Timothy Garton Ash dokonuje bilansu zysków i strat III RP i zastanawia się nad rozwojem sytuacji w najbliższych latach. Podkreśla bezsporne sukcesy Polski w polityce zagranicznej i osiągnięcia w zakresie demokratyzacji życia publicznego, przejścia do gospodarki wolnorynkowej czy przestrzegania praw człowieka. Obecna silna pozycja demokratycznej Polski na arenie międzynarodowej - o czym nie zawsze pamiętamy - nie ma precedensu w historii. Nasz kraj wszedł w orbitę procesów polityczno-gospodarczych o szerokim zasięgu i - jak na swoją wielkość - odgrywa w nich czynną, podmiotową rolę.
Ash dostrzega jednak także ciemniejsze strony polskiej wolności. Zdaje sobie sprawę, że w czasach PRL sytuacja materialna znacznej części społeczeństwa była lepsza, a poczucie bezpieczeństwa socjalnego wyższe niż obecnie. Brytyjski historyk wątpi, czy niedostatki w funkcjonowaniu polskiego państwa są na tyle poważne, by istotnie wymagały moralnej rewolucji. Przekonanie, że można przeprowadzić taką rewolucję przy poparciu konserwatywnej i sfrustrowanej części obywateli, budzi jego wyraźny niepokój.
p
Narody mają lepiej niż ludzie. Ludziom dana jest tylko jedna młodość. Wykorzystują swe szanse albo nie, a potem starzeją się i umierają. Na przekór antropomorficznym porównaniom uwielbianym przez romantycznych narodowców - "Młode Włochy", "Młode Niemcy" - narody w jakimś istotnym sensie "żyją" całe wieki, a nawet tysiąclecia, podtrzymywane przy życiu przez rzeczywiste bądź wyimaginowane ciągłości politycznej geografii i zbiorowego doświadczenia. Mogą być "chore" lub "stare" przez setki lat, by potem zregenerować się i odzyskać młodość.
Jednym z dzisiejszych przykładów są Chiny, drugim Hiszpania, trzecim - Polska. Przez 200 lat, od końca XVIII wieku, gdy pierwsza polska Rzeczpospolita, czyli republika (a tak naprawdę monarchia elekcyjna), została podzielona jak bożonarodzeniowy indyk między imperium pruskie, rosyjskie i austriackie, aż do uzyskania przez Polskę pełnej niepodległości (w zupełnie innych granicach), Polacy zaledwie przez dwa dziesięciolecia mieli możliwość rządzić własnym krajem - za "II Rzeczypospolitej" w latach 1918-39.
Wydawało się, że normalną kondycją Polaków jest okupacja, zacofanie, frustracja, poczucie wyobcowania w kontrolowanym przez cudzoziemców państwie. Cnotami, z których słynęli, była odporność na ciosy, kulturowa żywotność i bohaterski, lecz z góry skazany na klęskę opór. Przeszywany obcymi strzałami orzeł biały krwawił, odzwierciedlając polskie barwy narodowe. Polskimi bohaterami byli męczennicy. Nawet tak życzliwy Polakom historyk jak Norman Davies poczuł się uprawniony do napisania w 1983 roku: "Polska wróciła do swojego normalnego stanu politycznej klęski i gospodarczego chaosu".
Każdy, kto przyjrzy się dzisiejszej Polsce, dojdzie do wniosku, że sytuacja tego kraju uległa zasadniczemu przeobrażeniu. Polska jest dziś wolnym krajem. Równie suwerenna jak każde inne państwo w zjednoczonej Europie, od 1999 roku cieszy się bezprecedensowym bezpieczeństwem jako członek NATO, a od 1 maja 2004 roku jest pełnoprawnym członkiem UE. Niektórzy analitycy już teraz zaliczają Polskę do unijnej "wielkiej szóstki", obok Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii, Włoch i Hiszpanii. Od 1990 roku jej PKB wzrósł o mniej więcej 50 proc. Młodzi Polacy - a ponad 40 proc. ludności nie ukończyło 30. roku życia - swobodnie podróżują po świecie. Setki tysięcy z nich korzysta teraz z nowej możliwości podjęcia pracy w takich krajach UE jak Wielka Brytania. Gdy wychodzę w Oksfordzie na ulicę, istnieje spore prawdopodobieństwo, że spotkam młodego polskiego studenta, który ma w pobliżu zajęcia albo pracuje w okolicznej kawiarni. W 1979 roku, podczas mojej pierwszej podróży do Polski, Polaków wciąż dręczyły wspomnienia o okupacji niemieckiej i stalinowskich prześladowaniach. Któregoś wieczoru po wyjściu z warszawskiej restauracji stwierdziłem, że ktoś spuścił mi powietrze z przednich kół samochodu. "A, pewnie wzięli pana za Niemca", powiedział mój gospodarz. Dzisiejszym nastolatkom wspomnienia te do tego stopnia nie ciążą, że slangowa prośba o skontaktowanie się za pomocą SMS-a brzmi: "Przyślij mi esesmana".
Gdyby ktoś zapytał, kiedy zaczął się dla Polski historyczny zwrot ku lepszemu, jedna z możliwych odpowiedzi brzmiałaby: w czwartek 14 sierpnia 1980 roku, gdy młody, bezrobotny elektryk Lech Wałęsa przeskoczył przez płot Stoczni im. Lenina w nadbałtyckim porcie Gdańsk i objął kierownictwo strajku okupacyjnego, z którego zrodził się ruch o nazwie "Solidarność". Sam Wałęsa odpowiada inaczej: październik 1978, gdy kardynał Karol Wojtyła, arcybiskup Krakowa, został wybrany na papieża, co umocniło ducha oporu nie tylko w Polsce, ale w całej Europie Środkowej. Ku wściekłości Gorbaczowa, Wałęsa tak rozdziela zasługi za położenie kresu władzy komunistycznej w Europie: Jan Paweł II - 50 proc.; "Solidarność" i inne środkowoeuropejskie ruchy wolnościowe - 30, Gorbaczow i pierestrojka - 20. "Kurcze, panie! (co można przełożyć jako "bloody hell, mister!") - mówi mi - widzę w tych zdarzeniach palec boży!". Gdyby 14 sierpnia 1980 roku Wałęsa próbował dostać się do stoczni kilka godzin wcześniej, o 6.00, tak jak pierwotnie zaplanował z kolegami, przypuszczalnie zwinęliby go tajniacy - ale się spóźnił. Nie pamięta dlaczego. Potem strajk prawie upadł, co też było korzystne, bo dzięki temu powstał znacznie lepszy komitet strajkowy. Wałęsa gestykuluje energicznie całym ramieniem, jednocześnie wydając z siebie charakterystyczne westchnienie zdumienia. "A później, jak walczyliśmy, ależ były tarcia... Kto to mógł tak wykierować? Tylko palec boży!".
Pełen wigoru, krępy, rumiany i wciąż noszący słynne wąsy morsa, 62-letni Wałęsa coraz bardziej przypomina jednego z tych dostojnych XVIII-wiecznych szlachciców z szablą u boku, których można zobaczyć na obrazach z epoki pierwszego polskiego eksperymentu demokratycznego. Dawny przywódca "Solidarności" i były prezydent Polski wciąż mówi jak nakręcony, a jego język jest jak zawsze barwny, nie do podrobienia i właściwie nieprzekładalny. W tym potoku słów trafiają się fragmenty nie tylko cudownie komiczne, ale również perełki chłopskiej mądrości i przenikliwej oceny politycznej. Przypominają, że w swym najlepszym okresie Wałęsa był przywódcą ludowym, obdarzonym rzadkim wrodzonym geniuszem.
Niezależnie od tego, jak rozdzielimy historyczne zasługi w obaleniu komunizmu w Europie, pionierski sierpniowy wkład "Solidarności" był na tyle znaczący, że 25 lat później, w sierpniu 2005 roku, dawni i obecni przywódcy polityczni tłumnie przylecieli do Portu Lotniczego Gdańsk im. Lecha Wałęsy, by świętować rocznicę. Wśród tych, którzy przybyli złożyć hołd bohaterom Polskiego Sierpnia, byli między innymi Václav Havel, prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko, prezydent Gruzji Michaił Saakaszwili, James Baker II (w imieniu obu prezydentów Bushów), Zbigniew Brzeziński, prezydent Niemiec, prezydent Serbii i przewodniczący Komisji Europejskiej José Manuel Barroso. Przemawiali na tle wielkiego fotomontażu ukazującego kostkę domina ze zdjęciem Wałęsy, którą jego koledzy robotnicy przewracali w 1980 roku inne kostki domina, symbolizujące Polskę w 1989 roku (zaprzysiężenie pierwszego niekomunistycznego rządu w bloku sowieckim), aksamitną rewolucję w Pradze (Václav Havel potrząsa kluczami na placu św. Wacława), pomarańczową rewolucję na Ukrainie (Juszczenko) i wreszcie częściowo zasłoniętą kostkę domina ukazującą kolejny rewolucyjny tłum, którego narodowości nie udało mi się ze stuprocentową pewnością odszyfrować, ale być może symbolizowała Białoruś. Wielu mówców wyraziło solidarność z prześladowanym narodem Białorusi, ostatniej europejskiej dyktatury, oraz nadzieję, że tam również dojdzie do podobnych zmian.
W tym zastosowaniu teorii domina do interpretacji dziejów ostatniego ćwierćwiecza odnaleźć można więcej niż odrobinę polskiego mesjanizmu, podobnie jak w towarzyszącym jej haśle: "Zaczęło się w Gdańsku". W rzeczywistości ta seria sukcesów miała licznych ojców, jak przypomniałby Gorbaczow i wielu innych. Mimo że w grudniu 1981 roku generał Wojciech Jaruzelski wprowadził stan wojenny, "Solidarność" przetrwała - acz ledwo ledwo, wielu jej przywódców zostało internowanych - a potem odżyła dzięki kolejnej fali strajków w 1988 roku, doprowadzając w 1989 do pierwszej z pokojowych, wynegocjowanych rewolucji środkowoeuropejskich, z ich okrągłymi stołami, przy których władze komunistyczne i przywódcy opozycji negocjowali pokojowe przejście do demokracji. Saakaszwili i Juszczenko przyznają, że przykład roku 1989 był ważny jako czynnik inspirujący ostatnią falę "kolorowych rewolucji", jak je się czasem nazywa, od obalenia Milosevicia w Serbii (2000), przez gruzińską "różaną" (2003), po ukraińską "pomarańczową rewolucję" (2004). W sierpniu 2005 roku w Gdańsku było zatem wiele powodów do świętowania. W tle obchodów i poza nimi nowa Polska żywiła jednak mieszane uczucia co do swej niedawnej przeszłości - i obawy co do przyszłości. Wracając z triumfalnej mszy pod Stocznią Gdańską (już nie Lenina), udałem się pod bramę nr 2, z której szczytu Wałęsa wygłaszał niegdyś swoje zabawne, inspirujące przemówienia. Niebieskoszara brama znów była przystrojona wizerunkami Jana Pawła II i Czarnej Madonny z Częstochowy, biało-czerwonymi flagami i kwiatami, zupełnie jak w sierpniu 1980 roku, gdy byłem tam jako świadek historycznego strajku. Ale dało się zauważyć trzy różnice. Na prawo od wejścia stał bankomat. Za bramą widoczny był krajobraz rozpadających się budynków, gruzu i zielska - bo stocznia (będąca własnością firmy Evip) zatrudnia obecnie mniej niż 300 pracowników, wobec ponad 15 tys. w komunistycznych czasach swojej największej świetności. Przed bramą stały zaś duże drewniane dyby. Z trzech otworów na głowy sterczały słomiane kukły w ciemnych garniturach, białych koszulach i ze zdjęciami zamiast twarzy. Pod spodem można było przeczytać: "Marek Roman, prezes firmy Evip - złodziej", "Janusz Szlanta, były prezes - złodziej", "Jerzy Lewandowski, obecny prezes - oszust". W tle chór śpiewał o pokoju, przebaczeniu i miłości.
W ciągu dwóch miesięcy od solidarnościowej rocznicy Polacy wybrali nowy parlament i nowego prezydenta. We wrześniu 2005 roku, przy frekwencji niewiele przekraczającej 40 proc., oddali najwięcej głosów na centroprawicowe Prawo i Sprawiedliwość, a bardziej liberalna Platforma Obywatelska zajęła 2. miejsce. Sojusz Lewicy Demokratycznej kierowany głównie przez dawnych członków partii komunistycznej - po 1989 roku zwanych "postkomunistami" - przez ponad 10 lat odgrywał pierwszoplanową rolę w polskiej polityce; w wyniku wrześniowych wyborów liczba jego posłów do parlamentu spadła z 217 do 55. Miesiąc później, w drugiej turze osobnych wyborów prezydenckich, frekwencja wyniosła trochę powyżej 50 proc. Większość tych, którzy pofatygowali się pójść do urn, wolała kandydata Prawa i Sprawiedliwości Lecha Kaczyńskiego niż szefa Platformy Obywatelskiej Donalda Tuska. Te dwie duże partie centroprawicowe, PO oraz PiS, nie zdołały się porozumieć w sprawie zawiązania koalicji rządowej, którą przed wyborami zapowiadały. PiS utworzyło rząd mniejszościowy, który będzie zależny od parlamentarnego wsparcia partii z bardziej skrajnej, populistycznej, katolickiej prawicy, ruchu Samoobrona i Ligi Polskich Rodzin, partii przeciwnych liberalizmowi gospodarczemu i obyczajowemu, jak również głęboko podejrzliwych wobec UE.
Premierem jest dość ponury były nauczyciel szkolny Kazimierz Marcinkiewicz, ale wszyscy wiedzą, że za premierowskim tronem za sznurki pociąga przywódca PiS Jarosław Kaczyński - brat bliźniak Lecha Kaczyńskiego, nowego prezydenta.
Mamy zatem do czynienia z niezwykłym zjawiskiem: duży kraj europejski w gruncie rzeczy rządzony przez braci bliźniaków, którzy są do siebie tak podobni, że łatwo ich ze sobą pomylić. (Lech ma charakterystyczny pieprzyk na prawo od nosa). Urodzili się w 1949 roku. Ich rodzice walczyli w antyhitlerowskim, a po zakończeniu II wojny światowej antykomunistycznym ruchu oporu i przekazali synom tę niezwykle silną w Polsce tradycję walki patriotycznej. Mając 12 lat, jasnowłose bliźniaki zagrały w filmie dla dzieci "O dwóch takich, co ukradli księżyc". Jego wersja na DVD stała się w Polsce bestsellerem. Kupiłem go podczas pobytu w Warszawie i muszę powiedzieć, że Jacek i Placek, bo takie imiona noszą w filmie, to rzeczywiście urocza para łobuziaków.
W latach 70. obaj bracia poważnie zaangażowali się w opozycję antykomunistyczną. Jarosław, który został w Warszawie, należał do jednego z czołowych ugrupowań opozycji demokratycznej, Komitetu Obrony Robotników. Lech przeniósł się do Gdańska, gdzie studiował prawo i pomagał pomorskim robotnikom organizować niezależne związki zawodowe. Niektórzy znajomi mówili na niego Leszek, by odróżnić go od drugiego Lecha w ich kręgu - elektryka Wałęsy.
Lech Kaczyński zrobił doktorat z prawa, był gdańskim działaczem "Solidarności" i pozostał czynnym opozycjonistą w czasach podziemnego oporu po wprowadzeniu stanu wojennego w grudniu 1981 roku. Pamiętam go ze strajku, który wybuchł w Stoczni Gdańskiej w 1988 roku. Strajk utorował drogę do rozmów okrągłego stołu w 1989 roku, w których Lech Kaczyński również brał udział. W 1990 roku, po upadku komunizmu, poparł kandydaturę Wałęsy na prezydenta, ale wkrótce po wygranych wyborach ich drogi się rozeszły na skutek zajadłych sporów o sprawy personalne i stołki. Od tego czasu Lech Kaczyński i jego brat działają w postsolidarnościowym prawicowym skrzydle polskiej polityki, usiłując sklecić partię zdolną zwyciężyć w wyborach. "Przez całe życie parli do władzy!", prycha Wałęsa. Teraz im się udało.
Jarosław Kaczyński, 45 sekund starszy od Lecha, jest sprawnym, bezkompromisowym zakulisowym graczem politycznym. Jego młodszy i generalnie bardziej koncyliacyjnie nastawiony brat darzy go ponoć nabożnym podziwem. Przemawiając w wieczór wyborczy, zwrócił się do starszego brata i szefa swej partii językiem żołnierza składającego raport dowódcy: "Panie prezesie, melduję wykonanie zadania!". Fakt, że ich nazwisko kojarzy się po polsku z kaczką, czy też z kaczorem, zainspirował wiele kaczych dowcipów, wymyślanych zwłaszcza przez młodszych, bardziej liberalnych albo lewicowych Polaków, którzy popularyzują je za pomocą e-maili albo "esesmanów". Można powiedzieć, że Polska znalazła się teraz w fazie "Kaczej zupy", czyli przeszła od Marksa do braci Marx. Kilku komentatorów niemieckich uznało ten rozwój wydarzeń za mniej humorystyczny, sugerując, że nowy prezydent jest nie tylko konserwatywnym katolickim nacjonalistą oraz zdecydowanym przeciwnikiem aborcji i homoseksualizmu, ale również antysemitą. Moi żydowscy koledzy, którzy znają Kaczyńskiego od 30 lat, czyli od początku jego kariery opozycyjnej, stanowczo protestują przeciw odgrzewaniu tego antypolskiego stereotypu. W przypadku Kaczyńskiego - mówią - jest to po prostu nieprawda. Sugerują wręcz, że jego katolicki nacjonalizm, choć oparty na głębokich osobistych przekonaniach, w co najmniej równym stopniu jest kwestią taktyczną i strategiczną - Kaczyński widzi w nim jedyną drogę do zbudowania w Polsce silnej partii prawicowej.
A jednak nie minę się z prawdą, jeśli powiem, że nowy prezydent żywi tradycyjną podejrzliwość wobec Niemiec i Rosji, a także UE. Nie mówi obcymi językami i był wyraźnie niechętny nawiązywaniu kontaktów z cudzoziemcami jako prezydent Warszawy. Poza tym jest miłośnikiem teorii spiskowych, zarówno w polityce wewnętrznej, jak i międzynarodowej, widzi ukrytą rękę tajnych służb tam, gdzie inni jej nie dostrzegają. Jak stwierdza amerykański badacz David Ost, adaptując słynną analizę Richarda Hofstadtera, Kaczyńscy i ich sojusznicy reprezentują "styl paranoiczny" w polskiej polityce.
Ćwierć wieku po Polskim Sierpniu Polską rządzą więc bracia bliźniacy, którzy są autentycznymi przedstawicielami prawicowego skrzydła tradycji solidarnościowej, ale doszli do władzy, wyzyskując frustrację ludzi niezadowolonych z tego, co się wydarzyło po zwycięstwie "Solidarności" w 1989 roku. Sklejają z tych frustracji historię zupełnie odmienną od historii sukcesu tak elokwentnie opowiadanej przez postsolidarnościowych i postkomunistycznych liberałów, którzy rządzili Polską przez znaczną część minionego 16-lecia. Tacy ludzie jak Bronisław Geremek, wybitny historyk, dawny doradca "Solidarności" i minister spraw zagranicznych w latach 1997-2000, czy Aleksander Kwaśniewski, elokwentny i sprawnie poruszający się na politycznych salonach postkomunistyczny prezydent Polski, przez ostatnie 10 lat płynnym angielskim, francuskim i niemieckim niestrudzenie tłumaczyli światu, że Polska była pionierem pokojowego przekształcenia komunizmu w demokrację liberalną i zastąpiła dawną gospodarkę nakazową kwitnącym systemem wolnorynkowym, a jednocześnie osiągnęła europejskie standardy przestrzegania praw człowieka. Przy wszystkich swych lukach ta historia sukcesu znacząco dopomogła Polsce w jej międzynarodowych osiągnięciach, takich jak wstąpienie do NATO i UE oraz przyciągnięcie inwestycji zagranicznych.
Jednak nawet najbardziej optymistyczny polski liberał musi przyznać, że koszty zmiany systemu gospodarczego na kapitalistyczny były wysokie. Prywatyzacja przedsiębiorstw państwowych i urynkowienie cen, jak również konkurencja ze strony towarów sprowadzanych z Zachodu dla wielu Polaków poskutkowała utratą pracy. Oficjalny odsetek ludzi wykonujących odpłatną pracę jest w Polsce najniższy w całej UE, zaledwie połowa (51,7 proc.) osób w wieku 15-64 lata jest obecnie zatrudniona. Wśród ludzi, którzy najwięcej stracili, są ci, co w największym stopniu przyczynili się do zwycięstwa "Solidarności": robotnicy. Polska rewolucja z 1980-81 roku chyba najbardziej ze wszystkich rewolucji w dziejach zasługuje na miano autentycznie "robotniczej". W rocznicowym przemówieniu Bronisław Geremek stwierdził, że podczas gdy zwaśniona XVIII-wieczna szlachta zniszczyła swą "demokrację szlachecką", XX-wieczni robotnicy rozmontowali narzucone przez Sowietów "państwo robotnicze". Ale gdy rozmawia się z pracownikami i bezrobotnymi byłymi pracownikami Stoczni Gdańskiej, większość z nich jest wściekła i rozczarowana. Niektórzy Polacy wzbogacili się, lecz wielu zbiedniało. Opublikowany niedawno raport Banku Światowego sugeruje, że narastająca nierówność spowodowała zwiększenie się liczby osób żyjących poniżej granicy ubóstwa. Wałęsa ujmuje sprawę prosto: wtedy ludzie mieli pewność zatrudnienia, ale nie mieli wolności, teraz mają wolność i tęsknią za pewnością zatrudnienia. Wtedy mieli narzuconą odgórnie równość, teraz jedna osoba jest milionerem, a inni trafili na bruk. Poza tym dodaje: "Ten milioner raczej nie zarobił pieniędzy czystymi metodami...". Tak jak w innych krajach postkomunistycznych, dzisiejsze polskie fortuny miały początek w owym prawnie rozchwianym okresie, gdy komunistyczna gospodarka nakazowa została zdemontowana i różni ambitni ludzie, w tym postkomuniści albo osoby powiązane ze służbami specjalnymi, rzucili się do robienia interesów. Rzeczywistość była mętna, ale jej percepcja, zwłaszcza w oczach "przegranych" transformacji, przedstawia się w jeszcze ciemniejszych barwach. Jak pokazują neośredniowieczne dyby ("obecny prezes - oszust") przed Stocznią Gdańską, wielu zwykłych Polaków uznaje za aksjomat, że każdy, kto jest bogaty, musi być złodziejem albo kanciarzem.
Wiąże się to z dwoma innymi rozpowszechnionymi frustracjami, którym nadali publiczny wyraz bracia Kaczyńscy. Pierwsza z nich to poczucie, że po 1989 roku za mało zrobiono w kwestii publicznego rozliczenia komunistycznej przeszłości, oczyszczenia tajnych służb i usunięcia z życia publicznego osób biorących udział w komunistycznych represjach. Polska nie miała "komisji prawdy" w stylu południowoafrykańskim czy latynoskim. Polski odpowiednik niemieckiego Urzędu Gaucka, umożliwiający ofiarom dostęp do akt tajnej policji, działa dopiero od kilku lat. Tymczasem młodą polską demokracją okresowo wstrząsają zarzuty o współpracę z komunistycznymi tajnymi służbami wysuwane wobec ważnych postaci życia publicznego. Na skutek takich zarzutów jeden z postkomunistycznych premierów, Józef Oleksy, podał się do dymisji. Drugim wątkiem, związanym z powyższym, jest kryzys państwa polskiego, postrzeganego jako słabe, rozdęte, nieefektywne i przeżarte korupcją. Nowy premier mówił złowieszczo o "czworokącie bermudzkim" skorumpowanych polityków, agentów tajnych służb, biznesmenów i przestępców. Głównym obiektem politycznego ataku są tu postkomuniści, którzy zachowywali się rozsądnie i odpowiedzialnie na arenie międzynarodowej, ale byli uwikłani w przygnębiającą serię skandali typu "pieniądze za wpływy". Najbardziej znany z nich to afera Rywina, zwana "Rywingate": producent filmowy obiecał, że za 17,5 mln dolarów "grupa trzymająca władzę" (zwrot ten wszedł w Polsce do powszechnego obiegu) wprowadzi zmiany w przygotowywanej ustawie medialnej. Bracia Kaczyńscy i ich doradcy sprawnie połączyli te chwytliwe wątki, wzywając do "rewolucji moralnej". Lech Kaczyński jest profesorem prawa, który nie najgorzej zapisał się w pamięci większości Polaków jako minister sprawiedliwości i szef Najwyższej Izby Kontroli. Z kolei z samej nazwy ich partii - Prawo i Sprawiedliwość - płynie sugestia, że bracia przywrócą prawo w państwie polskim i sprawiedliwość w społeczeństwie. Idą nawet o krok dalej. Na jednym z najskuteczniejszych plakatów wyborczych Lech Kaczyński jest typem spokojnego, dobrotliwego profesora, który siedzi z piórem w ręku w gabinecie z regałami bibliotecznymi do sufitu. Podpis: "Prezydent IV Rzeczypospolitej".
Była to genialna sztuczka z zakresu politycznego marketingu, ale autentyczny konserwatysta powinien być roztropniejszy. Większość Polaków nazywa niepodległe, demokratyczne państwo powstałe po 1989 roku "III Rzecząpospolitą", odmawiając tym samym powojennej Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej miana prawdziwej Rzeczypospolitej. Ludzie spierają się, kiedy dokładnie zaczęła się III RP: 4 czerwca 1989 roku, gdy pierwsze wolne (choć nie całkiem) wybory w praktyce położyły kres komunizmowi w Polsce?
We wrześniu 1989 roku, gdy doradca "Solidarności" Tadeusz Mazowiecki stanął na czele pierwszego niekomunistycznego rządu od 1945 roku? W grudniu 1990 roku, gdy nowy prezydent nowej republiki, Lech Wałęsa, postanowił odebrać insygnia urzędu nie od swego faktycznego poprzednika generała Wojciecha Jaruzelskiego, architekta stanu wojennego i ostatniego prezydenta PRL-u, ale od przebywającego na uchodźstwie w Londynie prezydenta Kaczorowskiego, wraz z rządem emigracyjnym prawnego spadkobiercy powstałej w 1918 roku II RP?
Niezależnie od tego, jaką przyjmiemy datę urodzin, nowa konstytucja uchwalona w 1997 roku i zatwierdzona w referendum, traktuje III RP jako coś już istniejącego i trwałego. Bracia Kaczyńscy chcą tę konstytucję zmienić, ale w proponowanych przez nich zmianach - na których przeprowadzenie na razie nie ma szans - nie widać nic uzasadniającego tezę, że dałyby one początek nowej Rzeczypospolitej.
Jako instrument wyborczy hasło "IV Rzeczypospolitej" skutecznie przemówiło jednak do licznych rozczarowanych całym systemem politycznym III RP i jej "klasą polityczną". Według ośrodka badania opinii CBOS ponad 2/3 ankietowanych wyraża niezadowolenie z funkcjonowania demokracji w Polsce. Aż 40 proc. zgadza się, że "silny człowiek u władzy może być lepszy od rządów demokratycznych" - największy zanotowany odsetek od czasu odzyskania niepodległości. Jednym z problemów Kaczyńskich i ich politycznych sojuszników jest fakt, że chociaż lansują się na "nowe miotły, które wymiotą brudy", od początku stanowili część zdyskredytowanego systemu politycznego III RP. Ich rządy zaczęły się źle, od nieudanych, prowadzonych w atmosferze swarów rozmów koalicyjnych, doskonale ilustrujących bezwstydną pazerność na władzę i przywileje, z którą Kaczyńscy podobno mieli się rozprawić. W polskiej prasie już pojawiają się pierwsze doniesienia o skandalach korupcyjnych w ich otoczeniu. Tymczasem obiecana "rewolucja moralna" ma się rzekomo dokonać dzięki czystkom w policji i tajnych służbach, publikacji oficjalnych list wszystkich współpracowników komunistycznej Służby Bezpieczeństwa oraz ich automatycznemu odsunięciu od urzędów publicznych na 10 lat. Prawdopodobne są kolejne procesy wysoko postawionych komunistów. Gdy rozmawiałem z 82-letnim generałem Jaruzelskim, powiedział ze zrezygnowaniem i zgryźliwością, że spodziewa się spędzić resztę życia na sali rozpraw. W kampanii wyborczej - stwierdził ostro - PiS obiecywało ludziom poprawę sytuacji materialnej, z czego nie jest w stanie się wywiązać, "a jak ludzie nie mogą mieć chleba, muszą mieć igrzyska". Spodziewa się, że w igrzyskach tych wystąpi między innymi on sam.
Bardziej znajomy wyda się Amerykanom pewien inny aspekt polskiej "rewolucji moralnej". Polscy konserwatyści kładą ogromny nacisk na kwestie religijne i obyczajowe, przede wszystkim opowiadając się przeciw aborcji i homoseksualizmowi. Jako prezydent Warszawy, Lech Kaczyński zakazał "parady równości", którą chcieli zorganizować geje i lesbijki, a za jego przykładem poszli prezydenci innych miast, wywołując protesty. "Solidarność" w Stoczni Gdańskiej wystąpiła w obronie "parady równości" w tym mieście, a w Poznaniu sąd orzekł, że tamtejszy zakaz był bezprawny. Z kolei polscy konserwatywni eurodeputowani wzbudzili przerażenie niektórych swoich kolegów, organizując w budynku Parlamentu Europejskiego wystawę, w której porównali aborcję do zabijania więźniów nazistowskich obozów koncentracyjnych.
W USA występuje słynny podział na stany "czerwone" i "niebieskie". Na mapie wyborów prezydenckich Polska dzieli się na regiony "pomarańczowe" i "niebieskie". Kolorem pomarańczowym oznaczane są bardziej liberalne części kraju, które postawiły na Donalda Tuska, bardziej konserwatywne obszary niebieskie skłaniają się ku Kaczyńskiemu. W zachodnich i północnych regionach kraju, w tym w Szczecinie przy granicy z Niemcami i w Gdańsku nad Morzem Bałtyckim, przeważa kolor pomarańczowy. Z wyjątkiem stołecznej Warszawy Polska centralna, wschodnia i południowo-wschodnia jest w przeważającej mierze niebieska. Do pewnego stopnia odzwierciedla to podziały społeczno-ekonomiczne, jako że wschód i południowy wschód są biedniejsze. Historycy przypominają jednak, że w okresie zaborów regiony pomarańczowe należały przede wszystkim do Niemiec, a niebieskie - do Rosji i Austrii. Nie po raz pierwszy w postkomunistycznej Europie bardzo stare linie podziału uwidaczniają się na nowych mapach politycznych, jakby były tam wyrysowane niewidzialnym atramentem.
Podobnie jak w przypadku czerwono-niebieskiego podziału amerykańskiego rzeczywistość jest - oczywiście - dużo bardziej złożona, zarówno w sensie geograficznym, jak i socjologicznym. Ale po ostatnich wyborach jeszcze bardziej umocniło się poczucie, że istnieją "dwie Polski": jedna bardziej liberalna, wielkomiejska, tolerancyjna i otwarta na świat, druga bardziej konserwatywna, religijna, prowincjonalna i zamknięta w sobie.
Jaka będzie ta "Trzecia-z-kawałkiem Rzeczpospolita" bliźniaków Kaczyńskich? W najlepszym z możliwych scenariuszy bliźniacy i ich obóz wzmocnią administrację państwową i rządy prawa; rozwiążą dotkliwy problem komunistycznej przeszłości, choćby tylko przez pokazanie, że teraz już niewiele da się w tej sprawie zrobić; ze zbieraniny efemerycznych prawicowych ugrupowań zbudują stabilną polską wersję partii chrześcijańsko-demokratycznej w stylu hiszpańskiej Partido Popular stworzonej przez José Marię Aznara; zdynamizują gospodarkę, obniżając nieco podatki i ograniczając zdecydowanie nadmierny deficyt budżetowy; wreszcie zapewnią Polsce pozycję rozsądnego i konstruktywnego, choć konserwatywnego obyczajowo członka UE.
W najgorszym z możliwych scenariuszy będą patronowali słabemu rządowi mniejszościowemu, który szybko wygeneruje nową serię skandali; zamiast skrupulatnego rozliczenia z komunistyczną przeszłością urządzą niesprawiedliwe polowanie na czarownice; spowolnią wzrost gospodarczy i protekcjonistycznymi środkami zahamują inwestycje zagraniczne; zniszczą szanse Polski na przyjęcie do grona "wielkiej szóstki" kształtującej przyszłość UE. Prędzej czy później podzielą los swych poprzedników u władzy, nękani dezercjami posłów, a następnie ukarani przez rozczarowanych wyborców.
Na tle ostatnich dwóch stuleci polskiej historii nie są to szczególnie dramatyczne alternatywy. Nawet jeżeli bracia Kaczyńscy zrealizują najgorszy scenariusz, niepodległość, wolność polityczna i bezpieczeństwo kraju będą zagrożone nie bardziej niż w przypadku Włoch czy Hiszpanii. Młodzi Polacy instynktownie to rozumieją, toteż reagują mieszanką protestów, wyjazdów za granicę i kaczych dowcipów. Narody mają lepiej niż ludzie, ale w danym momencie najważniejsze jest szczęście poszczególnych ludzi składających się na naród. Uczciwość wymaga jednoznacznego przyznania, że dla milionów Polaków, zwłaszcza wśród robotników, osób biednych i starych oraz mieszkających na południu i wschodzie kraju, okres po 1989 roku był bolesny i rozczarowujący. Dla nich rzeczywistość wolności okazała się zupełnie inna od marzeń. Ta historia ma jednak drugą stronę. Obchody rocznicy "Solidarności" były dla mnie przyjemnością także z pewnego powodu, który dopiero na miejscu sobie uświadomiłem: spotkałem tam nie tylko starych przyjaciół i znajomych, ale także ich dzieci - dwudziestokilkuletnie, podobnie jak moje.
W 1980 roku moi polscy przyjaciele i ja żyliśmy w innych światach. Nie tylko możliwości polityczne, ale i najszerzej rozumiane szanse życiowe młodego Polaka były nieporównanie mniejsze niż szanse życiowe młodego Brytyjczyka. O pokoleniu naszych dzieci nie można już tego powiedzieć. Szanse życiowe przedsiębiorczego młodego Polaka są dziś całkowicie porównywalne z szansami życiowymi młodego Brytyjczyka - i bynajmniej nie dotyczy to wyłącznie osób z uprzywilejowanych środowisk, o czym codziennie mam okazję się przekonać, spotykając młodych Polaków, którzy studiują i pracują w Oksfordzie. Coś zostało osiągnięte.
p
, ur. 1955, brytyjski historyk, profesor Uniwersytetu Oksfordzkiego, dyrektor European Studies Centre w St. Anthony's College, współpracownik "Guardiana" i "New York Review of Books". Wybitny badacz najnowszych dziejów Europy Środkowo-Wschodniej. Autor ośmiu książek. Po polsku ukazały się m.in. "Historia na gorąco: eseje i reportaże z Europy lat 90.", "Polska rewolucja: Solidarność 1980-1981", "Wolny świat: dlaczego kryzys Zachodu jest szansą naszych czasów".