Wiara, że Europejczycy zdecydują się na budowę nowej, postnarodowej i paneuropejskiej tożsamości politycznej, była - według Heinricha A. Winklera - niemieckim złudzeniem: "Przypuszczenie, że - skoro Niemcy zniszczyli własne państwo narodowe - reszta Europejczyków wyrzeknie się własnych tożsamości narodowych, by stworzyć ponadnarodową tożsamość europejską, okazało się naiwną iluzją. Europejskie państwa narodowe przetrwają. Pełnią pewne konieczne funkcje. Stały się jednak postklasycznymi państwami narodowymi, co oznacza, że w pewnych obszarach gotowe są wspólnie sprawować swą suwerenność".
p
Powinniśmy zacząć od historii antyzachodniego resentymentu w czasach Republiki Weimarskiej. Niemcy nie były jedynym krajem odpowiedzialnym za wybuch wojny, ale ponosiły największą winę za konsekwencje kryzysu z lipca 1914 roku. Mimo to I wojnę światową postrzegano w Niemczech jako usprawiedliwioną odpowiedź na rewolucję 1789 roku. Militaryzm uważano za narzędzie ochrony niemieckiej kultury przed powierzchowną cywilizacją Zachodu. Brzmi to absurdalnie, lecz takie było ideologiczne uzasadnienie I wojny światowej, zarówno wtedy, gdy się toczyła, jak i po jej zakończeniu. Po 1945 było inaczej. Nikt poważnie nie kwestionował niemieckiej winy w 1939 roku. Niemieckie elity musiały ją uznać, a w dodatku uświadomiły sobie, jaki był rezultat ich pogardy dla zachodnich wartości w okresie międzywojennym. Była to straszna i bardzo kosztowna nauka. Niemcy musieli doświadczyć katastrofy, by przekonać się, że są częścią Zachodu. Praktyczne doświadczenie tragicznych następstw załamania się systemu demokratycznego odegrało - paradoksalnie - taką samą rolę jak demokratyczne rewolucje w innych państwach europejskich.
Spore. Grundgesetz, prawo podstawowe z 1949 roku, można interpretować jako systematyczną próbę uczenia się na błędach Weimaru. Taka nauka była możliwa tylko dlatego, że niektórzy politycy tworzący powojenną niemiecką demokrację - Konrad Adenauer, Theodor Heuss, Kurt Schumacher - byli aktywni także w okresie Weimaru i od podszewki znali jego słabości. Inni spędzili lata nazizmu w Wielkiej Brytanii lub USA i czerpali z tamtejszych doświadczeń. Można także wspomnieć konstytucyjne dziedzictwo niektórych państw niemieckich, np. Badenii-Wirtembergii, które sięgało początków XIX wieku. To wszystko stanowiło kapitał, z którego Niemcy mogli czerpać po II wojnie światowej. W roku 1986 Jürgen Habermas podsumował niemieckie powojenne nauki jako pełne i bezwarunkowe otwarcie się na zachodnią kulturę polityczną kraju, który od dawna stanowił część Zachodu w kategoriach społecznych i kulturowych.
Był rezultatem bardzo sprzecznej i wieloznacznej tradycji. Zachodnioeuropejskie dziedzictwo polityczne nie składa się wyłącznie z dobrych zjawisk. Katastrofy, nienawiść wobec odmienności, wobec innych ras - wszystko to stanowi część europejskiej historii. Ojcowie Założyciele Europy po II wojnie światowej - nie tylko Niemcy - zdawali sobie sprawę z tych zagrożeń. Politycy tacy jak Robert Schuman, Alcide De Gasperi, Konrad Adenauer - konserwatywni demokraci - byli przekonani, że unikanie nacjonalizmu to warunek zapewnienia Europie stabilnych podstaw, a ich własnym państwom narodowym - bezpiecznej egzystencji w przyszłości.
Jedną z różnic między pierwszą a drugą niemiecką demokracją było osobliwe odwrócenie ról. W Weimarze nacjonalizm cechował prawicę, a internacjonalizm - lewicę. Po roku 1945 umiarkowana prawica była ponadnarodowa, a umiarkowana lewica - mniej lub bardziej narodowa, dążyła przede wszystkim do zjednoczenia Niemiec. Upłynęło parę lat, nim niemieccy socjaldemokraci odkryli, że narodowe rozwiązanie problemów niemieckich nie jest możliwe i - by stać się w RFN siłą polityczną zdolną do rządzenia - muszą zaakceptować adenauerowską politykę integracji zachodnioeuropejskiej. Bez rewizji marksistowskiego i narodowego dziedzictwa, jakiej dokonano na kongresie w Bad Godesberg w 1959 roku i bez słynnej mowy Herberta Wehnera z czerwca 1960, w której przyjął zachodnią politykę Adenauera, SPD nie mogłaby wejść do rządu federalnego ani w 1966 - w wielkiej koalicji z chadekami - ani w 1969 z liberałami.
Ważny przykład stanowi książka Oskara Lafontaine'a "Die Gesselschaft der Zukunft" ("Społeczeństwo Przyszłości"). Opublikowana w 1988 roku, zawiera interesujący rozdział o końcu państwa narodowego. Lafontaine twierdzi,że Niemcy do tego stopnia wypaczyły ideę państwa narodowego, iż stały się predestynowane do przewodzenia Europie w kierunku ponadnarodowej unii, która przezwyciężyłaby dziedzictwo państw narodowych. Predestynacja przez wypaczenie to bardzo dialektyczny koncept. Przypomina mi starą chrześcijańską ideę "zdrowej winy". To dość perwersyjna forma dialektyki, która nie spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem poza Niemcami. Również w Niemczech poparcie dla tego pomysłu było raczej słabe. Powinniśmy zaakceptować, że Europy nie można zbudować przeciw narodom, lecz jedynie z narodami i przez narody. Przecież ich istnienie było jedną z charakterystycznych cech Europy od średniowiecza...
Gdy w latach 80., przed zjednoczeniem Niemiec, rozpoczęły się rozmowy na temat unii walutowej, rząd w Bonn był pewien, że wspólna waluta i unia polityczna powinny być wprowadzone równocześnie. W roku 1990 Mitterrand przekonał Kohla, iż unia walutowa może poprzedzać polityczną. Zgoda na takie rozwiązanie była ceną, jaką Niemcy zapłaciły za francuską zgodę na ich zjednoczenie. Przy okazji - po upadku muru Niemcy były o wiele większymi zwolennikami poszerzenia niż Francja, która w czasach Mitterranda obawiała się utraty pozycji politycznej w powiększonej Unii. Z drugiej strony Brytyjczycy gorąco opowiadali się za rozszerzeniem, bo większa Unia oznaczała słabszą integrację polityczną. Według mnie, Niemcy były jedynym krajem, który wierzył w możliwość równoczesnego poszerzenia i pogłębienia Wspólnot. Było to jedno z paru niemieckich złudzeń. Złudzeniem okazało się także oczekiwanie, że federalna struktura RFN zostanie uznana za wzór do naśladowania przez inne państwa Wspólnot. Przypuszczenie, że - skoro Niemcy zniszczyli własne państwo narodowe - reszta Europejczyków chętnie wyrzeknie się własnych tożsamości narodowych, by stworzyć ponarodową tożsamość europejską, również okazało się naiwną iluzją. Europejskie państwa narodowe przetrwają. Pełnią pewne konieczne funkcje. Stały się jednak postklasycznymi państwami narodowymi, co oznacza, że w pewnych obszarach gotowe są wspólnie sprawować swą suwerenność.
Projekt europejskiego Traktatu Konstytucyjnego zawierał odpowiedź na to pytanie i źle się stało, że nie został ratyfikowany. Wyniki referendów we Francji i Holandii były poważnym ciosem dla Europy, bo większość polityków, przynajmniej w Niemczech, uważała przyjęcie Traktatu Konstytucyjnego za konieczny etap poszerzenia. Do poszerzenia jednak doszło, a do reform instytucjonalnych nie. Na marginesie wypada zauważyć, że nazwa "konstytucja" nie była szczególnie adekwatna, mogła okazać się nawet kontrproduktywna. Sprowokowała bezpodstawne wyobrażenia i oczekiwania. Nazwa "Traktat podstawowy", po niemiecku "Grundlage", byłaby o wiele bardziej właściwa dla tego rodzaju dokumentu. Traktat stanowił minimum reform instytucjonalnych, których potrzebuje Unia, a z drugiej - maksimum integracji, na jaką były gotowe państwa członkowskie. Powinniśmy dążyć do wprowadzenia najważniejszych części tego dokumentu do podstaw prawnych UE. Przede wszystkim istnieją pewne obszary, w których Europa powinna być zdolna do działania jako jeden aktor - zasada większości musi zostać rozszerzona.
Ta kwestia jest w centrum obecnych problemów Europy. Szeroko rozpowszechniło się poczucie, że europejską politykę wyalienowano i wyjęto spod kontroli instytucji opartych na woli powszechnej. Dotyczy to zarówno Komisji, jak i Rady UE. Można by tu pewnie zacytować Karola Marksa, który w analizie francuskiego bonapartyzmu mówił o rosnącej samodzielności władzy wykonawczej. Stanowi to pożywkę dla eurosceptycyzmu. Jak można przezwyciężyć to poczucie alienacji? Istotne decyzje rządów państw członkowskich muszą być poddawane pod debatę w parlamentach narodowych. Do tej kategorii zaliczyłbym np. decyzje o nadaniu statusu kraju kandydującego lub o otwarciu negocjacji akcesyjnych. Parlamenty narodowe muszą mieć prawo głosu przed spotkaniami Rady Europejskiej. Byłby to dobry sposób nadania europejskiemu projektowi nowej legitymizacji.
Przecież możliwość weta przez jedno państwo członkowskie istnieje także w tej chwili! Chodzi tylko o to, by debaty odbywały się przed spotkaniami Rady Europejskiej. Byłoby dobrze oprzeć jej decyzje na prawomocnych uchwałach parlamentów narodowych. I rzeczywiście - takie rozwiązanie zmusiłoby rządy do walki w parlamentach o decyzje, które uważają za słuszne. Nie można mieć ciastka i zjeść go. Jeśli chcemy przezwyciężyć poczucie alienacji, należy dać parlamentom narodowym prawo zabierania głosu w procesach europejskich. Pewne kluczowe kwestie muszą zostać poddane pod ich dyskusję. Nie chodzi mi o decyzje rutynowe, ale o te, które mają rzeczywisty i znaczący wpływ na przyszłość Unii. Innym sposobem demokratyzacji UE byłoby wzmocnienie Parlamentu Europejskiego. Oba rozwiązania nadałyby europejskiemu projektowi niematerialną legitymizację w rodzaju tej, o której pisał Max Weber. Jeśli nie uważamy tej legitymizacji za potrzebną, wzmacniamy tylko antyeuropejskie sentymenty.
Niemiecki rząd miał dobre powody, by sprzeciwiać się polityce Busha w Iraku - np. podejście amerykańskich neokonserwatystów było błędne i ahistoryczne. Jednym z najczęściej używanych argumentów - także przez samego Busha - był ten, że można wyzwolić kraj od zewnątrz i zaprowadzić w nim liberalną demokrację. Przykład, na który powoływano się najczęściej, stanowiły Niemcy po 1945 roku. Ale w Niemczech po 1945 Amerykanie odbudowali system demokratyczny stworzony w Republice Weimarskiej. Wskrzesili tradycje liberalizmu i pluralizmu oraz tradycję państwa prawa. Istniały zatem pewne tradycje, na których - z pomocą niemieckich demokratów i Niemców powracających z wygnania - można było się oprzeć. W Iraku nie ma niczego takiego. Również Japonia stanowiła odmienny przypadek. Takie quasi-historyczne podobieństwa mogą być bardzo mylące. Bez względu na to wszystko, mówienie o osi Paryż-Berlin-Moskwa, z możliwym przedłużeniem do Pekinu, jest przesadą. Zachód ciągle stanowi wspólnotę wartości i musi podjąć wysiłek wspólnego działania, nawet jeśli w kwestiach politycznych pojawiają się konflikty. Nasza kultura polityczna jest o wiele bardziej podobna do amerykańskiej niż do rosyjskiej lub chińskiej. Należy utrzymać sojusz transatlantycki, a Europa nie powinna budować swej tożsamości przeciw USA.
No cóż, rzeczywiście można dostrzec w USA pewne zagrożenie dla ideałów amerykańskiej rewolucji - np. dla idei przyrodzonych praw człowieka, którą po raz pierwszy sformułowano w Wirginii. Ale dostrzegają to również amerykańscy krytycy Busha. Jestem przekonany, że ci, którzy krytykują istnienie obozu w Guantanamo i inne wypaczenia obecnej administracji, ostatecznie wygrają. Krytycy europejscy mogą wspierać Amerykanów.
... partnerem krytycznym i pewnym swych racji. Można dopuścić konkurencyjne interpretacje zachodnich wartości lub konkurencyjne odpowiedzi na pytanie, jakie wnioski można wyciągnąć ze wspólnego politycznego credo. Ale nie powinniśmy nigdy zapomnieć, że zarówno Europa, jak i Ameryka to części Zachodu. Z drugiej strony - każde zachodnie państwo powinno oceniać własną politykę w kategoriach wspólnych zachodnich wartości. Dotyczy to również najsilniejszego państwa Zachodu - Ameryki.
p
(ur. 1938), historyk. Karierę akademicką zaczął na Wolnym Uniwersytecie Berlińskimw zachodniej części podzielonego miasta. Od 1991 roku jest profesorem historii nowożytnej na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie. W roku 2000 opublikował książkę "Der Lange Weg nach Westen" ("Długa droga na Zachód"), opisującą przemiany niemieckiej kultury politycznej w ostatnich stuleciach. Niedługo ukaże się polski przekład tej książki, która w Niemczech stała się bestsellerem.