p

Niall Ferguson*

Rosja, Europa i islam

Tęsknię za zimną wojną. Wiem, że nie powinienem, ale to silniejsze ode mnie. Byłem więc zachwycony historią szpiegowską sprzed blisko miesiąca. W dokumentalnym filmie telewizyjnym, na którym Kreml zostawił mnóstwo odcisków palców, czterech pracowników ambasady brytyjskiej oskarżono o szpiegostwo. Rozmazany materiał wideo miał pokazywać, jak rzekomo majstrują przy pewnym kamieniu na moskiewskim przedmieściu. Otóż młodzież tradycyjnie zatrudniania przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych należy do kategorii ludzi, którzy lubią majstrować przy kamieniach.

W oksfordzkim Balliol College czytają dzieła autorów starożytnych, są więc generalnie entuzjastami archeologii. Najprawdopodobniej zauważyli jakiś częściowo zatarty napis cyrylicą i w niewinności ducha podjęli próbę jego datowania. Nie wzięli jednak pod uwagę, jak czujna jest FSB, następczyni sowieckiego KGB. Według kontrwywiadu Rosji w kamieniu zamontowane było nielegalne urządzenie elektroniczne służące do komunikowania się z rosyjskimi "wspólnikami". Ale dlaczego nasi ludzie w Moskwie mieliby starać się ukrywać swoje niecne knowania, skoro - jak zarzucają im Rosjanie - polegały one jedynie na przekazywaniu funduszy rosyjskim organizacjom pozarządowym? Tylko w chorobliwej wyobraźni Władimira Putina, byłego sowieckiego szpiega, który teraz rządzi Rosją, organizacje pozarządowe są instytucjami wywrotowymi.

W moskiewskim British Council - który także stał się obiektem podejrzeń - wkrótce odbędą się takie zagrażające reżimowi wydarzenia jak konferencja o zmianach klimatycznych tudzież prezentacja o podstępnie imperialistycznym tytule: "Niezależne szkoły w Zjednoczonym Królestwie". Zważywszy, jak wiele dzieci rosyjskiej elity politycznej i gospodarczej uczęszcza lub pragnie uczęszczać do takich szkół, należałoby oczekiwać trochę większej wdzięczności od pana Putina. Jego nagonka na organizacje pozarządowe stanowi element szerszego schematu zachowań, sugerującego, że Kreml podziela moją nostalgię za zimną wojną. Na przykład rosyjska Agencja Energii Atomowej uniemożliwia obecnie międzynarodowym inspektorom dostęp do czterech instalacji nuklearnych, spowalniając tym samym ustalone w latach 90. procedury mające zahamować rozprzestrzenianie się technologii potrzebnych do budowy broni jądrowej.

W ostatnich tygodniach najpierw Ukrainie, a teraz Gruzji dano odczuć uzależnienie od rosyjskich dostaw energii, znajdujących się pod ścisłą kontrolą państwa od czasów czystki wśród oligarchów z epoki Jelcyna. Noworocznym prezentem Putina dla rządu ukraińskiego było zakręcenie kurka z gazem akurat w momencie, gdy słupek rtęci zaczął spadać na łeb na szyję. Niedawno prezydent Gruzji Michaił Saakaszwili oskarżył Rosję o "skandaliczny szantaż", gdy dwa gazociągi zaopatrujące jego kraj w tajemniczych okolicznościach wyleciały w powietrze. Putin - czy też "Gazputin", jak nazywają teraz rosyjskiego prezydenta Gruzini - okazuje nieskrywaną wrogość wobec rządów tych dwóch byłych republik sowieckich, które to rządy doszły do władzy po tym, jak tamtejsze rewolucje (odpowiednio pomarańczowa i róż) obaliły kremlowskie marionetki. Nie wiem, czy Gazprom podniósł ostatnio ceny Białorusi, ostatniej europejskiej dyktaturze komunistycznej w starym stylu, ale raczej w to wątpię.

Reklama

Tymczasem trwają prace nad nowym gazociągiem po dnie Bałtyku, mającym przesyłać rosyjski hit eksportowy bezpośrednio do Europy Zachodniej, z pominięciem Ukrainy i Polski. Nikt nie może dziś udawać, że Rosja to - jak w starym zimnowojennym dowcipie - "Górna Wolta z rakietami". Gwałtowny wzrost cen surowców energetycznych przyniósł Rosji okres rozkwitu, nawet jeśli zyski trafiają głównie do kieszeni nowej nomenklatury. Indeks rosyjskiej giełdy zwyżkował w ubiegłym roku o 80 proc. Jeśli więc Putin chce II zimnej wojny, z pewnością go na to stać.

Rzecz jasna, nie byłem do końca poważny, gdy mówiłem, że tęsknię za zimną wojną. Nie życzyłbym sobie powrotu ZSRR, choćby przez wzgląd na Polaków, Czechów, Węgrów i inne narody, które w 1989 roku odzyskały wolność. Choć wielu zachodnich Europejczyków do tej pory nie umie przyjąć tego do wiadomości, ZSRR był równie ludobójczym totalitarnym reżimem jak nazistowskie Niemcy, a za następców generalissimusa sytuacja tylko nieznacznie się poprawiła.

Moją nostalgię budzi fakt, że dzięki diaboliczności Sowietów w czasach mej młodości polityka była o wiele prostsza. Albo postrzegało się imperium zła we właściwym świetle, albo należało do licznego grona frajerów, którzy nabierali się na jego kłamliwą propagandę. W latach 80. wielu moich rówieśników na uniwersytecie obwiniało USA za wyścig zbrojeń i przyłączyło się do Kampanii na rzecz (Jednostronnego) Rozbrojenia Nuklearnego. Inni "łyknęli" koncepcję "konwergencji" systemów gospodarczych Zachodu i Wschodu. Niemądrzy - wystarczyło pojechać do jednego z krajów bloku wschodniego, by zobaczyć, jak naprawdę wygląda kompleks wojskowo-przemysłowy i poczuć na własnej skórze, co naprawdę znaczy brak wolności.

Za każdym razem, gdy jechałem kolejką miejską na Friedrichstrasse i przekraczałem bramę prowadzącą do Berlina Wschodniego, przeszywał mnie dreszcz, bo miałem świadomość, że wstępuję do krainy despotyzmu, gdzie nie ma prawa do własności prywatnej czy reprezentacji politycznej. Teraz należałoby pojechać do Korei Północnej, by doznać tego ozdrowieńczego uczucia, które w znacznym stopniu pomogło mi uporządkować poglądy polityczne.

Nowa zimna wojna, bardzo przykra dla Europy Wschodniej, mogłaby zatem być korzystna dla Europy Zachodniej - z tego prostego powodu, że przypomniałaby nam o wartości tak ciężko wywalczonych swobód, które w coraz większym stopniu traktujemy jako rzecz oczywistą i daną na zawsze. Ale spokojnie, nie będzie nowej zimnej wojny. Stara miała dwie cechy charakterystyczne, które dziś nie występują i już nigdy nie wystąpią. Po pierwsze, był to zacięty wyścig - ekonomiczny, militarny i kulturowy - choć często nie pamiętamy, jak bardzo zacięty. Po drugie, był to wyścig dwóch koni. Tymczasem dzisiejsza Rosja jest tak daleko w tyle za USA, że odpadłaby w przedbiegach.

Dla porządku przypomnijmy, że amerykański PKB 20-krotnie przewyższa rosyjski. Poza tym obecny świat jest wielobiegunowy, nie tylko ekonomicznie (gospodarka Chin jest teraz prawie trzy razy większa od rosyjskiej), ale również militarnie. Weźmy choćby wszystkie państwa posiadające broń nuklearną: Wielka Brytania i Francja, Chiny i Korea Północna, Pakistan i Indie, Izrael i - może już wkrótce - Iran. Każda z tych par z przyjemnością urządziłaby sobie małą, regionalną zimną wojnę. Inna zasadnicza różnica między epoką zimnowojenną a teraźniejszością to - oczywiście - rola islamskiego fundamentalizmu.

Z perspektywy czasu możemy powiedzieć, że punktem zwrotnym w dziejach drugiej połowy XX wieku nie był rok 1989, tylko 1979 - rok rewolucji irańskiej. A wojujący islamizm przyprawia Rosję o równie dotkliwy ból głowy, co Europę Zachodnią. Około 10 proc. ludności Rosji to muzułmanie, z wielkimi skupiskami w takich republikach jak Czeczenia, Dagestan, Kabardo-Bałkaria, Północna Osetia i Tatarstan. W pierwszych czterech spośród nich panuje większa lub mniejsza destabilizacja polityczna na skutek działań separatystycznych ruchów o coraz bardziej islamistycznym zabarwieniu. W Dagestanie organizacja o nazwie Szariat Dżamat zaatakowała ostatnio policję.

W zeszłym roku w Kazaniu wykryłem pierwsze oznaki tej tendencji wśród rosyjskich Tatarów - jej symbolem jest olbrzymi nowy meczet (zbudowany za saudyjskie pieniądze) na tamtejszym kremlu.

W obliczu zagrożenia, jakie separatyści islamscy stwarzają dla samego bytu państwowego Rosji, prezydent Putin dziwi się zapewne, że Rosjanie byli kiedyś zaliczani do Wschodu. Prawdziwy Orient reprezentują islamiści. W porównaniu z nimi pan Putin jest równie zachodni jak ja. I to chyba kolejny powód, dla którego tęsknię za zimną wojną.

© Niall Ferguson

przeł. Tomasz Bieroń

p

*Niall Ferguson, ur. 1964, wykładowca historii politycznej i gospodarczej na Uniwersytecie Oksfordzkim i Harwardzkim. Redaktor i współautor tomu: "Virtual History"; autor m.in. "The Pity of War", "The Cash Nexus", "Empire" oraz "Colossus". W "Europie" nr 45 z 9 listopada ub.r. opublikowaliśmy jego tekst "Prowincjonalna Europa w cieniu wielkich Chin".