Teka, jaką Polska otrzymała w Komisji Europejskiej, kierowanej przez Jeana-Claude'a Junckera w 2014 r., należy do jednej z cięższych gatunkowo. Juncker obiecywał tym stolicom, które przyślą do Brukseli kobiety, że dostaną w zamian istotniejsze sfery.

Ówczesny premier Donald Tusk zdecydował o wysłaniu Bieńkowskiej, choć w swoim otoczeniu miał bardziej doświadczone w sprawach europejskich osoby, jak np. urzędującego wówczas komisarza Janusza Lewandowskiego, byłą komisarz Danutę Huebner czy będącego wówczas w kręgu władzy Jacka Saryusz-Wolskiego.

- To była prosta sprawa: zapotrzebowanie Junckera na kobietę - mówi PAP osoba znająca kulisy tych rozmów. - Rezultat był taki, że Polska dostała taką tekę, jaką chciała.

Bieńkowskiej przypadł rynek wewnętrzny, przemysł, przedsiębiorczość oraz małe i średnie przedsiębiorstwa. W poprzedniej kadencji KE tymi tematami zajmował się Włoch Antonio Tajani. Dyrekcja generalna, którą dostała Bieńkowska, jest jedną z większych w całej KE - zatrudnia około tysiąca osób.

Początki polskiej komisarz nie były najlepsze. Już jej przesłuchanie przed europarlamentem, jeszcze przed powołaniem, zostało uznane za dość słabe. Później doszła do tego wypowiedź krytykująca unijnych urzędników, którzy przypominali byłej wicepremier "zastałą polską administrację z lat 90.". To na samym początku nakierowało komisarz na konfliktowe tory z ludźmi, którzy mieli jej podlegać i pomagać w osiągnięciu sukcesu.

- Bruksela to bardzo trudna maszyneria. Kompetencja administracji, ludzie, którzy znają płynnie trzy-cztery, nawet pięć języków, mają 15-20 lat doświadczenia w swoich dziedzinach, mogą wprawić w zachwyt i zakłopotanie jednocześnie - zauważa jeden z byłych pracowników Komisji.

Jednym z głównych zadań Bieńkowskiej jako komisarz miały być działania nakierowane na dokończenie tworzenia jednolitego rynku towarów i usług w UE. W skrócie chodzi o to, by pozbyć się barier, by firmy czy specjaliści, np. z Polski, mogli bez przeszkód działać w innych państwach całej UE. Taki zapewne przyświecał też ukryty cel władzom w Warszawie, które chciały, by to ktoś z naszego kraju odpowiadał za reformy w tym obszarze.

Z planów jednak niewiele wyszło, a w niektórych obszarach można mówić wręcz o regresie. Oceniana jako bardzo zachowawcza propozycja Bieńkowskiej w sprawie europejskiej e-karty usług, mająca ułatwić życie usługodawcom w UE, napotkała taki opór krajów członkowskich oraz w Parlamencie Europejskim, w tym jej własnym zapleczu politycznym - Europejskiej Partii Ludowej (EPL), że nie udało się jej wprowadzić w życie.

- Politycy unijni obawiali się reakcji społeczeństw w swoich krajach - wskazuje jedna z osób przyglądająca się rozmowom w tej sprawie. Protekcjonistyczny klimat w części krajów, którego dobrym przykładem są działania Francji, np. w sprawie pracowników delegowanych, zwłaszcza po objęciu prezydentury przez Emmanuela Macona, faktycznie uniemożliwiał większe zmiany.

- Komisja zrobiła, co mogła w jednolitym rynku. Mogła mocnej egzekwować przepisy w tym obszarze, zwłaszcza dotyczące usług, ale zdecydowanie główną przeszkodą w reformach były państwa członkowskie, które były podzielone co do tego, jak ma wyglądać jednolity rynek - powiedział PAP Johan Bjerkem z European Policy Centre w Brukseli.

Bieńkowska sprzeciwiła się na forum KE propozycji w sprawie pracowników delegowanych, czym miała ściągnąć na siebie niechęć Junckera, ale ostatecznie projekt przeszedł, przyczyniając się do dalszego ograniczenia jednolitego rynku. Przyjęcie tych przepisów, za które odpowiadała komisarz ds. zatrudnienia i spraw społecznych Marianne Thyssen, było jednak wynikiem ustaleń państw członkowskich (silnej presji Francji przy wsparciu Niemiec) oraz europarlamentu. Sprzeciw władz w Warszawie i polskich europosłów czy to z PO (w ramach EPL), czy PiS (w ramach EKR - grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów) również niewiele zdziałał.

O sukcesie trudno mówić również w zmniejszaniu zawodów regulowanych - choć w tym przypadku działania KE przynajmniej ograniczyły ich wzrost.

Polskiej komisarz udało się za to przeforsować badanie przez KE proporcjonalności krajowych przepisów dotyczących jednolitego rynku, by powstrzymywać stolice od wprowadzania regulacji ograniczających swobodę i konkurencję wewnątrz UE.

Darem od losu dla Bieńkowskiej okazał się skandal emisyjny, w którego centrum znalazł się Volkswagen. Dzięki niemu szybko przeprowadzono przepisy dotyczące homologacji i testów nowych samochodów. Sprawa ta wywoływała tarcia i postawiła polską komisarz na pierwszej linii frontu przeciwko potężnemu przemysłowi samochodowemu zwłaszcza z Niemiec.

Na pewnym etapie Bieńkowskiej odebrano wręcz kontrolę nad tym obszarem na rzecz wiceszefa KE Jyrki Katainena, ale poparcie jej działań przez PE spowodowało, że stało się to na krótko. - Trzeba się było nastawić na to, że wszyscy będą strzelać - wspomina ten okres w rozmowie z PAP jeden ze współpracowników komisarz.

Za udaną inicjatywę, za którą odpowiadała Bieńkowska, uznawany jest Europejski Fundusz Obronny, który ma umożliwić państwom UE wspólne kupowanie wyposażenia i technologii. Niektórzy w Brukseli przekonują nawet, że może być on uważany za jedną z najważniejszych inicjatyw tej Komisji. W przyszłym wieloletnim budżecie ma na ten cel iść 13 mld euro.

Uruchomienie stałej współpracy w dziedzinie obronności było porównywane przez szefa KE Junckera do "obudzenia śpiącej królewny". Choć państwa członkowskie mówiły o tym jeszcze w 2013 r., dopiero brexit otworzył drzwi, by do tego doszło.

Podobnie jak w przypadku likwidacji ograniczeń dotyczących jednolitego rynku, tu też kluczowy okazał się klimat polityczny. Z polskiej perspektywy ważne jest otwarcie funduszu na przedsiębiorstwa o średniej kapitalizacji, do jakich zalicza się Polska Grupa Zbrojeniowa.

Nieoczekiwanie Bieńkowska mogła też wykazać się w unijnej polityce kosmicznej. Program obserwacji satelitarnej Galileo, który był zagrożony na początku tej kadencji KE, został praktycznie ukończony za kadencji Polki. W 2014 r. na orbicie ziemskiej było sześć satelitów, a teraz jest ich 26. W tym czasie trzeba było podjąć decyzję o zmianie rakiety nośnej, bo rosyjski Sojuz, który wynosił satelity, okazał się zawodny.

W działaniach komisarz Elżbiecie Bieńkowskiej na pewno nie pomagały złe relacje z polskim rządem, o które zresztą obwiniają się obie strony. Pretensje Warszawy do Bieńkowskiej dotyczyły m.in. braku reakcji na działania wiceszefa KE Fransa Timermansa i całej KE w sprawie sporu o praworządność, które są uznawane przez PiS za motywowane polityczne i szkodzące interesowi krajowemu.