Najnowsze badanie przeprowadzone na zlecenie Agencji Reutera daje demokracie 49-proc., a republikaninowi 44-proc. poparcie. To bardzo wyraźne wahnięcie nastrojów, bo jeszcze w czwartek ten sam
ośrodek pokazywał 14-punktową przewagę Obamy.
"Te wyniki dowodzą, że nie można jeszcze niczego przesądzać, chociaż część mediów popełniła falstart i traktuje już demokratę jak prezydenta" - uważa Lynn Sanders z
Uniwersytetu w Wirginii. Jej zdaniem republikanin odrabia straty, bo udało mu się zapanować nad prowadzoną do tej pory nieco chaotycznie kampanią. "Wielkim błędem było jej
zawieszenie w obliczu kryzysu. Ludzie chcą usłyszeć, co kandydat zrobi w obliczu recesji. Odkąd McCain zaczął mówić konkretnie o planach ratowania gospodarki, elektorat powoli zaczął do
niego wracać" - komentuje Sanders.
Sztab McCaina ruszył również do ataku w Ohio i Pensylwanii. Senator z Arizony liczy tu na pobratymców Joe hydraulika - słabo opłacanych robotników, którzy pozostają nieufni wobec
czarnoskórego senatora z Chicago. Zacięta walka toczy się również o bogatą w głosy elektorskie Florydę. Kandydaci dwoją się i troją, by wziąć udział w jak największej ilości wieców w
tym stanie. Konfrontację na razie wygrywa McCain. Ostatnie dwa sondaże Strategic Vision i Mason-Dixon dają mu nawet dwupunktową przewagę nad rywalem.
W odpowiedzi sztab Obamy wysłał - popularną na Florydzie - Hillary Clinton. Przekonuje ona do głosowania na kolegę z Senatu swoich oddanych sympatyków - emerytów z Nowego Jorku, którzy
postanowili spędzić starość w słonecznym stanie. Efekty jej misji nie są jednak pewne.
"Dotychczas byłam wierna Demokratom, ale w tych wyborach się waham. Nie wiem, czy Obama to dobry kandydat na czas kryzysu" - zastanawia się 78-letnia Rosa Martin z zamożnego
Miami Beach. W kurorcie, który osiem lat temu zasłynął tym, że przez kilka tygodni wstrzymywał wyniki wyborów, ponownie przeliczając głosy, przez weekend ustawiały się długie kolejki do
lokali wyborczych. Prawo Florydy - i dwóch trzecich pozostałych stanów - dopuszcza głosowanie przed dniem wyborów. W tym roku frekwencja jest wyjątkowo wysoka.
p
: Przede wszystkim nie przeceniajmy sondaży. W zeszłym tygodniu głośno było o sondażu, w którym różnica ta wynosiła aż 12 punktów. Jednocześnie jednak pojawiały się ankiety, gdzie wciąż było to jedynie kilka procent. Biorąc pod uwagę wszystkie publikowane dziś sondaże, wahania sympatii Amerykanów są niewielkie.
Od około trzech lat generalnie Amerykanie sprzyjają Demokratom i ich kandydatom. To naturalne w chwili, gdy rządzi powszechnie krytykowany republikański prezydent. Notowania Republikanów nieco poszły w górę w ostatnich kilku tygodniach po zdecydowanej reakcji na kryzys finansowy. To w bezpośredni sposób przekłada się na sympatie wobec kandydatów do prezydentury.
Stanowiska obu kandydatów w tej kwestii są zbliżone. Obaj zresztą unikają rozmowy o szczegółach ich programu gospodarczego. Ktokolwiek zostanie prezydentem, zapewne zda się na rozwój sytuacji.
W większości zapewne na Obamę. McCain rzeczywiście dotąd mógł liczyć na niemal jednogłośne poparcie najbogatszych. Zaczyna jednak zyskiwać sympatyków również wśród klasy średniej. Za późno jednak, by mógł ją pociągnąć za sobą w całości.
Każda kampania zmierza m.in. do odsłonięcia jak najgorszych cech i informacji o rywalu. W tej nie było inaczej, choć nie sądzę, by McCain stosował w niej jakiekolwiek nieetyczne chwyty. Spekulowano o różnych znajomościach Obamy, ale mam wrażenie, że republikański kandydat woli promować swoje atuty niż obsmarowywać konkurenta.
W USA panuje takie przekonanie, że w tej kampanii wszystko jest na rękę demokracie, a także, że sprzyjają mu media. McCain chce więc pokazać swojego rywala jako człowieka aroganckiego, który już dzieli skórę na niedźwiedziu. Te oskarżenia same w sobie są bez znaczenia poza jednym zasadniczym punktem: Amerykanie naprawdę jeszcze nie zagłosowali i dopóki tego nie zrobią, nie będziemy mieć żadnej pewności, kogo ostatecznie poprą.
*John Fortier, politolog z American Enterprise Institute w Waszyngtonie