Dziennik Gazeta Prawana logo

Prokurator: Żołnierze byli szkoleni do zabijania

14 marca 2008, 00:48
Ten tekst przeczytasz w 6 minut
Przed misją w Afganistanie żołnierze jeździli na poligony do Niemiec i na Pomorze. Niemniej jednak uczono ich tam strzelania z różnego rodzaju broni, okopywania się, prowadzenia działań desantowo-spadochronowych. Rzeczywistość pokazała jednak, że te umiejętności nie były im przydatne - mówi w rozmowie z DZIENNIKIEM płk Dariusz Raczkiewicz. Był on jedynym polskim prokuratorem na misji w Afganistanie prowadzącym śledztwo w sprawie tragedii w Nangar Khel.

Relacja pułkownika Raczkiewicza rozwiewa część spekulacji, które narosły wokół śmierci ośmiu cywilów zabitych przez pluton polskich żołnierzy. Relacja płk. Raczkiewicza rzuca nowe światło na pytanie o to, dlaczego żołnierzom od razu nie postawiono zarzutów i nie odesłano do Polski. Zdaniem prokuratora generał Marek Tomaszycki obawiał się, że żołnierze w obawie przed surową karą mogli spróbować w trakcie transportu targnąć się na swoje życie. Mogła to być przyczyna, dla której zarzuty ludobójstwa zostały postawione im dopiero na jesieni, czyli w kilka tygodni po ich powrocie z Afganistanu.

We wtorek Sąd Najwyższy ostatecznie utrzymał areszt dla sześciu podejrzanych i wskazał, że dowody zgromadzone w sprawie m.in. przez płk. Raczkiewicza uprawdopodobniają czyn ludobójstwa.

Mogę zdradzić tylko, że pierwsze dwa meldunki o tej sprawie, które do mnie dotarły, przedstawiały zdarzenia zupełnie inaczej. Byłem akurat w innej bazie, gdy przyszła do mnie faksem informacja z żandarmerii o tym, że w Nangar Khel był ostrzał. Z materiałów wstępnych uzyskanych od żołnierzy dowiedziałem się, że wszystko było tylko wypadkiem. Drugi meldunek potwierdzaliśmy u jednego z dowódców - informację, że prawdopodobnie przyczyną ostrzału wioski były problemy z bronią. Można powiedzieć, że cała sytuacja była przedstawiana o 180 stopni inaczej niż w rzeczywistości. Świadczy to o tym to, że na początku wszczęliśmy śledztwo w sprawie nieostrożnego użycia broni.

Około miesiąca. Na miejsce dotarłem dopiero trzy dni po zdarzeniu, bo wcześniej nie było transportu. Zabezpieczyliśmy teren, zrobiliśmy oględziny, przeszukałem okolice wykrywaczem metalu, pomierzyłem odległości. Szczegółów moich działań nie mogę ujawniać, bo są objęte tajemnicą. W śledztwie w Polsce nie brałem udziału, bo byłem na urlopie zdrowotnym, który jest obowiązkowy dla każdego, kto wraca z misji.

Byłem z nimi przez 9 miesięcy. Jak zwykły żołnierz jeździłem hummerami. Ubezpieczałem konwój, siedziałem w zwiadowczym pierwszym samochodzie i chodziłem po terenach, na których roiło się od min. Przyjeżdżałem na miejsca walk, gdzie wciąż jeszcze płonęły pojazdy. Widziałem naszego martwego żołnierza. Byłem świadkiem, jak strzelano w moim kierunku, to są rzeczy normalne.

Ostrzelaniu obiektów, ale nie wioski. Można ostrzeliwać punkty obserwacyjne nieprzyjaciela. To są np. wzgórza, które są opisane na mapach jako miejsca, gdzie widziano talibów. Tam też można teoretycznie prowadzić ostrzał kierunkowy. Ale to też nie jest zupełnie z przepisami ISAF. Bo nie można strzelać do nierozpoznanego miejsca.

Po masakrze zamówiłem sobie wykaz szkoleń przeprowadzanych dla żołnierzy w Afganistanie. Wynikało z nich, że żołnierze jeździli na poligony do Niemiec i na Pomorze. Niemniej jednak uczono ich tam strzelania z różnego rodzaju broni, okopywania się, prowadzenia działań desantowo-spadochronowych. Rzeczywistość pokazała jednak, że te umiejętności nie były im przydatne. Wtedy w Afganistanie nie było bowiem sytuacji powodujących konieczność prowadzenia działań stricte szturmowych. Konieczne było nawiązywanie z ludnością lokalną tego rodzaju więzi, która budowałaby zaufanie do polskich żołnierzy. Nie było potrzeby desantowania ich, pozostawiania ich na wiele dni w okolicach opanowanych przez talibów. Oni mają zupełnie inne zadania.

W mojej ocenie szkolenia bojowe przed misją w Afganistanie rozmijały się z celami, dla których żołnierze Polscy przybyli do Afganistanu. Nasi żołnierze sprawiali wrażenie, że wyznaczeni są do innych celów . Psychicznie i mentalnie byli przeświadczeni o tym, że w kraju tym będą musieli zabijać i będą narażeni na nieustanne ataki przeciwnika. W efekcie tego, gdy rzeczywistość okazała się nieco bardziej spokojna, trudno im było ukierunkować swoją aktywność. Jako przykład mogę podać, że podczas moich szkoleń dotyczących przepisów na misji wojskowej żołnierze wielokrotnie mieli do mnie pretensje, gdy im tłumaczyłem, że nie mogą strzelać do osób, które się poddają. Pytali mnie wtedy: "A jeśli będzie miał za pasem broń, wyciągnie i do nas strzeli". W takich sytuacjach odpowiadałem: "Musicie zachować spokój, jak po tę broń sięgnie, wtedy ewentualnie możecie go unieszkodliwić, ale jak ktoś podnosi rękę do góry, to jest koniec myślenia o strzelaniu. Nas konwencje obowiązują. Niemniej jednak często odnosiłem wrażenie, że moje porady traktowali z dystansem. W takich sytuacjach sprawiali wrażenie jakby byli zaprogramowani na inne zadania.

Mogę tylko powiedzieć to, że oba zdarzenia nie miały ze sobą nic wspólnego. Z tego co wiem podejrzani nie znali się z porucznikiem Kurowskim. Może nigdy go nie widzieli. Miejsca zdarzeń też były odległe od siebie.

W tym, co ukazuje się w prasie, jest 2 proc. prawdy, a 98 proc. czegoś w rodzaju science fiction. Przypuszczam, że może być to forma nacisków na prokuraturę i sąd. Może po to, by zmiękczyć świadków.

Działam w ramach swoich uprawnień. Zawieszenie w czynnościach służbowych żołnierza można zastosować wówczas, gdy są wobec niego przedstawione zarzuty. Dopiero taka sytuacja powoduje odsunięcie żołnierza od czynności. W sytuacji procesowej, jaka miała miejsce w Afganistanie, żołnierze nie mieli jeszcze przedstawionych zarzutów.

Trudno mi się wczuć w decyzje pana generała. Ale wyobraźmy sobie, że zdecydował by się na wysłanie żołnierzy do kraju wcześniej. Nikt nie mógłby zaręczyć, że nie dojdzie np. do prób samobójczych. Generał nie był bierny, powołał specjalną komisję, aby ustaliła ogólne okoliczności dotyczące zdarzenia. Ponadto pomagał mi w wypełnieniu wszystkich formalności dotyczących transportu i innych kwestii związanych z moim przemieszczaniem się. Jego pomoc była bardzo cenna. Nie mamy żadnych informacji, żeby mataczył w śledztwie.

W mojej ocenie nie było takiej groźby. Gdyby zaistniała, to na pewno podjąłbym odpowiednie środki procesowe i dążyłbym do spowodowania odesłania ich do kraju. Ale to, że raz zabiłem, nie znaczy automatycznie, że będę zabijał ponownie.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj