"Co się tyczy kandydatów Białoruskiego Frontu Narodowego, to żaden z nich się nie dostał" - poinformował lider BNF Wincuk Wieczorka.

Reklama

A opozycjoniści, choć nie liczyli na wygraną, to sądzili, że przynajmniej kilku ich kandydatów do parlamentu trafi. Do głosowania namawiali nawet liderzy opozycji Alaksandr Kazulin i Alaksandr Milinkiewicz. Na próżno.

"Dowiedziałam się, że na mnie głosowało 54 ludzi. W swoim okręgu wyborczym znalazłam się na trzecim miejscu. Tak samo na trzecim miejscu, znalazła się większość kandydatów opozycji" - powiedziała Olga Kazulina.

Opozycja robiła, co mogła

Dwaj politycy opozycji, którzy w elekcji prezydenckiej z 2006 roku odważyli się rywalizować o urząd z prezydentem Białorusi Alaksandrem Łukaszenką, wczoraj uczestniczyli w spotkaniu wyborczym kandydującego z ramienia Zjednoczonych Sił Demokratycznych wiceprzewodniczącego Białoruskiej Partii Socjaldemokratycznej "Hramada" Ihara Rynkiewicza.

Spotkanie opozycjonistów odbywało się na terenie jednego z mińskich blokowisk. Wszyscy trzej próbowali wytłumaczyć, jak potrzebne są zmiany na Białorusi. Kazulin starał się m.in.odwołać do emocji tłumu, przywołując obraz bitej przez milicję młodej opozycyjnej demonstrantki. Wówczas po Salirozległ się szept: "Faszyści" - mówili ludzie o milicjantach.

>>>Białoruska opozycja nie wierzy w wolne wybory

Milinkiewicz mówił, jak bardzo zaangażował się w bieżącą kampanię. "Zwiedziłem 35 miast, występowałem obok około 50 kandydatów demokratycznych, więc jak nigdy czułem sytuację w kraju" - powiedział.

Alaksandr Kazulin nie mógł pochwalić się aż taką liczbą spotkań. Uczestniczył zaledwie w czterech, między innymi swojej córki - Olgi. To i tak wiele, biorąc pod uwagę fakt, że władze Białorusi przed miesiącem zwolniły go z więzienia, gdzie odsiadywał wyrok za poprowadzenie przed dwoma laty nielegalnej demonstracji.

"Hramad" Ihar Rynkiewicz uważa, że jednym z jego najważniejszych celów jest normalizacja pracy w parlamencie, aby mógł on uchwalać "sprawiedliwe prawa". "Zamierzam chronić społeczeństwo i porządek" - dodał. Swoje szanse na wejście do Zgromadzenia Narodowego uznał jednak za niewielkie.

Zachodni obserwatorzy krytykują

Białorusini już od wtorku mogli uczestniczyć w głosowaniu przedterminowym. W sobotę Centralna Komisja Wyborcza informowała, że z tej możliwości skorzystało ponad 7 procent uprawnionych. Opozycja podawała tymczasem, że w niektórych lokalach wyborczych do piątku osiągnięto 90-proc. frekwencję.

Przedterminowe głosowanie spotkało się z ostrą krytyką opozycji i zachodnich obserwatorów. Urny po zamknięciu lokali wyborczych pozostawały jedynie pod opieką władz, co stwarzało spore pole do nadużyć. Ponadto w zamian za przedterminowe oddanie głosu zakłady pracy gwarantowały m.in. premie finansowe.

Sama komisja wyborcza nie do końca ma pewność, ile osób tak naprawdę ubiega się o mandat, gdyż w niektórych regionach część startujących w ostatniej chwili wycofała się. W ten sposób inni kandydaci uzyskali niemal stuprocentową pewność, że nie dojdzie do drugiej tury głosowania.

Niezależni obserwatorzy komentują więc, że rzeczywiste wybory odbywają się w zaledwie kilkunastu miejscach.

Reklama

Liczy się tylko jeden człowiek

Opozycja podkreśla, że białoruski parlament niewiele znaczy. "Znaczenie ma jeden człowiek", przywódca Białorusi Alaksandr Łukaszenka - przypomina Alaksandr Milinkiewicz. Jego zdaniem kierownictwo państwa nie jest jeszcze gotowe nawet na częściowe podzielenie się władzą.

Do głosowania uprawnionych było około 7 milionów Białorusinów, którzy swe głosy oddawali w ponad 6.500 punktów wyborczych. Ponadto około 40 lokali otwarto poza granicami kraju, między innymi w białoruskich placówkach dyplomatycznych.

Od przebiegu wyborów i liczby wykrytych fałszerstw zależy otwarcie Białorusi na Unię Europejską. Przed wyborami Bruksela dała Mińskowi wyraźny sygnał - jeśli nie będzie manipulacji, sankcje nałożone na Białoruś zostaną zniesione.