Małgorzata Tusk mieszka w Sopocie. Jej mąż pracuje w Warszawie. Dlatego żona premiera musi teraz radzić sobie sama, a ostatnie dni nie są dla niej łatwe. Zwłaszcza po doniesieniach o podpaleniu auta Julii Pitery z Platformy Obywatelskiej. Żona szefa rządu uważa, że to wcale nie był chuligański wybryk.

W przypadku Julii Pitery wszystko zaczęło się od pogróżek w internecie. Potem były anonimowe telefony z oszczerstwami. Małgorzata Tusk nie rozmawiała jeszcze wprawdzie z żadnym szantażystą, ale już ją straszono - pisze "Super Express".

"W internecie jest mnóstwo agresji skierowanej przeciw nam: mnie i mojej rodzinie. Ta agresja brzmi jak pogróżki. Tak to odbieram" - mówi w rozmowie z dziennikiem żona szefa rządu. Ale mimo obaw nie poprosiła o dodatkową ochronę. Korzysta tylko z podstawowego zabezpieczenia - jej dom obserwują funkcjonariusze Biura Ochrony Rządu.

"Czy wzmocnimy ochronę? Zobaczymy, co będzie dalej się działo. Jeśli takie zdarzenia, jak te z udziałem Julii Pitery, będą się powtarzać, razem z mężem coś postanowimy" - zapewnia Małgorzata Tusk.