Jeszcze kilka miesięcy temu kupowanie udziałów w prywatnych przedsiębiorstwach przez państwo, by chronić pewne gałęzie gospodarki, było w Niemczech tematem tabu. Epidemia koronawirusa zmieniła wszystko. Nacjonalizacja nie wywołuje już sprzeciwu nawet największych gospodarczych liberałów.
Kiedy pod koniec listopada ubiegłego roku niemiecki minister gospodarki Peter Altmaier (CDU) przedstawił swoją strategię rozwoju przemysłu, eksperci nie pozostawili na nim suchej nitki. Jeden z najbardziej zaufanych współpracowników kanclerz Angeli Merkel chciał, by w uzasadnionych przypadkach państwo mogło kupować udziały w prywatnych firmach i chronić je przed przejęciem przez obcy kapitał. W konsekwencji zaś zapobiegać np. wypływaniu najnowszych technologii do innych krajów.
‒ Nie jest łatwo pogodzić możliwość udziału kapitałowego rządu w poszczególnych firmach z zasadami społecznej gospodarki rynkowej ‒ oznajmił wtedy szef wpływowego Związku Niemieckiego Przemysłu (BDI) Dieter Kempf. Altmaier nie znalazł również zrozumienia wśród kolegów z rządu ani w Bundestagu. Strategię reanimowała epidemia.
Pod koniec marca niemiecki parlament przyjął ustawę powołującą do życia największy finansowy program ratunkowy w historii Republiki Federalnej. Dysponujący kwotą 600 mld euro Fundusz Stabilizacji Gospodarczej (WSF) ma zapewnić przetrwanie firmom i korporacjom, które mają kłopoty z powodu kryzysu.
Reklama
100 mld euro w funduszu jest przeznaczonych na "inwestycje” w przedsiębiorstwa, których plajta wywarłaby "znaczący wpływ na gospodarkę, suwerenność technologiczną, bezpieczeństwo dostaw, infrastrukturę krytyczną lub rynek pracy”. Program jest skierowany do firm spełniających dwa z trzech warunków: suma bilansowa powyżej 43 mln euro, przychód powyżej 50 mln euro i więcej niż 249 pracowników.
Nacjonalizacja może być nieunikniona w przypadku takich firm jak biuro podróży TUI, linie lotnicze Lufthansa i Condor oraz operator lotniska we Frankfurcie ‒ Fraport.
‒ W tej sytuacji zaangażowanie państwa jest uzasadnione ‒ tak brzmi najnowsze stanowisko BDI.
Dyskutuje się jedynie sposób, w jaki ma się odbywać ewentualne przejmowanie udziałów. Czy rząd powinien mieć wpływ na zarządzanie ratowanymi firmami oraz warunki, na jakich będzie w przyszłości pozbywał się udziałów.
Poseł współrządzącej w RFN bawarskiej, chadeckiej partii CSU Hans Michelbach przekonywał w jednym z wywiadów, że WSF, który ma działać do końca 2021 r., nie może stać się instrumentem "stopniowego przechodzenia na (gospodarkę ‒ red.) centralnie planowaną”. Domagał się też, by począwszy od 2022 r., podjąć kroki "w celu stopniowego i szybkiego pozbywania się udziałów w spółkach”.
Wtórował mu wiceszef frakcji CDU/CSU w Bundestagu, znany z liberalnych poglądów gospodarczych, Carsten Linnemann. ‒ Udziały państwa powinny ograniczać się do przedsiębiorstw o znaczeniu systemowym. I tylko wtedy, gdy wszystkie inne opcje zostaną wyczerpane. Od samego początku powinno się też planować sposób wycofania się ze spółki ‒ postulował.
Opozycyjni liberałowie z FDP podkreślają z kolei, że rząd powinien być wspólnikiem cichym i nie ingerować w działalność operacyjną firmy.
Minister gospodarki Peter Altmaier regularnie uspokaja, że cały gabinet Angeli Merkel stoi murem za gospodarką rynkową. ‒ Tych instrumentów (WSF) będziemy używać bardzo ostrożnie, tak aby interweniować na rynkach w jak najmniejszym stopniu ‒ zapewniał.
Ekspert ds. niemieckiej gospodarki z warszawskiego Ośrodka Studiów Wschodnich Konrad Popławski podkreśla w rozmowie z DGP, że strategia realizowana przez Niemcy niesie ze sobą korzyści, ale jest też ryzykowna. ‒ Może to uratować wiele firm i miejsc pracy pod warunkiem, że kryzys wywołany przez koronawirusa nie potrwa zbyt długo. Jeśli się przedłuży i gospodarka się nie odbije, to Niemcy będą musiały utrzymywać nierentowne koncerny, co doprowadzi do skokowego zwiększenia długu publicznego ‒ prognozuje. ‒ Kolejne niebezpieczeństwo jest takie, że pod parasol ochronny rządu mogą trafić przedsiębiorstwa, które i tak były w złej kondycji. Ich sprzedaż po kryzysie może okazać się problematyczna. Przykładem tego jest chociażby Commerzbank, w którym skarb państwa ma od ponad 10 lat 15 proc. akcji i nie jest w stanie ich się pozbyć ‒ dodaje.
Kolejne niebezpieczeństwo jest paradoksalnie związane z tym, że Niemcy są państwem o największej wiarygodności kredytowej. ‒ Zapewniając komfortowy bufor kapitałowy, mogą doprowadzić do sytuacji, że przedsiębiorstwa zaczną podejmować nierynkowe decyzje. Dodatkowo da to przewagę Niemcom nad Włochami czy Hiszpanami, których nie stać na takie wsparcie. W związku z tym silni staną się silniejsi, a słabi słabsi ‒ ostrzega Popławski.