Dziennik Gazeta Prawana logo

Polityka wschodnia

5 listopada 2007, 12:15
Ten tekst przeczytasz w 10 minut

Z amerykańskiej perspektywy Rosja jest zarówno partnerem pomagającym rozwiązywać globalne problemy, jak i problemem samym w sobie. Racjonalna analiza rosyjskiej sytuacji międzynarodowej - dokonywana przez zachodnich ekspertów - sugeruje, że kraj ten powinien w nadchodzących dekadach stać się strategicznym sojusznikiem Europy i USA. Nie wiadomo jednak, czy sami Rosjanie są tego samego zdania oraz czy są gotowi nadać potencjalnemu sojuszowi trwałe podstawy aksjologiczne, demokratyzując własny system polityczny. Anne Applebaum pisze o "wspólnym mianowniku" takich działań Moskwy jak prześladowanie obrońców praw człowieka, szantaż gazowy wobec Ukrainy, aresztowanie rywali politycznych prezydenta i brutalna wojna w Czeczenii. Według Applebaum Zachód udzielił Rosji znaczącego kredytu zaufania, przejawiającego się między innymi zapraszaniem jej na spotkania przywódców najbardziej rozwiniętych państw świata. Rosja powinna uświadomić sobie, że jest to kredyt, a nie należne jej uznanie.

p

Warto zastrzec, że termin "polityka wschodnia" w odniesieniu do USA jest znacznie bardziej pojemny niż w przypadku Unii Europejskiej, która rozumie przez to wyłącznie relacje ze swymi bezpośrednimi sąsiadami na Wschodzie oraz z Rosją. Jeśli jednak przyjmiemy europejskie rozumienie polityki wschodniej również w przypadku Waszyngtonu, stwierdzić trzeba, że w ostatnich latach mieliśmy do czynienia z dwukrotną co najmniej korektą kursu: w tym sensie polityka ta z pewnością nie jest realizacją sztywnej doktryny.

W amerykańskiej polityce zagranicznej niewiele jest płaszczyzn, na których zamach na Twin Towers nie doprowadził do zasadniczych zmian. Polityka wobec Rosji nie jest tu wyjątkiem. Bezpośrednio po 11 września prezydent Bush i jego otoczenie przekonani byli, że Rosja okaże się ważnym partnerem w walce z terroryzmem. Wsparcie polityczne inicjatyw amerykańskich na forum Rady Bezpieczeństwa, placet Moskwy na naszą obecność w Azji Środkowej, a wreszcie nadzieja na wpływ Rosji na Iran miały wówczas dla Amerykanów znacznie większe znaczenie niż wydarzenia w Czeczenii. Do zmiany tej sytuacji potrzeba było czasu i refleksji.

Z upływem kolejnych miesięcy w Waszyngtonie zaczęło zwyciężać przekonanie, że wojna z terroryzmem nie toczy się tylko na płaszczyźnie militarnej, że jest to również "wojna idei", w której naszym orężem może się okazać obrona praw człowieka i zasad demokracji. Tymczasem w obu tych dziedzinach w Rosji następowały w tym czasie zmiany na gorsze. Także bierność Władimira Putina podczas głosowań w Radzie Bezpieczeństwa nie przyczyniała się do wzrostu zaufania do Rosji. W przypadku pomarańczowej rewolucji mieliśmy do czynienia z czymś w rodzaju sprzężenia zwrotnego: jeszcze na rok przed jej wybuchem w USA umacniało się przekonanie, że należałoby wspierać kraje leżące w sąsiedztwie Moskwy. Zaowocowało to nie tylko dotacjami Kongresu dla ukraińskich organizacji pozarządowych, lecz przede wszystkim mobilizacją amerykańskich NGO-sów. Zarówno to zaangażowanie, jak polityka Moskwy sprawiły, że szeroko identyfikowano się ze zwycięstwem Juszczenki, uznając je za sukces nie tyle Waszyngtonu, Warszawy lub Brukseli, co szeroko pojętego Zachodu. Również kolejne posunięcia Moskwy były z punktu widzenia jej reputacji w Waszyngtonie niemal samobójcze. Telewizyjny "spektakl hydrauliczny", z zakręcanym kurkiem gazowym w roli głównej, śledzono w pierwszych dniach stycznia br. z dużym niesmakiem; wcześniej niemałym echem odbiło się aresztowanie Michaiła Chodorkowskiego. Rosyjski przedsiębiorca był od kilku lat częstym gościem nie tylko w kręgach biznesu; jako jeden z pierwszych potrafił, w miejsce "ostentacyjnej konsumpcji", tak typowej dla rosyjskich multimiliarderów ostatniej dekady, wesprzeć swymi petrorublami Bibliotekę Kongresu. W rezultacie jego aresztowanie dało wiele do myślenia o stanie demokracji w Rosji, mimo że amerykańskie elity nadal zbyt słabo poinformowane są o sytuacji w Czeczenii, częstokroć zadowalając się formułą o "terrorystach i islamistach".

W przypadku UE trudno mówić o tak zdecydowanym zwrocie w stosunku do Rosji. Liderzy unijnego "rdzenia", tj. Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec, zwykle tak wyczuleni na kwestię praw człowieka, w przypadku Moskwy zdają się trzymać szczególnych reguł. Ma to, naturalnie, swe przyczyny: Berlin i Paryż są w znacznie większym stopniu uzależnione od rosyjskiej ropy i gazu, zarazem zaś niejednokrotnie bierze tam górę chęć "odróżnienia się od Stanów" za wszelką cenę, nieraz wręcz - uczynienia z Rosji pełnoprawnego partnera polityki europejskiej niejako przeciw USA. W ostatnich latach przodowały w tym Niemcy, które zwykły określać swą politykę mianem "realistycznej". Cóż, wolta kanclerza Schrödera pozwala uznać tę politykę za prawdziwie "mały realizm": jego decyzja, by przyjąć ofertę zatrudnienia ze strony Gazpromu w tydzień po podpisaniu porozumienia o budowie gazociągu bałtyckiego, wywołała zdumienie nawet w Waszyngtonie, nie bez kozery uważanym przez wielu za "światową stolicę lobbystów". Pozostaje mieć nadzieję, że mogło to stanowić dla Niemców swoisty szok - i że istnieją widoki na "nową politykę", realizowaną przez zespół Blair-Merkel-Sarkozy. Jest to jeszcze bardziej prawdopodobne po niedawnym "szantażu gazowym". Bądź co bądź Rosja, pragnąc uderzyć w Ukrainę, uświadomiła boleśnie swą mocarstwową rolę większości krajów, które otrzymują gaz za pośrednictwem Kijowa. Protesty, jakie zaczęły napływać w ciągu kilkunastu godzin nie tylko z Węgier i Polski, lecz także z Austrii, Włoch, Francji i Niemiec, i które ostatecznie skłoniły Moskwę do przywrócenia dostaw, świadczą, że temperatura uczuć wobec Moskwy spadała tam wraz z ciśnieniem metanu.

USA i UE nie sięgną, rzecz jasna, po żadne rozwiązania siłowe. Jeśli jednak zechcą realizować wspólną politykę wschodnią, posiadają co najmniej dwa skuteczne narzędzia oddziaływania. Po pierwsze, na szczęście Moskwie nadal nie jest obojętny jej image. Duże znaczenie ma dla niej np. członkostwo w grupie G-8. W istocie, można je postrzegać w kategoriach nieoczekiwanego daru: trudno bowiem zdroworozsądkowo uzasadnić obecność Rosji w grupie najbogatszych demokracji świata w sytuacji, gdy rosyjski PKB jest niższy niż np. w Holandii czy Brazylii, zaś pod względem dochodów per capita Rosjanom daleko do Malty, Chile i Urugwaju. Jeśli tylko zechcą, przywódcy Unii i Stanów mogą bez trudu uświadomić Rosji, że jej członkostwo w G-8 jest czymś dalece nieoczywistym; tym mniej oczywiste jest, dlaczego Władimir Putin miałby w tym roku - jak to jest planowane - objąć funkcję przewodniczącego G-8.

Naciski dyplomatyczne w obliczu kryzysu gazowego doraźnie okazały się skuteczne. Jeśli jednak w przyszłości Europa pragnie nie obawiać się szantażu, niezbędne jest zróżnicowanie źródeł surowców. Wykorzystanie zasobów basenu Morza Kaspijskiego i Azji Centralnej oraz szlaków transportowych prowadzących do Europy Środkowej przez Turcję i Ukrainę jest potrzebą chwili, podobnie jak wykorzystywanie na większą skalę gazu płynnego.

We wszystkich tych kwestiach współpraca Unii i Stanów jest pożądana, wręcz niezbędna: firmy amerykańskie mogą zaangażować się w budowę gazo- i ropociągów transkaspijskich oraz terminali portowych gazu ziemnego, dyplomacja waszyngtońska może się okazać pomocna w budowaniu trwałej współpracy między potentatami środkowoazjatyckimi a UE.

By tak się jednak stało, niezbędne jest posiadanie wspólnej perspektywy. Jeśli przywódcy europejscy będą potrafili dostrzec wspólny mianownik w takich inicjatywach Moskwy jak prześladowanie obrońców praw człowieka, szantaż gazowy wobec Ukrainy, aresztowanie rywali politycznych prezydenta i "brudna wojna" w Czeczenii - stanie się to możliwe.

p

, ur. 1964, historyk, dziennikarz, absolwentka Yale University, stypendystka programu Marshalla w London School of Economics i St Antony's College w Oksfordzie. W latach 1988-92 była korespondentką "The Economist"na Polskę, pisywała do "Wall Street Journal", "foreign Affairs" i "Literary Reviews". W latach 90. redaktor brytyjskiego "The Spectator", obecnie członek zespołu redakcyjnego i komentator amerykańskiego "Washington Post". Opublikowała m.in. zbiór reportaży dokumentujących koniec epoki komunistycznej w republikach zachodnich byłego ZSRR "Między wschodem a zachodem" (polskie wyd. 2001). W roku 2004 zdobyła prestiżową Nagrodę Pulitzera za książkę "Gułag".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj