- Tym, co odróżnia tę ofensywę od poprzedniej fazy wojny są jej lokalizacja, sytuacja, w której ma miejsce oraz sposób, w jaki Rosjanie będą ją przeprowadzać. Ponieważ odbywa się ona na terenach, które od lat były dobrze przygotowane do obrony, wymaga to innego podejścia niż to z początkowych etapów kampanii, w szczególności na północy Ukrainy - mówi Giles.

Reklama

Jak wskazuje, Rosja jest teraz bardziej świadoma charakteru wojny, którą rozpoczęła, a zwłaszcza siły ukraińskiego oporu, więc nie będzie już nie doceniać skali wyzwania ani nie będzie już zakładać, że ukraińskie siły łatwo skapitulują. - Łącząc te fakty Rosja będzie prowadziła kampanię, do której przygotowywała i pod kątem której uzbroiła swoje siły. To jest bardziej rosyjski styl wojny - z potężnym ostrzałem artyleryjskim pozycji defensywnych, a następnie konwencjonalnym szturmem wojska z dużą intensywnością i dużą liczbą ofiar - wyjaśnia ekspert.

Giles dodaje, że niewiadomą w tym, jak daleko będą sięgać rosyjskie ambicje w stosunku do ukraińskiego terytorium będzie to, ile więcej ofiar rosyjskie siły zbrojne mogą udźwignąć. Zastrzega, że Rosja nie będzie się przejmowała własnymi ofiarami jako takimi, lecz tym, na ile one zmniejszą zdolności bojowe jej wojsk.

Zwraca też uwagę, że skupienie się przez Rosję na Donbasie nie wyklucza ataków w innych częściach Ukrainy. - To, że rosyjskie ambicje terytorialne mogą teraz być ograniczone do wschodu Ukrainy i korytarza na południu przez Mariupol, nie oznacza, że Rosja nie jest w stanie wojny z Ukrainą jako całością i jeśli może wyrządzić szkody jej gospodarce, jej infrastrukturze czy jej populacji, ostrzeliwując terytorium tego kraju, naturalnie to zrobi - mówi Giles.

Reklama

"Czasowe zawieszenie"

Podkreśla, że Rosja jedynie czasowo zawiesiła swoje ambicje podbicia całości Ukrainy i zrealizowanie tych mniejszych ambicji nie będzie oznaczać końca konfliktu, nie tylko z Ukrainą, lecz z Zachodem jako całością. - Rosja po zrozumieniu, że jej początkowe cele są nieosiągalne, zrewidowała je w sposób taki, by miała względne szanse na ogłoszenie sukcesu. Nawet niewielkie terytorialne zyski na wschodzie kraju mogą być przedstawione przez rosyjskich propagandzistów jako zwycięstwo, szczególnie jeśli będzie w tym też ostateczne zdobycie Mariupola, które jest wiązane przez rosyjską propagandę ze skrajnie prawicowym batalionem Azow. Rosja mogłaby podkreślać, że początkowy cel w postaci "denazyfikacji" Ukrainy został zrealizowany. Innymi słowy - Rosja może ogłosić tymczasowe zwycięstwo i przygotowywać się do dalszej ofensywy - wyjaśnia.

Jak dodaje, wśród obserwatorów i analityków panuje niemal konsensus w tym, że rosyjski prezydent Władimir Putin wyznaczył datę 9 maja - Dzień Zwycięstwa w Rosji - jako termin na osiągnięcie sukcesu na Ukrainie. Ale jest to raczej oparte na poszlakach i znaczeniu samej daty, bo rosyjska propaganda nie składa żadnych obietnic związanych z tym terminem.

Giles mówi, że bez szczegółowej wiedzy na temat sytuacji na froncie przewidzenie, czy i do jakiego stopnia Ukraina jest w stanie powstrzymywać i odpierać rosyjską ofensywę w Donbasie, jest niemożliwe. A tych informacji o swoich zdolnościach bojowych Ukraina z oczywistych względów nie chce upubliczniać, by nie dostarczać ich przy okazji także Rosji.

Analityk uważa, że Ukraina nie może zaakceptować ustępstw terytorialnych w zamian za porozumienie pokojowe, choć jeśli Rosja jednostronnie zadeklaruje, że odniosła sukces i ograniczy działania militarne, wtedy zachodni sojusznicy Ukrainy, szczególnie ci z UE, mogą naciskać w tej kwestii na Wołodymyra Zełenskiego.

- Ale oznaczałoby to, że Ukraina musiałaby porzucić część populacji, pozostawiając ją na pastwę deportacji i rusyfikacji. Moralny imperatyw nie pozwala na to. Ukraina będzie walczyć tak długo, jak to możliwe, niezależnie od zewnętrznej presji. To będzie jednak bardzo trudne bez tego ciągłego wsparcia z Zachodu, nie tylko militarnego, ale też humanitarnego i gospodarczego, zapewniającego, że Ukraina może funkcjonować jako państwo w sytuacji zniszczeń wojennych - uważa Keir Giles.