretarza generalnego służby dyplomatycznej UE został Maciej Popowski. To obecnie najwyższe polskie stanowisko w unijnej dyplomacji. W ESDZ pracuje w sumie 54 Polaków.

Może być ich więcej, bo toczy się gra o stanowiska unijnych ambasadorów. Polska zabiega o to, by obsadzić jeden z krajów pierwszej dziesiątki partnerów unijnych. Na razie Polacy dostali stanowiska 3 unijnych ambasadorów: w Jordanii, Korei i Gruzji.