Jacek Kuciński stoi na zakurzonym strychu. Pod ścianą sterta płócien, kilka akwareli. Mężczyzna trąca nogą pierwszy z brzegu obraz: "O, to na przykład miał być Stanisławski. Ale kto to jest naprawdę? Diabli wiedzą".

Reklama

Obraz przechyla się i zastyga na kupie innych, rzekomych Stanisławskich. Kuciński (buty w szpic, żel we włosach, elegancko rozpięta koszula) szybko cofa nogę, ostatecznie dowodów rzeczowych nie wolno kopać.

Od kilku tygodni łódzka prokuratura sprawdza, czy padł ofiarą megaoszustwa: przez sześć lat kupował obrazy od łódzkiego marszanda, Andrzeja N. W sumie - około 350 płócien. Co najmniej kilkadziesiąt z nich to falsyfikaty.

"Nie spotkałem się z fałszerstwem na tak wielką skalę" - przyznaje Jacek Wojciechowski z Komendy Głównej Policji. Adam Konopacki, warszawski ekspert rynku sztuki, też nie pamięta tak dużej sprawy. Podobnie łódzcy prokuratorzy, którzy żeby przebadać kolekcję Andrzeja N., będą musieli wydać setki tysięcy złotych, bo za jedną ekspertyzę biegli sądowi żądają od tysiąca do dwóch tysięcy złotych.

Kossak pod stołem do ping-ponga

"Lodzermensche palą się do mojej sztuki - niech im Bóg da zdrowie i dużo pieniędzy" - cieszył się sto lat temu malarz Wojciech Kossak. Jacek Kuciński, lodzermensch i fabrykant strojów kąpielowych, na zdrowie nie narzeka. Jeszcze osiem lat temu nie narzekał też na brak gotówki: interes szedł jak się patrzy, a na ziemi, którą sprzedał Francuzom z Carrefoura, zarobił ponad cztery miliony. Wtedy pomyślał o Kossaku.

Żółty dom milionera stoi na obrzeżach Łodzi. Wygląda nieciekawie: krzywe framugi, stare okna, za wysokie korytarze. Przestronny salon z kominkiem zdobią pistacjowe fotele. Do rezydencji przylega fabryczka. Kilka lat temu pracowało w niej kilkadziesiąt osób. Sam prezydent Aleksander Kwaśniewski wręczał biznesmenowi Kucińskiemu nagrodę "Teraz Polska". Dziś statuetka stoi na półce, a hala stoi pusta. Chińczycy zalewają rynek kąpielówkami źle uszytymi, ale tańszymi niż polskie.

W żółtym domu obrazy są wszędzie. Ciasno, jeden obok drugiego zwisają nad schodami i nad łóżkiem właścicieli. Na parterze, pod stołem do ping-ponga, piętrzy się sterta płócien. Kolejna - na strychu. Wyczółkowski, Boznańska, Ruszczyc, Cybis, Michałowski, Mehoffer, ze cztery Kossaki wiszą w biurze na piętrze fabryczki. Wszystkie w złotych ramach.

49-letni Kuciński uwierzył, że obrazy to dobra inwestycja. Na inwestycję wydał ponad półtora miliona.

Kiedy dowiedział się, że lwia część kolekcji to falsyfikaty, trafił go szlag. "Zadzwoniłem do Andrzeja i powiedziałem: weź ode mnie ten fajans, coś mnie go napchał, człowieku" - opowiada.

Ale Andrzej, który przez sześć lat sprzedawał mu obrazy, wcale nie chce fałszowanego fajansu.



Zabrałem go do Kwaśniewskiego

Poznali się na wczasach za granicą. Znajomość przerodziła się w przyjaźń. Andrzej N., siwiejący pan o wyglądzie dobrodusznego dziadka, to postać nietuzinkowa. Koneser sztuki, marszand, kolekcjoner. Skarpetki dobrane pod wzorek puloweru. Od lat w Łodzi prowadzi galerię sztuki przy Piotrkowskiej, w dobrym punkcie, vis-a-vis hotelu Grand.

Jacek Kuciński koneserem nie jest. Jak mówi, w 2000 r. chciał po prostu zaparkować gdzieś trochę gotówki. Myślał o kolejnych nieruchomościach. "Jakie nieruchomości?! Stuknij się w głowę! Tak wtedy mówił" - opowiada Kuciński. "Zaproponował: zbiorę dla ciebie taką kolekcję, że wszystkim buty pospadają. Będziesz miał szkołę krakowską".

Reklama

Andrzej N. zbierał kolekcję powoli: czasem przywoził jedno płótno, czasem trzy. Akwarelki za kilka tysięcy złotych, obrazy bardziej znanych artystów, jak Wyczółkowskiego, sprzedawał za czterdzieści tysięcy.

Kolekcja rosła, Kuciński cieszył się jak dziecko, Andrzeja N. traktował jak domownika. Na ceremonię wręczania nagród "Teraz Polska" zamiast z własnymi rodzicami pojechał z marszandem. Pstryknęli sobie fotkę z Aleksandrem Kwaśniewskim.

Z roku na rok producent strojów kąpielowych nabierał ogłady. Już odróżniał Mehoffera od Stanisławskiego, a Kossaka od Ruszczyca. Kupowanie go wciągnęło. Był jak hazardzista, który zadłuży się, żeby rozegrać jeszcze tę jedną, decydującą kolejkę. Na kolejne Kossaki pożyczył kilkaset tysięcy od żony Andrzeja N.

Jesienią 2008 r. dla branży strojów bikini i spodenek męskich przyszły ciężkie czasy. Wtedy zdecydował, że sprzeda kilka wartościowych płócien. Z siedmioma obrazami w bagażniku pojechał do Muzeum Narodowego, do Warszawy. Chciał je tylko wycenić.

To było takie nic

Monika Ochnio z Muzeum Narodowego, pamięta tamtą wizytę: "Te obrazy z łódzkiej kolekcji to było takie nic, że płakać się chciało. Ich poziom artystyczny był naprawdę niski". Tamara Richter, również z MNW, badała najciekawsze okazy: "To były ewidentne falsyfikaty".

Jacek Kuciński najpierw wpadł w szał, później omal nie dostał zawału. Wrócił do Łodzi. Ochłonął. Postanowił, że odzyska pieniądze od marszanda. Jednocześnie, obraz po obrazie, zaczął badać kolekcję. Znów poczuł się jak hazardzista. Bo co drugie płótno - bingo. Co drugie okazywało się falsyfikatem. W slangu antykwariuszy: falsem.



Przykład? Na obrazie rzekomego Wyczółkowskiego jeden z ekspertów odkrył, że ktoś wyskrobał z płótna podpis oryginalnego twórcy. Na jego miejscu domalował nieudolnie podpis znanego malarza. Kilka podpisów na innych obrazach położono czerwoną farbą na starej fakturze - takiego fałszerstwa nie wykrywają promienie UV, którymi obrazy prześwietlają eksperci.

Fachowcy, którzy zbadali kolekcję Kucinskiego, łapią się za głowy: obraz Jana Stanisławskiego, który zmarł w 1907 r., wykonano na tekturze z lat 70. ubiegłego wieku. Niektóre sklejki sprawiają wrażenie starych, ale zostały tylko sztucznie postarzone.

Może to moje obrazy, a może nie

Kuciński zaprosił marszanda do biura. Najpierw namawiał: niech odkupi od niego kolekcję. Ale Andrzej N. szybko go oświecił: jest kryzys, zły moment na handel sztuką. A poza tym on, Andrzej N., nie ma za bardzo ochoty na kupowanie kolekcji Kucińskiego. "Teraz wszyscy sprzedają obrazy, nikt nie kupuje" - mówił wyraźnie zdenerwowany Andrzej N. "Ja ci nie kazałem tego wszystkiego kupować. Chciałeś, przychodziłeś, kupowałeś. Sprzedaj ziemię".

Potem Kuciński jeszcze kilka razy spotykał się z marszandem (rozmowy nagrywał). Raz niemal doszli do porozumienia: Andrzej N. zgodził się zabrać obrazy. W ostatniej chwili jednak się rozmyślił. Na początku czerwca Jacek Kuciński zawiadomił prokuraturę, że padł ofiarą gigantycznego oszustwa.

Andrzej N. nie ma sobie nic do zarzucenia, bo - jak twierdzi - dziełami sztuki nie handluje. Nie ma ochoty na spotkanie, rozmawiamy przez telefon. "Nie pośredniczę w sprzedaży, po prostu sprzedaję obrazy ze swojej kolekcji. Zajmuję się tym od pięćdziesięciu lat, i nic ani nikt nie popsuje mi reputacji. Nie mam przyjemności rozmawiać na temat sprawy pana Kucińskiego i o jego fantazjach" - rzuca.

Po chwili przyznaje: "Dziesięć lat temu miałem podobne obrazy. Ale nie wiem, czy to są te same".

Fałsz ukryty w białej mgiełce

Monika Ochnio, Muzeum Narodowe: "Produkowanie podróbek to genialny biznes" - za nic dostaje się prawdziwe pieniądze. Ludzie wciąż nam przynoszą takie "dzieła". Mamy zalew falsyfikatów na aukcjach internetowych.

Fałszowani są przede wszystkim twórcy, których dzieła "trzymają cenę". Od kilku lat po rynku krążą szkice i obrazy przypisywane Wilhelmowi Sasnalowi, czołowemu artyście młodszego pokolenia. Ceny - znacznie niższe od rynkowych. Okazyjne. Warszawska galeria Raster wyławia fałszywe "sasnale". "Przez pewien czas nosiłem się z zamiarem publikacji ostrzegawczego artykułu o pojawiających się na rynku podróbkach prac Sasnala (bądź co bądź fałszerstwa są prawnie ścigane), jednak ponieważ proceder zdawał się wygasać, a z drugiej strony główne ich źródło (krakowskie) zostało zidentyfikowane i zdemaskowane, zaniechałem tematu" - opisywał na blogu jeden z założycieli galerii. W marcu tego roku, po wypłynięciu kolejnego falsa zatytułowanego "Kawałek wielkiego artysty" Raster zaczął w sieci ostrzegać kolekcjonerów przed fałszywkami.



Tamara Richter, Muzeum Narodowe: "Niestety, raz wyłapane falsyfikaty często wracają na rynek. Pamiętam taki podrabiany obraz Teodora Axentowicza - najpierw pojawił się w Warszawie, potem ten sam obraz ktoś usiłował sprzedać w Sopocie i Zakopanem".

Niemal każdy z antykwariuszy spotkał się z falsem. Według nich najtrudniej rozpoznać kopie dziewiętnastowieczne. Obrazy są konserwowane, zmywane, pokrywane werniksem. W ultrafiolecie zamiast zmian, które były nanoszone, widać tylko białą mgiełkę.

Eksperci mówią: nikt nie jest bezpieczny, domy aukcyjne też wypuszczają false. Według nich policja w takich sprawach jest bezradna. Roman Przesmycki, szef Domu Aukcyjnego "Ostoya": "Pojawił się u nas kiedyś klient z podrobionym reliefem. Mówił, że jego dziewczyna mieszka w Zgierzu u starszej pani, która prosiła o sprzedaż. Zawiadomiliśmy policję. Policjantom powiedział, że kupił relief na giełdzie samochodowej w Słomczynie. Śledztwo zostało umorzone, choć widać było, że ten człowiek kłamie. Teraz nie zawiadamiamy już policji, nie angażujemy się w te sprawy. To nie ma sensu".

Adam Konopacki, Agencja Art Konsultant: "Widuję kolekcje, w których niemal wszystkie obrazy są fałszywe. Zdarza się, że ludzie kupują w dobrej wierze obrazy z ekspertyzami, które dotyczą zupełnie innych obrazów. Kilka dni temu przyszedł do mnie klient z pejzażem Jana Rubczaka. Pejzaż był na tekturze, a w ekspertyzie jest wyraźnie napisane, że jest na sklejce. Ten człowiek zapłacił za podróbkę 12 tys. zł. Był rozdygotany. Gdy mu powiedziałem, że to falsyfikat, wyglądał jakby mu się dom zawalił. Wysyłam takich ludzi na policję. Często klienci jednak się nie ujawniają, bo chcą sprzedać obraz i odzyskać pieniądze. Nie przypominam sobie przypadku, żeby w Polsce wpadł jakiś fałszerz. Domy aukcyjne też dają się nabierać. Niektóre mają całkiem spore zbiory falsyfikatów, które trzymają w magazynach.

Mówi warszawski ekspert rynku sztuki: "Fałszerze koncentrują się na tym, co trzyma cenę, ale przede wszystkim na klasyce. Na rzeczach, które dobrze wyglądają w salonie nad stołem. Na giełdzie na Kole jest człowiek, który masowo sprzedaje podrabiane akwarele Adama Setkowicza, ucznia Teodora Axentowicza i Jana Matejki. Sprzedaje po 500 zł, choć oryginalne akwarele kosztują ponad 3 tys. zł. Gdy ktoś przyjdzie do niego z pretensjami, spokojnie oddaje pieniądze i sprzedaje falsyfikat kolejnemu klientowi. Interes się kręci".

Najczęściej podrabiane są podpisy, bo łatwiej znaleźć u handlarzy starociami obraz, który w manierze przypomina znanego artystę. Dalej jest już łatwo. "Normalnie jest tak: malarz kładzie podpis na mokrej farbie i on wtapia się w podłoże" - tłumaczy ekspert. "Fałszerz podpisuje się już na stwardniałej farbie. Podpis jest na wybrzuszeniach, a litery ślizgają się po powierzchni. W przypadku obrazów malowanych na sklejce niektóre sklejki sprawiają wrażenie starych, ale zostały tylko sztucznie postarzone. Brudzą ręce popiołem, który ktoś pracowicie w nie wcierał".

Jacek Kuciński gryzie palce, bo w polskim prawie nie ma jednoznacznych definicji, co jest kopią, a co fałszywym obrazem - podrobionym lub przerobionym. Posiadanie kopii obrazów słynnych twórców nie jest karalne. "Dopiero jeśli udowodni się, że osoba posiadająca obraz wiedziała, że jest to falsyfikat, i próbowała go sprzedać jako oryginał, wtedy może zostać ukarana, a wcześniej ścigana" - mówi młodszy aspirant Agnieszka Hamelusz z Wydziału Prasowego Komendy Głównej Policji.



Obraz to nie banknot, można oszukiwać

Łódzka prokuratura po zawiadomieniu Kucińskiego wszczęła śledztwo. W sprawie oszustwa. Teraz czeka ją twardy orzech do zgryzienia: do wszystkich zakwestionowanych obrazów będzie musiała zamówić ekspertyzy. To oznacza, że śledztwo będzie się ciągnęło kilka lat, a i tak jeśli sprawa trafi do sądu, adwokaci Andrzeja N. będą się domagać kolejnych ekspertyz.

Jacek Kuciński też ma twardy orzech do zgryzienia: za większość obrazów płacił gotówką, nie żądał faktury. Nie dopominał się o ekspertyzy, które świadczyłyby o autentyczności obrazów. Na dobrą sprawę jego jedynym dowodem, że kolekcja pochodzi z jednego źródła, jest to, że wszystkie obrazy od Andrzeja N. oprawiał w złote ramki ten sam zakład w Łodzi.

To słaby dowód

Jeżeli oszust ma fałszywy obraz i próbuje go sprzedać, to bardzo trudno udowodnić mu złą wolę. Jeśli nawet policja zatrzyma kogoś w czasie nakładania sygnatury na obraz, to jeżeli ten ktoś się nie przyzna "tak, chciałem go sprzedać, podrabiałem, żeby wyglądał jak oryginalny", to też nic nie można mu zrobić. Z własnym płótnem obywatel może robić, co chce. Jan Mikołajczak, zastępca naczelnika wydziału kryminalnego rozkłada ręce: "W tym momencie policja podejmuje działania zgodnie z ustawą z dnia 23 lipca 2003 r. o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami. Art. 109a mówi: kto podrabia lub przerabia zabytek w celu użycia go w obrocie zabytkami, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2. Art. 109b: kto rzecz ruchomą zbywa jako zabytek ruchomy albo zbywa zabytek jako inny zabytek, wiedząc, że są one podrobione lub przerobione, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2".

"Ale jak policja złapie obywatela z fałszywym banknotem, to taki obywatel ma kłopoty, choćby banknot trafił do niego przypadkiem" - naciskamy. "Nie można tego porównać do przepisów, które dotyczą banknotów. Fałszerstwo pieniędzy to bardzo poważne przestępstwo, nazywane zbrodnią. W kodeksie karnym zagrożone jest karą do 25 lat pozbawienia wolności".

"Dobrze, fałszerz namalował Moneta. Obraz wysechł, ląduje na aukcji. Jeżeli w tym momencie ktoś zostaje zatrzymany, bo wprowadza fałszywki w obieg, znów nic się nie dzieje. Dlaczego?" - nie możemy zrozumieć.

"Dzieje się, jest prowadzone postępowanie, które ma na celu wyjaśnienie wszelkich okoliczności towarzyszących tej sprawie, a od jego wyników zależy, czy będą stawiane zarzuty i co będzie działo się z potencjalnym dziełem". A prowokacje policyjne? "O tym można mówić tylko w odniesieniu do konkretnych spraw..."

Fals? Powód do wstydu

Adam Konopacki: "Jeden z najbogatszych Polaków zapłacił za falsyfikat ponad 20 tys. zł. To dzieło nie było warte nawet 100 zł. Oczywiście taki człowiek oficjalnie nie ujawni się, żeby nie narażać na śmieszność".

Nikt w Polsce nie wie, jaka jest skala fałszerstw na rynku sztuki. Jan Mikołajczak z Komendy Głównej: "Nie ma takiej zakładki w policyjnych statystykach. Skala jest trudna do oszacowania, bo ciemna liczba fałszerstw nie jest nam znana. Osoby pokrzywdzone często nie są zainteresowane zgłoszeniem faktu do organów ścigania, gdyż chcą odzyskać swoje pieniądze, jeżeli jest to możliwe, to od osoby, która je oszukała lub od kolejnego kupca, któremu uda się obraz sprzedać".

Nad biurkiem Jacka Kucińskiego wisi portret brodatego Żyda. "Masz Jacuś, każdy lodzermensch musi mieć swojego Żyda. Żeby patrzył, czy dobrze pieniądze liczysz" - miał powiedzieć Andrzej N. Portret Żyda był gestem przyjaźni. Przedwojenny olej, wart kilka tysięcy złotych. Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, ale dziś już wiadomo, że portret Żyda powstał góra osiem lat temu. I że w najlepszym wypadku można go sprzedać za sto złotych.

Jacek Kuciński patrzy na swojego Żyda i liczy pieniądze. Nocami śni mu się półtora miliona, które utopił w falsyfikatach.