Dwoje spośród rosyjskich autorów, których poglądy na temat stosunków między UE a Federacją Rosyjską prezentujemy dziś na łamach "Europy" - Lilia Szewcowa i Borys Niemcow - zdecydowanie akcentuje potrzebę partnerskiego zbliżenia między tymi dwoma podmiotami politycznymi. Najdobitniej przedstawia to Niemcow: "Rosja jest państwem europejskim i rosyjskie władze powinny uznać wejście do europejskich struktur za swój podstawowy cel, zarówno w polityce wewnętrznej, jak i zagranicznej". Szewcowa jest ostrożniejsza, wskazuje raczej na potrzebę "oswojenia" czy "zagospodarowania" przestrzeni postsowieckiej przez UE, jako że - jej zdaniem - "przebieg procesów dokonujących się na tym obszarze ma wpływ na większość kluczowych kwestii, z którymi musi dziś uporać się Zachód". To właśnie efektywne zajęcie się obszarem byłego ZSRR pomoże rozwiązać takie problemy jak terroryzm, handel narkotykami na skalę globalną czy rozprzestrzenianie broni masowego rażenia. Niewielu zachodnioeuropejskich polityków zdaje sobie jednak na razie z tego sprawę.
p
politolog, przewodniczący Rady Polityki Zagranicznej i Obronnej, zastępca dyrektora Instytutu Europy Rosyjskiej Akademii Nauk
Prognozowanie przyszłości staje się coraz trudniejszym zadaniem. Niniejsze rozważania, próba opisania tego, co wydaje się mi najbardziej istotne z perspektywy Moskwy, to ryzykowne przedsięwzięcie. Zaniechanie prób zrozumienia przyszłości niesie ze sobą jednak znacznie większe ryzyko. Rosja musi zdefiniować na nowo swe interesy w obliczu daleko idących zmian w równowadze współczesnego świata, w którym USA gwałtownie tracą na popularności, a UE - na znaczeniu, zaś główna oś stosunków międzynarodowych przesuwa się nieuchronnie w kierunku Azji. Modernizacja Chin i Indii dokonuje się w różnym tempie i przy wykorzystaniu różnych mechanizmów.
Coraz bardziej oczywiste jest jednak, że w perspektywie 20 lat to te dwie potęgi mogą - wraz z USA - stworzyć gospodarczą "Wielką Trójkę". Potencjał gospodarczy Chin zwiększa się nieprzerwanie od roku 1978, od wielu lat roczny wzrost gospodarczy utrzymuje się na poziomie blisko 10 proc.; stabilny wzrost czeka też Indie. W cieniu tych dwóch potęg znalazła się grupa "azjatyckich tygrysów" i Japonia, które nadal rozwijają swój potencjał. Zważywszy ponadto, że w regionie Azji Południowo-Wschodniej utrzymuje się tendencja do zawiązywania przymierzy gospodarczych (ASEAN), można być pewnym, że rywalizacja o wpływy w regionie Azji i Pacyfiku stanie się z czasem główną siłą napędową w polityce międzynarodowej.
Na znaczeniu zyska także region Bliskiego Wschodu, choć można obawiać się, że przesądzi o tym proliferacja broni jądrowej. Wydaje się wysoce prawdopodobne, że w jej posiadaniu jest już Korea Północna, być może także Iran. Jeśli przypuszczenia te się potwierdzą, nietrudno przewidzieć uruchomienie reakcji łańcuchowej, która skłoni takie kraje jak Japonia, Korea Południowa, Egipt, Arabia Saudyjska do wznowienia, "zamrożonych" obecnie programów nuklearnych. Wizja destabilizacji na Bliskim Wschodzie, gdzie mielibyśmy do czynienia z izraelską, irańską i arabską bronią jądrową, ma w sobie coś ze strategicznego Armagedonu.
Niepowodzenie referendów konstytucyjnych we Francji i Holandii wydobyło na światło dzienne problemy strukturalne UE, w tym najważniejszy: społeczeństwo Unii jest zasadniczo nieprzygotowane do zaakceptowania programu reform liberalnych. Europa zanadto przyzwyczaiła się do dobrobytu, by zgodzić się na wyrzeczenia. Nie wydaje się też, by w najbliższych latach była ona zdolna do wypracowania spójnej polityki obronnej i zagranicznej. Tymczasem mimo swej słabości Bruksela wkroczyła na drogę otwartej rywalizacji gospodarczej z Moskwą. Przyjazna na ogół retoryka czy przyjęcie "mapy drogowej", która miała stanowić podstawę programu pogłębienia współpracy między UE a Rosją, tylko czasowo pozwalają zatuszować ten fakt. Lista nierozwiązanych problemów już wcześniej była dość długa: myślę tu m.in. o unijnych subsydiach rolnych, bezpośrednio warunkujących ceny żywności, problemie kosztów nośników energii czy zagadnieniu tranzytu do i z Obwodu Kaliningradzkiego. Dążąc do poderwania konkurencyjności rosyjskiego lotnictwa cywilnego i przemysłu lotniczego, Bruksela zaczęła domagać się otwarcia rosyjskiej przestrzeni powietrznej dla europejskiego lotnictwa cywilnego. Podejmuje też próby występowania w roli rozjemcy i arbitra w konfliktach na obszarze byłego ZSRR. Żądanie, by rosyjskie kontyngenty wojskowe zostały wycofane z rejonów "chwilowo uśpionych" czy "zamrożonych" konfliktów, będących w istocie "nieuznawanymi oficjalnie quasi-państwami" (Naddniestrze, Czeczenia), zostało uznane w Moskwie za wysoce niestosowne. Czasem wręcz trudno oprzeć się wrażeniu, że UE pragnie za wszelką cenę udowodnić - niestety kosztem Rosji - że wbrew pozorom posiada wspólną politykę zagraniczną i obronną.
Nie oznacza to przecież, że w relacjach między Rosją a UE zostało powiedziane ostatnie słowo. W przyszłości Unia dokonać może rewizji odziedziczonej hierarchii wartości. Zamiast podejmować nieskuteczne próby integracji politycznej, może skoncentrować się na gospodarczych aspektach rozwoju. W obliczu osłabienia swej pozycji na arenie międzynarodowej może zacząć usilne starania o strategiczne partnerstwo z Rosją.
Zasadnicze zmiany w sytuacji międzynarodowej nie mogły pozostać bez wpływu na sytuację Federacji Rosyjskiej, która stara się wyciągnąć wnioski z przesunięcia punktu ciężkości w stronę "nowej Azji". Proces przewartościowań już się rozpoczął. Nie idzie przy tym o budowanie fantasmagorycznych osi typu Moskwa-New Delhi-Pekin, lecz o konkretne działania, które pozwolą Rosji ściśle współpracować z nowymi światowymi liderami. W pierwszej kolejności Moskwa powinna przystąpić do realizacji programu przebicia się na energetyczne rynki Południa i Wschodu. Ofensywa energetyczna powinna polegać na stworzeniu całej sieci gazociągów i rurociągów naftowych łączących Rosję z tym obszarem.
Jeśli zaś chodzi o "odcinek europejski", jestem zdania, że Moskwa powinna skuteczniej niż dotąd zabiegać o dywersyfikację ropo- i gazociągów; tylko tak uda się utrzymać korzystne dla nas wysokie ceny surowców energetycznych. Nie może nas przy tym ograniczać dyktat cenowy UE. Według ocen rosyjskich ekspertów udział UE w rosyjskiej wymianie towarowej będzie się zresztą zmniejszać; niezależnie jednak od tego, jaka będzie pozycja Unii w przyszłej rosyjskiej wymianie handlowej, nic nie wskazuje na to, by kurs na polityczne i kulturowe zbliżenie z Europą mógł być kiedykolwiek zakwestionowany przez rosyjski establishment. Chwilowy impas, jaki zapanował w stosunkach dwustronnych, należy twórczo wykorzystać. Moskwa i Bruksela powinny dołożyć wszelkich starań, by określić nowy "kodeks zasad" regulujący wzajemne stosunki. Stagnacja i regres nie leżą ani w interesie Moskwy, dla której Europa zawsze była podstawowym układem odniesień w procesie modernizacji, ani Unii Europejskiej, która potrzebuje aliansu z Rosją, by oddalić perspektywę marginalizacji na arenie międzynarodowej.
Źródłem obecnych trudności w relacjach Federacji Rosyjskiej z UE są przede wszystkim różnice w stopniu rozwoju wewnętrznego. Polityka, jaką prowadzi obecnie Federacja Rosyjska, pod wieloma względami przypomina politykę prowadzoną przez państwa Europy Zachodniej przed półwieczem. Można zrozumieć zaniepokojenie Unii wzrostem tendencji autorytarnych w polityce wewnętrznej FR. Czy można było jednak oczekiwać czegoś innego od kraju o takich rozmiarach jak Rosja, który po rewolucji 1991 roku, mimo chaosu i biedy, jakie go wówczas ogarnęły, został pozostawiony sam sobie - przynajmniej pod względem ekonomicznym? Europejczycy, którzy krytykują rosyjską politykę siły, najdotkliwiej dającą o sobie znać w Czeczenii, powinni przyjąć do wiadomości, że nie mieliśmy innego wyjścia: nie mogliśmy z założonymi rękami patrzeć na to, co się dzieje na Kaukazie Północnym. Byliśmy zmuszeni do zduszenia w zarodku ogniska islamskiego terroryzmu i separatyzmu przy użyciu takich sił i metod, jakimi dysponowało osłabione państwo i jego wielka armia. Jestem jednak głęboko przeświadczony, że uda się nam znaleźć porozumienie z Europą również w kwestii stosowania metod siłowych. Kultura polityczna pozwoli - mam nadzieję - wyciszyć emocje, uwolnić się od ubiegłowiecznych przesądów i wzajemnie zrozumieć. Twierdzę to z tym większym przekonaniem, że należę do gorących zwolenników tezy, iż odrzucenie europejskiego wariantu rozwoju, najpełniej odpowiadającego rosyjskiej mentalności i tradycjom, byłoby dla Rosji katastrofą. Wierzę też, że po pokonaniu obecnego kryzysu Rosja powróci do "wielkiej idei demokratycznej", co nie oznacza, że wyrzeknie się wówczas metod siłowych. Europejczycy muszą po prostu zrozumieć, że my, Rosjanie, żyjemy w bardziej niebezpiecznym i mniej stabilnym otoczeniu niż to, w jakim przyszło żyć większości mieszkańców Europy. Dzisiejsza Rosja nie może niestety liczyć na równoprawny sojusz z Zachodem. Dlatego też naszym celem powinno być utrzymanie równego dystansu w stosunkach ze Stanami i z Unią. Władze Rosji powinny uczynić wszystko, aby nie dać się zepchnąć, choćby na poziomie retoryki, na pozycje antyzachodnie. Należy z wielką rezerwą podchodzić zarówno do antyeuropejskiej gry tych sił w USA, które zacierają ręce z powodu niepowodzeń Europy, jak i antyamerykanizmu zachodnioeuropejskich kręgów dążących do instrumentalnego wykorzystania Rosji w wojnie podjazdowej przeciw USA. W dalszej perspektywie rysuje się możliwość zawiązania strategicznego sojuszu rosyjsko-europejskiego: Stary Świat, którego rola w polityce globalnej zmaleje, będzie coraz bardziej zainteresowany takim aliansem. Reorientacja rosyjskiej polityki zagranicznej, która miałaby polegać na skoncentrowaniu się na sprawach azjatyckich i tworzeniu przesłanek dla zawiązania w przyszłości strategicznego aliansu z Unią Europejską, nie ma nic wspólnego z postulatem "wielobiegunowości", będącym mocno niedoskonałą maską dla resentymentów antyamerykańskich.
Nie należy się w niej również dopatrywać echa idei eurazjatyckiej czy zachęty do dalszych poszukiwań specyficznie rosyjskiej "trzeciej drogi". Chodzi po prostu o wypracowanie takiej strategii polityki zagranicznej, która uwzględniałaby wszystkie elementy nowej sytuacji międzynarodowej i najlepiej służyłaby interesom Rosji.
Całość ukaże się w jednym z kolejnych numerów "Europy"
p
historyk i politolog, wiceprzewodnicząca Programu Instytucji Politycznych w Moskiewskim Centrum Carnegie
Proces rozszerzenia UE i jej ewolucja wewnętrzna stanowią dowód na elastyczność i żywotność tej wspólnoty, i to niezależnie od złożoności procesów ewolucyjnych czy niepowodzenia procedury ratyfikacji traktatu konstytucyjnego, postrzeganego przez wielu członków Unii jako kryzys. Nikt też nie podaje w wątpliwość generalnego kierunku ewolucji, nawet jeśli liczy się z tym, że w jej trakcie możliwe są przerwy, okresy zastoju czy chwilowy regres. Można i należy spodziewać się pogłębienia integracji, podporządkowania się nowych członków Unii obowiązującym regułom oraz dostosowania się państw "starej Europy" do szczególnych cech przybyszów. Proces, jaki ma obecnie miejsce w Europie, dokonuje się na nieznaną dotąd w dziejach skalę. Mamy do czynienia nie tylko z włączeniem przez Unię w obszar swych wpływów byłych państw komunistycznych, lecz również z wypracowywaniem nowych jakości polityki i władzy. Jak się wydaje, Europa doskonale radzi sobie ze swym zadaniem dziejowym, potwierdzając tym samym starą prawdę, że kryzys okazuje się nieraz niezbędnym etapem rozwiązywania problemu, a zwłaszcza poszukiwania szlaku prowadzącego ku innym niż dotychczasowe rozwiązaniom. Zarazem jednak Europa jako całość (a także inne rozwinięte demokracje) jak dotąd nie radzi sobie z wyzwaniem na skalę globalną, jakim jest adaptacja i włączenie do systemu relacji międzynarodowych obszaru postsowieckiego (za wyjątkiem, naturalnie, krajów bałtyckich, które znalazły się już w strukturach UE). Co więcej, żywię poważne wątpliwości, czy politycy europejscy zdają sobie sprawę ze skali wyzwania, jakim jest oswojenie obszaru byłego ZSRR. Tymczasem przebieg procesów dokonujących się na tym obszarze ma wpływ na większość kluczowych kwestii, z którymi musi dziś uporać się Zachód.
W pierwszej kolejności wymienić tu można przebieg wojny z terroryzmem, bezpieczeństwo energetyczne, walkę z proliferacją broni masowej zagłady, dynamikę konfliktów toczących się w punktach zapalnych w Eurazji, handel narkotykami, epidemie, rozprzestrzenianie się trudno uleczalnych lub nieuleczalnych chorób (w tym przede wszystkim AIDS), niekontrolowane ruchy migracyjne, problemy demograficzne, nowe wyzwania, jakie stwarza błyskawiczny rozwój Chin, sytuację na Bliskim Wschodzie i problem Iranu, wreszcie ryzyko rozszerzenia obszaru niestabilności na Kaukazie Północnym.
Niestabilny okazał się zresztą już sam obszar postsowiecki, na którym rozwinął się szereg różnych postsowieckich ustrojów - a to ze względu na skrajnie chwiejny i nieskuteczny charakter tych systemów. Ogromna większość z nich osłabiana jest przez konflikt między ośrodkami władzy, zwykle ucieleśnionej w konkretnych osobach i grupach, a potrzebą legitymizacji systemu władzy w drodze wyborów.
Próba pogodzenia samodzierżawia i mechanizmów wyborczych, które w żaden sposób nie idą ze sobą w parze, rodzi kolejne sprzeczności. Dążenia do rozwiązania konfliktu między tymi niedającymi się pogodzić zasadami już kilkakrotnie doprowadziły do wybuchu rewolucji - m.in. w Gruzji, na Ukrainie i w Kirgizji.
"Wojna gazowa", która wybuchła między Rosją a Ukrainą na przełomie ubiegłego i obecnego roku oraz jej następstwa dla całego kontynentu po raz kolejny ukazały, że wydarzenia na obszarze dawnego ZSRR mają wpływ na procesy dokonujące się w Europie. Europa musi ponownie od podstaw rozważyć problem postsowieckiego świata. Próby odłożenia tego zadania ad Kalendas Graecas i zadowalania się doraźną budową relacji z poszczególnymi państwami obszaru postsowieckiego uznać trzeba za strusią politykę. Wymogi bezpieczeństwa i potrzeba twórczego rozwoju wspólnoty europejskiej wymagają dogłębnego przeanalizowania procesów, jakie mają miejsce w Eurazji.
Jeśli rozważać tę kwestię w sposób systemowy, najważniejsze wydaje się zagadnienie: jak UE może podtrzymywać dialog i partnerstwo z Rosją i pozostałymi niepodległymi państwami powstałymi na obszarze byłego ZSRR, jednocześnie aktywnie poszukując nowych narzędzi, ułatwiających wspomaganie na tym obszarze rozwoju liberalnych demokracji? W jaki sposób zaspokajać swe bieżące potrzeby, w tym np. w dziedzinie energetyki, nie poświęcając na ich rzecz interesów strategicznych? Jak na razie brak odpowiedzi na te pytania.
Z pewnością ich poszukiwaniem zajmą się również uczestnicy warszawskiej konferencji.
p
pisarz
W świecie zachodnim działają siły znacznie poważniejsze niż Unia Europejska. W obliczu globalizacji problemy specyficznie europejskie schodzą na dalszy plan. Proces ten przebiega w sposób skomplikowany, złożony, charakteryzują go rozmaite sprzeczności. Jego stawką jest przetrwanie całej cywilizacji zachodniej, stanowiącej dziś fundament globalnej cywilizacji współczesnego człowieka.
W Europie toczy się debata: czy państwa narodowe mają zachować swoją suwerenność czy też pogłębiać integrację w kierunku stworzenia kontynentalnego, federalnego supermocarstwa. Uważam, że spory wokół tej kwestii mają charakter ideologiczny, a co za tym idzie pozbawione są ugruntowania w rzeczywistości. Niezależnie bowiem od tego, w jakim kierunku Europa podąży, i tak skazana jest ona na globalizację.
Chcę wyraźnie podkreślić sprawę następującą: nie można globalizacji sprowadzać do amerykanizacji. Do tej pory oba te zjawiska postrzegałem jako ściśle ze sobą powiązane. Obecnie rewiduję moje stanowisko. Amerykanie sami są obiektem procesu globalizacyjnego. Pod tym względem nie różnią się od Europejczyków. Globalizacja ma swych beneficjentów w zbiorowości ponadnarodowej. Można w tym kontekście mówić o rodzeniu się swoistego nadspołeczeństwa bez granic. W rozmaitych miejscach planety triumfuje jeden i ten sam zachodni model polityczny, kulturowy i gospodarczy.
Przy okazji konieczne wydaje się wyjaśnienie pewnej wątpliwości, jaka może się pojawić. Wizja globalnego nadspołeczeństwa kojarzy się - zupełnie błędnie - z różnorakimi teoriami spiskowymi. W tym wypadku mamy do czynienia tylko z nieubłaganymi konsekwencjami takiego, a nie innego rozwoju ludzkości. Rola Rosji w projekcie europejskim zależy przede wszystkim od samej Europy, a dokładniej od tej jej części, w której posiadaniu jest inicjatywa - czyli od Europy Zachodniej.
Podobne wątpliwości żywię wobec poglądu, zgodnie z którym rozszerzenie wspólnoty europejskiej o kraje Europy Środkowej i Wschodniej jest dobrowolnym wyborem Europy Zachodniej i leży w interesie jej narodów. Perspektywa rozszerzenia Unii o Rosję jeszcze bardziej umacnia moje wątpliwości. Rozpatrywanie Rosji jako zdrowego organizmu społecznego, podążającego z sukcesami, jak twierdzi propaganda rosyjska, drogą okcydentalizacji, jest pomyłką. Proszę nie zapominać, że Rosja dopiero co doświadczyła katastrofy na skalę epoki. Katastrofa ta objęła wszystkie wymiary społeczeństwa rosyjskiego, sięgnęła aż jego fundamentów. Ona wciąż trwa, a oznak wychodzenia z niej nie widać. Podnieść się po katastrofie na poziom, na którym kraj stałby się zdolny do globalnie znaczących osiągnięć (jak to zakłada projekt europejski), teoretycznie i praktycznie jest niemożliwe. Możliwe to jest jedynie w sferze propagandy, wyobraźni, pokazu, teatru, imitacji - jak to się dziś mówi - w sferze wirtualnej. Wszystkie społecznie znaczące wydarzenia w Rosji zachodzą teraz w interesie niedużej części ludności - tej części, która się już wystarczająco nażyła kosztem wymienionej wyżej katastrofy i jej konsekwencji. Dążenie, by Rosja stała się członkiem wspólnoty europejskiej jest faktycznie dążeniem tych właśnie Rosjan do zachowania swej pozycji, zabezpieczenia siebie na koszt Europy i ukrycia bankructwa postsowieckiego systemu społecznego. Włączenie takiej Rosji w struktury wspólnoty europejskiej może tylko wzmocnić proces degradacji kraju i stać się jednym z decydujących czynników ogólnoeuropejskiej katastrofy.
p
lider Sojuszu Sił Prawicowych, były wicepremier Rosji
Rosja jest państwem europejskim i rosyjskie władze powinny uznać wejście do europejskich struktur za swój podstawowy cel, zarówno w polityce wewnętrznej, jak i zagranicznej. Miałoby to ogromne znaczenie dla stabilizacji sytuacji w samej Europie i dla rozwoju Rosji. Wybrawszy demokrację, Rosja przestałaby stanowić zagrożenie dla Europy i zaczęła żyć według prawa, a nie widzimisię jej przywódców. Niestety obecne władze prowadzą dokładnie odwrotną politykę - wszędzie widzą wrogów, kłody rzucane Moskwie pod nogi, węszą szpiegowskie spiski. Wszystko dlatego, że Kreml postanowił zbudować państwo autorytarne, a nie demokratyczne. W tej sytuacji Europa jawi się Moskwie jako zagrożenie. Już samo staranie Rosji o wejście do europejskich struktur miałoby ogromne znaczenie dla obu stron. Po pierwsze Europa zapewniłaby sobie źródło surowców energetycznych, państwa europejskie zdobyłyby też wielki, rozwijający się rynek rosyjski. Po drugie Unia zyskałaby spokojne granice na Wschodzie i naprawdę ścisłą współpracę, jeśli idzie o walkę z terroryzmem i narkobiznesem.
Z kolei Rosja odniosłaby korzyści dzięki otwarciu europejskiego rynku oraz uzyskała możliwość skorzystania z najlepszych doświadczeń europejskiej demokracji: ochrony praw człowieka czy zasady poszanowania prawa. Na razie jasne jest jedno - to Rosja będzie głównym źródłem surowców energetycznych dla krajów Europy. Chodzi przede wszystkim o gaz, ropę naftową, najprawdopodobniej także o energię elektryczną. To sprawia, że Putin i jego ekipa doszli do wniosku, iż demokratycznych standardów spełniać nie ma sensu, natomiast w sferze gospodarczej kontakty należy poszerzać, jak się tylko da. Na tym opiera się cała rosyjska polityka wobec Unii: ekonomicznie współpracujemy, ale spełnianie demokratycznych standardów to już nasza wewnętrzna sprawa.
Rosja znajduje się w narkotycznym śnie wywołanym wysokimi cenami ropy. Demokratyczne wartości i obywatelskie swobody nie są w cenie. Większość społeczeństwa nie jest nimi zainteresowana, uważa, że można dobrze żyć w systemie autorytarnym. Rosną pensje, emerytury, rezerwy bankowe, inwestycje, a bezrobocie jest małe. Rosjanie nie rozumieją, że to zasługa wysokich cen ropy, a nie rządów Putina. Rosja bardzo przypomina Arabię Saudyjską i inne bogate w ropę kraje. Z wyjątkiem Norwegii to państwa, gdzie wytwarza się szczególny model społeczeństwa - naftokracja. Gdy naród jest zadowolony, nie potrzebuje demokratycznych swobód. Demokracja zaczyna być w cenie, gdy brakuje pieniędzy i konieczna staje się społeczna kontrola wydatków oraz ochrona interesów poszczególnych grup.
UE ma swoje problemy, które sprawiają, że rosyjskie kłopoty z demokracją specjalnie nie obchodzą państw unijnych. Tym można wytłumaczyć obojętność, z jaką spotykają się w Brukseli coraz bardziej widoczne w Rosji niebezpieczne tendencje - odwrót od demokracji, wprowadzana w mediach cenzura, łamanie praw człowieka, walka z niezależnymi fundacjami, agresywna polityka wobec sąsiadów. Europejscy liderzy z Niemiec, Francji, Włoch czy - w mniejszym stopniu - Wielkiej Brytanii po prostu przymykają oczy na to, co się u nas dzieje, powołując się na względy europejskiego bezpieczeństwa i kwestie energetyczne. Nowi członkowie Unii, a więc kraje przez lata pozostające w radzieckiej strefie wpływów, lepiej rozumieją zagrożenie. Na razie jednak ich głos waży dużo mniej niż głos starych państw Unii. Pewne zmiany widać tylko w Radzie Europy. Świadczą o tym choćby ostatnie rezolucje w sprawie łamania praw człowieka w Czeczenii, prześladowania działających w Rosji NGO-sów czy potępienia dawnych komunistycznych reżimów. Nie doszłoby do tego wszystkiego, gdyby nie nowi członkowie Unii.