Z Siergiejem Biespałowem i Władimirem Miłowem rozmawia Michał Potocki
Reklama
Jak wam się podoba u nas, rusofobów?
Władimir Miłow: Podoba nam się w Polsce, bo wiemy, że z tą rusofobią to bujda. W zeszłym roku nagrałem na kanale na YouTubie program o waszej transformacji i o tym, jak walczyliście w latach 80., żeby pokazać, dlaczego warto brać z was przykład. Zaskoczyło mnie, jak bardzo pozytywny był jego odbiór. Wielu widzów pisało, że byli w Polsce i nikt się z żadną rusofobią nie zetknął.
Jak więc walczyć z kremlowskim przekazem o Polakach rusofobach?
W.M.: Rozmawiać bezpośrednio ze społeczeństwem. A w Polsce rozwiewać przekonanie, że Rosja to Putin. Rosja to nie Putin, tylko kraj przejęty przez mafię, której nikt nie wybierał. Putin jest wspólnym – waszym i naszym – problemem.
W Rosji zeszliście już do podziemia?
W.M.: Z punktu widzenia codziennej pracy politycznej rzeczywiście niewiele można zrobić. Putin zdecydował, że żaden z jego poważnych rywali nie powinien prowadzić działalności politycznej wewnątrz kraju.
W sumie to oficjalne przyznanie, że Aleksiej Nawalny mu zagraża.
W.M.: Stało się to jasne w styczniu tego roku, kiedy byli zmuszeni odnieść się do filmu o pałacu Putina. Wcześniej obowiązywał nieformalny zakaz mówienia o Nawalnym w telewizji państwowej. Jeśli już o nim mówiono, to zawsze per „pewien bloger” czy „niemiecki pacjent”. Jakiś czas po filmie zaczęli organizować specjalne programy o nim. Nagonka była intensywniejsza niż swego czasu na Ukrainę. Od rana do nocy mówili, jaki Nawalny jest zły. Przeszli do zmasowanego kontrataku.
Ilu z was wyjechało z Rosji?
W.M.: Na pewno dziesiątki. Sądzę, że będzie więcej.
Zamierzacie wrócić?
W.M.: Bardzo bym chciał, ale to na razie niemożliwe, bo natychmiast by mnie aresztowali.
Siergiej Biespałow: Powrót oznacza więzienie.
Reklama
W.M.: A jeśli wszystkich wsadzą, nie będziemy mogli dalej działać. Żeby wrócić, musielibyśmy dostać gwarancje, że władze nie będą wsadzać ludzi do więzienia za politykę.
Przeciwko Władimirowi Miłowowi toczą się jakieś postępowania karne?
W.M.: Na razie nie, chociaż wielokrotnie byłem zatrzymywany. Przed styczniowymi manifestacjami na moją klatkę schodową przyjechało 20 policjantów. Było jasne, że gdy tylko wyjdę na protest, zostanę zatrzymany. Zostałem w domu. Pomyślałem, że następnym razem to już po mnie przyjdą. Poza tym dostałem wiele pozwów za pomówienia od Jewgienija Prigożyna (kurator rosyjskich najemników znany jako kucharz Putina – red.) w sumie na jakieś 30 mln rubli (1,5 mln zł). Groził mi więc zakaz opuszczania kraju. Okno umożliwiające wyjazd mogło się szybko zamknąć.
Za to Siergiej Biespałow wyjechał przez sprawę karną.
S.B.: Śmiejemy się, że wśród tych wszystkich ekstremistów od Nawalnego jestem jedynym kryminalistą.
W.M.: Kobietę pobił.
S.B.: Nawet jej nie dotknąłem. Zwolenniczka Putina twierdzi, że podeszła do mnie, by porozmawiać, a po 15 min w miejscu, którego nie obejmuje monitoring, rzekomo uderzyłem ją w łokieć, przez co doznała trzytygodniowego uszczerbku na zdrowiu. Wcześniej przyjęto przepisy zakazujące startu w wyborach osobom skazanym za przestępstwa średniej ciężkości – a takie liczą się dopiero od trzech tygodni. To było zabawne, bo sąd najwięcej uwagi poświęcił nie dowodzeniu, że ją pobiłem, ale temu, że dokładnie przez 21 dni źle się czuła, po czym 22. dnia wyzdrowiała. W pewnym sensie miałem szczęście, bo byłem pierwszym koordynatorem sztabu, przeciw któremu wszczęto postępowanie. Teraz wobec wszystkich innych wszczynają sprawy sanitarne za wzywanie do protestów w czasie pandemii.
Rozmowa odbyła się dzięki uprzejmości Stowarzyszenia Za Wolną Rosję