To nie są dramatyczne alternatywy - pisze Timothy Garton Ash, analizując dwa skrajne scenariusze polityczne: pełnego zwycięstwa braci Kaczyńskich oraz ich kompletnej porażki. Po prostu w pierwszym przypadku będzie w Polsce trochę lepiej, w drugim trochę gorzej. Na pierwszy rzut oka diagnoza Asha nie brzmi porywająco, jednak odczytana na tle całej dyskusji politycznej staje się ciekawa. Jest bowiem sceptyczna wobec patosu obu stron. Za irracjonalne uznaje oba silne przekonania, które te strony ożywiają - zarówno mesjanistyczną wiarę w Dzieło, którego bracia mają dokonać, jak i katastroficzną zapowiedź Zła, które w efekcie mają na Polskę sprowadzić.
Ale ten sceptycyzm można zastosować szerzej. Można na przykład postawić tezę, że błędna jest być może nie tylko przedramatyzowana forma przeżywania bieżącej polityki, ale nawet samo rozpoznanie jej rzeczywistych treści. Na przykład zarówno zwolennicy braci Kaczyńskich, jak też ich wrogowie, uznają, że właściwym celem nowej władzy jest cały "pakiet rewolucyjny" - walka z tzw. układem, czyszczenie państwa, odnowa moralna społeczeństwa. A to wszystko, co się dziś w polityce dzieje, traktują jak wstęp do czegoś, co się dopiero w przyszłości wydarzy. Tymczasem być może to, co najważniejsze, już się wydarzyło. W tej mierze, w jakiej IV RP jest realna (zwłaszcza w przypadku rządu mniejszościowego), została ona już ustanowiona. Choć wszystko się dzieje na poziomie języka, choć zmiany dotyczą jedynie politycznej symboliki, konsekwencje okazują się jak najbardziej rzeczywiste. W ciągu kilku miesięcy satysfakcję polityczną uzyskały miliony krytyków III RP - zagorzali antykomuniści, tradycjonaliści, klienci populizmów lewicowych oraz religijnych, a nawet spora część tych, których socjologowie nazywają wykluczonymi. Nowa władza zręcznie eksploatuje emocje do tej pory w polskiej polityce nieużywane: dumę narodową, potrzebę jedności wyrażającą się m.in. we współczuciu - choćby tylko egzaltowanym - wobec biednych, moralną satysfakcję z bycia obyczajową większością, potrzebę stanowczej władzy. Nowy język publiczny, choć może się zdawać czymś bardzo ulotnym, zaczął już budować nowe źródła legitymizacji władzy, które ewidentnie utrwalają dominację polityczną PiS. Siłę działań w sferze politycznej symboliki najlepiej widać w rozbiorach, jakim Kaczyński poddaje kolejne obszary populizmu. W ciągu kilku miesięcy unicestwił on cały ten obszar polskiej polityki (ostatnią niepodbitą prowincją pozostało Radio Maryja, ale nawet ono pełni już rolę jedynie wasalną).
Zupełnie prawdopodobne jest, że to, co dziś wydaje się produktem ubocznym polityki PiS, jest w istocie jej realnym celem.