Dziennik Gazeta Prawana logo

Od demokracji nie ma ucieczki

5 listopada 2007, 12:15
Ten tekst przeczytasz w 21 minut

Benjamin Barber demaskuje anachroniczną retorykę leseferyzmu, którą posługują się amerykańscy konserwatyści. Twierdzi, że liberalna gospodarka powinna podlegać demokratycznej kontroli. W Ameryce - przekonuje - hasła obrony wolności indywidualnej służą dziś głównie ochronie interesów wielkich podmiotów gospodarczych; te zaś ostatnie w dużym stopniu decydują o kształcie polityki zagranicznej USA. Rząd nie chce przyjąć do wiadomości, że w XXI wieku globalna polityka musi być prowadzona za pośrednictwem międzynarodowych instytucji powoływanych przez demokratyczne państwa. Barber podkreśla przy tym, że prawdziwą siłą demokracji są inicjatywy oddolne. Nie twierdzi, że amerykański model demokracji jest jedynym właściwym. Demokracja wyrasta na gruncie lokalnej tradycji i może mieć różne oblicza.

p

Jak pan dobrze wie, jest pewien kłopot ze słowem "liberał". W Ameryce używa się go w opozycji do "konserwatysty", czyli do prawicy. U nas liberał to postępowiec, socjaldemokrata, demokrata nieufny wobec skutków wszechogarniającego wolnego rynku. Konserwatyści używają tego słowa nieustannie, by wbić ludziom do głów - liberał to zły facet, chce aborcji, zakazu broni, mnożenia regulacji federalnych, Wielkiego Rządu, państwa opiekuńczego, a nawet większej roli ONZ... Poza Ameryką liberalizm to libertarianizm, który uznaje ingerencje rządu w sprawy kraju za źródło kłopotów obywateli, opiera się na XIX-wiecznej idei indywidualizmu, sięgając do Adama Smitha, laissez faire i tych wszystkich historii. Kiedy chce się, by słowo "liberał" zrozumiane zostało w Ameryce tak, jak rozumiała je Margaret Thatcher, trzeba dodać "neo". Jestem liberałem, nie jestem neoliberałem.

Przez długi czas w naszej historii, przynajmniej od roku 1930 i ogłoszenia Nowego Ładu przez Roosevelta, idea, że rząd ponosi odpowiedzialność za dobrobyt obywateli oraz bezpieczeństwo socjalne tych, którzy nie są w stanie sami go sobie zapewnić - jak dzieci, chorzy, starcy - była całkowicie "amerykańska". Na tych filarach opierała się polityka państwa przez prawie 50 lat. To sztandar Roosevelta, ale i Johnsona, który obiecywał "Wielkie Społeczeństwo", czy Kennedy'ego. Nawet Nixon szedł w tym kierunku, przecież to on uruchomił program rozwijający solidarność sąsiedzką i aktywność różnych społecznych instytucji współpracujących z odpowiednimi agendami rządowymi, także na polu socjalnym. W swojej istocie działania neoliberałów czy konserwatystów nie są działaniami w obronie wolności poszczególnych Amerykanów, to są działania przeciwko silnej demokracji.Pytał pan o amerykańskie wartości - otóż przede wszystkim jest to demokracja. Prawica chce odsunąć obywateli od wszystkich spraw, redukując znaczenie rządu, a zostawić wolne pole dla wielkich korporacji, zamożnych jednostek, prywatnych instytucji - czyli dla tych, którzy i tak są silni. Takim podmiotom rząd faktycznie tylko przeszkadza, one chcą "cienkiej" demokracji, w której nikt ich interesom czy planom nie zaszkodzi. Neoliberalizm dostarcza im odpowiedniej amunicji, poręcznej ideologii.

Dlatego konserwatystom tak łatwo ludzi zwodzić. To wspaniały trik prawicy, że nie mówi "jesteśmy przeciwko res publicae, przeciwko demokracji, przeciwko władzy ludu". Zawsze mówią - "jesteśmy przeciwko wielkiemu, biurokratycznemu rządowi". Ale to nie rząd zagraża demokracji, tylko wielkie podmioty, które chcą tak naprawdę być poza kontrolą obywateli. Kiedy Amerykanie to odkryją, w większości poprą nas. Liberalizm - ten w znaczeniu europejskim - często dawał wyraz nieufności wobec demokracji w ogóle. Zdaniem Ortegi demokracja sunęła na fali "buntu mas", Mill uważał, że pełna demokracja prowadzi do egalitaryzmu - i rządów przeciętniaków. Hayek twierdził, że demokracja ponosi odpowiedzialność za ideę planowania gospodarki i życia społecznego. Milton Friedman, przestrzegając przed Wielkim Rządem, broni elitaryzmu przed egalitaryzmem - ten pogląd to nic wyjątkowego, na ogół liberałowie europejscy i neoliberałowie uważają, że wolność i demokracja faktycznie tkwią w zwarciu. I że zwycięstwo demokracji musi się odbyć kosztem wolności. Samuel Huntington napisał w połowie lat 70., że USA toczy choroba "nadużywania demokracji". Chodziło mu o angażowanie się państwa w sprawy socjalne, a także wzrost aktywności obywatelskiej! Pod wpływem sukcesu Margaret Thatcher idea odrzucenia "biurokratycznego państwa" wróciła w Ameryce z taką siłą, że nawet Demokraci przyjęli ten punkt widzenia. Główny think tank Clintona, czyli zespół ekspertów wspierających Partię Demokratyczną w walce o zwycięstwo wyborcze, uznał za niewzruszoną prawdę, że duży rząd jest zły, a rynek dobry.

Nie zgadzam się z tym. Jeżeli uznać, za Lockiem, że celem wybieralnych rządów jest przyrost indywidualnej wolności, to oczywiście każde naruszenie zasad wolnego rynku przez zbiorowość jest niedopuszczalne, nawet wspólna presja na instytucje polityczne jest podejrzana. Ale jeśli demokracja jest rządem powszechnym powołanym w imię równości, sprawiedliwości i wolności, to nacisk ogółu na politykę, także gospodarczą, jest dopuszczalny, a właściwie konieczny. Oczywiście, czasem rząd robi za dużo - czyli to, co ludzie mogliby robić sami. Nieraz trzeba zreformować jakąś rządową agencję, odbiurokratyzować rząd. Jednak pogląd, że rząd jest złem, a rynek cnotą i że każda regulacja narzucona rynkowi to utrata wolności, toruje drogę praktyce odbierania władzy obywatelom. Bo rząd jest instrumentem demokracji. A demokracja to system, w którym obywatele wspierają się, by działać razem i mieć wpływ na kształt państwa. Kiedy w trosce o środowisko ograniczamy swobodę podróżowania vanami, dotyka to sfery indywidualnej wolności, ale zatrute powietrze też ogranicza indywidualną wolność. Kiedy regulujemy funkcjonowanie wielkich korporacji, linii lotniczych czy giełdy - robimy to, żeby chronić Amerykanów przed nadużyciami ze strony silnych podmiotów prywatnych. Nie dziwię się, że budzi to opór kontrolowanych. Ale pozbawiając się demokratycznych mechanizmów kontrolnych, ludzie odbierają sobie możliwość decydowania o swoim życiu. W Ameryce atak na rząd jest w rzeczywistości atakiem na demokrację. Widzę w takich nawoływaniach arystokratyczne kręcenie nosem na to, że masy mają rządzić, jeszcze jedną próbę odebrania władzy ludziom i oddania jej "arystokracji".

Popełnia pan ten sam błąd, który przypisano mi w mojej partii. Uważa pan, że skoro popieram silną demokrację, to popieram silny rząd. Ja tymczasem nieustannie powtarzam: siłą władzy demokratycznej jest zaangażowanie obywateli w sprawy publiczne. Demokracja opiera się na aktywności obywatelskiej, nie rządowej, chociaż rząd może odegrać w tej sprawie istotną rolę... Jestem federalistą. Wierzę, że im większy jest udział obywateli w podejmowaniu ważnych decyzji - np. gdy samorządy decydują o kwestiach szkolnictwa, godzinach otwarcia sklepów itd. - tym kraj jest lepiej urządzony. Przyczyną, dla której nie jestem wielkim fanem Francji czy Anglii, jest centralizacja władzy w tych krajach. To słaba demokracja, w której nad wszystkim debatuje potężny, unitarny rząd. Londyn rządzi Anglią, to mi się nie podoba. Trochę lepiej jest w Niemczech, mają tam nieco więcej federalizmu, ale generalnie brakuje w Europie obywatelskiego ducha, dążenia lokalnych społeczności do przejmowania odpowiedzialności za służby publiczne. Pamiętam, jak podczas wizyty na niemieckim uniwersytecie zwróciłem uwagę na pozostawione wokół budynku śmieci, jakieś resztki rusztowań. Zapytałem, czemu wykładowcy i studenci nie skrzykną się i nie posprzątają tego. "Co, my? Der Staat muss das machen..." odpowiadali poirytowani. To nie po amerykańsku. Oczywiście, są liczni Europejczycy (dobry przykład to Polacy!) kochający Amerykę. Pewnie mógłbym być jednym z nich, ale wolę być Amerykaninem, który bardzo lubi i ceni Europę. To od lat powtarzany zarzut, że Amerykanin, jeśli naprawdę interesuje się sztuką, kulturą, filozofią itd., musi mieszkać w Europie, bo w Ameryce przeważa wulgarny smak... Cóż, szczerze mówiąc, filozofia amerykańska jest od dawna żywsza niż europejska, a zainteresowanie kulturą na najwyższym poziomie jest w Ameryce autentyczne. W Europie dzieje się mnóstwo wspaniałych rzeczy, ale kiedy podróżowałem trochę po Chinach, tamtejsza kultura i społeczeństwo także wydawały mi się ze wszech miar godne zainteresowania. Meksyk, borykający się z wieloma ciężkimi problemami, ma fascynujące społeczeństwo. Europa - owszem - ciekawi mnie, ale nie tylko ona. Jestem Amerykaninem do szpiku kości; nie potrafię sobie nawet wyobrazić, że zostaję emigrantem, zmuszonym do życia poza USA.

A wie pan dlaczego? Bo to zdecentralizowana, federalna republika, gdzie władza zeszła w dół. Tak, bardzo lubię Szwajcarię, ale to jednak nie Ameryka. Nie jestem zamknięty na rozwiązania, które mogłyby nam pomóc - tak jak, mam nadzieję, inni są na tyle otwarci, by odwoływać się do naszych rozwiązań.

W lepszych czasach potrafiliśmy uczyć się jedni od drugich - od Niemiec, dajmy na to, moglibyśmy dowiedzieć się, że wspólnota też ma swoje prawa, nie tylko jednostka. We Francji czy w Niemczech widać sporo słabości, ale to wciąż jedne z najpotężniejszych gospodarek świata, czołówka pierwszej ligi. Wiem, że trochę schlebia polskiej dumie myślenie, że Polska jest już od nich ważniejsza. Na spotkaniu, które zorganizował parę lat temu Zbigniew Brzeziński, wasi politycy mówili otwarcie: "Posłuchaj, chcemy być po amerykańskiej stronie, bo Francja i Niemcy są już słabe, niewiele nam mogą dać". Całkiem sprytne, to dobra polityka - ale uwaga: USA wciąż jednak muszą się liczyć z tymi państwami... Czy współpraca Ameryki z Europą będzie trudna? Tak. Czy można jej uniknąć? Nie.

...amerykańskim liberałem - na pewno...

Skończyłem niedawno pisać książkę, w której twierdzę, że konsumpcjonizm podmywa fundamenty naszej demokracji. W życiu społeczeństw demokratycznych muszą być obecne także inne wartości niż tylko poprawianie indywidualnego dobrobytu i ochrona wolności jednostki. Nośnikiem takich wartości jest między innymi religia. To wielki błąd myśleć, że prawica ma być religijna, a lewica - antyreligijna. Lewica popełnia głupstwo, hołdując przekonaniu, że religijność jest sprzeczna z postępowością, że dążenie do sprawiedliwości kłóci się z wiarą religijną. Już Tocqueville pisał, że wolne politycznie społeczeństwo potrzebuje spoiwa. Religia jest właśnie takim spoiwem, potrafi mobilizować ludzi do wspólnego działania. W Ameryce, gdzie wielu ludzi jest religijnych, mamy też wspaniałą tradycję "religii politycznej", opartej na Deklaracji Niepodległości, Konstytucji, posłaniu Martina Luthera Kinga. I ta wiara w demokrację nie kłóci się z wiarą w Boga. Niektórzy amerykańscy socjaldemokraci i komunitarianie, jak Michael Sandel, wierzyli, że odrzucenie religii jest lewicowe, a trwanie przy niej - nieliberalne, konserwatywne. Nonsens. Przyjrzyjmy się Kościołowi katolickiemu w Ameryce Łacińskiej - to potężna wolnościowa siła. A Polska - czyż nie jest wspaniałym przykładem? Hasła wyzwolenia i katolicyzm szły u was często w parze, aż do czasów "Solidarności". Wiele europejskich społeczeństw niesłusznie uwierzyło, że trzeba być niewierzącym, by zostać nowoczesnym, że trzeba być materialistą, by zostać postępowcem. Oświecenie nie było tak zasadnicze w tej kwestii. Rzecz jasna religia w rękach fundamentalistów - islamskich, żydowskich czy chrześcijańskich - jest zła dla demokracji. Ale większość ludzi wierzących nie jest fundamentalistyczna, przynajmniej dopóki nie czuje się zniewolona. Uważam, że religijne skłonności Amerykanów czy Polaków nie są tego typu.

Cóż, jestem sceptyczny wobec działań tej administracji. Z innym rządem Ameryka mogłaby odegrać znaczącą rolę w świecie. W dawnych czasach internacjonalizm był idealistyczny. Dzisiaj jest realistyczny, Ameryka może współdziałać na rzecz demokratyzacji. Jednocześnie uważam, że my, Amerykanie, istotnie mamy swoje przeznaczenie. Mało tego - to nasze przeznaczenie jest też wasze. Jeśli robimy coś źle, wy też ponosicie konsekwencje. Globalne ocieplenie? Nie poradzimy sobie bez Ameryki, która ma 30 proc. udziału w tej "produkcji". Zbrojenia? Palestyna? AIDS? Ochrona praw autorskich i znaków towarowych? Narkotyki? Nie sposób sobie wyobrazić, że dałoby się rozwiązać te problemy bez USA. I nie sposób sobie wyobrazić, by USA potrafiły rozwiązać je w pojedynkę. To dlatego ludzie są zainteresowani tym, co dzieje się w Ameryce - bo Ameryka ma realny wpływ na ich życie. Trzeba nawet śledzić to, co kręcą w Hollywood, bo 85 proc. tego, co ogląda się na świecie, pochodzi właśnie z Hollywood, nawet jeżeli przemysł filmowy w Indiach czy Meksyku też produkuje wiele filmów.

Spójrzmy na nasze największe problemy - to przecież nie al-Kaida, lecz utrata kontroli nad rozpowszechnianiem i lokalizacją broni jądrowej, nad "zaginionymi pociskami", jak o nich mówimy, stanowi źródło największych zagrożeń. Setki pocisków zaginęło gdzieś w Azji. Dorwą się do nich terroryści, wybuchną przypadkowo albo zostaną użyte przez kraje niestosujące się do żadnych reguł. Jeszcze większe zagrożenia dotyczą zdrowia. Choroba zakaźna - grypa czy inne nowe choroby - staje się problemem światowym. W USA właściwie nic się z tym nie robi. Największy problem USA to nawrót do myślenia, że Ameryka poradzi sobie z globalnymi zagrożeniami XXI wieku, stosując środki z XIX wieku. Wzmocnimy suwerenność, uszczelnimy granice, rozbudujemy armię, będziemy pilnie strzec sekretów naszych służb... To już nie działa. Ameryka - pomimo że jest wielkim mocarstwem - jest relatywnie bardzo słaba. Nie rozumiemy, że współpraca ponadpaństwowa, w tym współpraca służb wywiadowczych, stanowi sposób na zapewnienie sobie bezpieczeństwa. USA nie uznają Międzynarodowego Trybunału Karnego, który jest doskonałym narzędziem radzenia sobie z międzynarodowymi terrorystami. Sami porzuciliśmy traktat o rozprzestrzenianiu broni jądrowej. Nie wierzę w jakiś idealny rząd światowy, tylko wskazuję, że nie uznając różnych narzędzi współpracy międzynarodowej, odbieramy sobie możliwość działania w świecie, który składa się wyłącznie z współzależności. Jeśli nie będziemy współpracować, będziemy przegrywać, taka jest prawda. Jeśli Indonezja nie będzie kontrolować epidemii "gorączki krwotocznej", dotrze ona do Ameryki... Tak samo jest z przepływem siły roboczej - rozwiązaniem tego problemu muszą zająć się wspólnie kraje, z których uciekają pracownicy i kraje, do których uciekają. Mówi się o zbudowaniu wielkiego ogrodzenia na granicy z Meksykiem. Tymczasem już dziś jest w USA 11 mln nielegalnych pracowników! Wiara, że można naszą armią i strażą graniczną oddzielić Amerykę od świata, jest anachroniczna. To technicznie niemożliwe i niezgodne z kierunkiem zmian w świecie. Świat staje się coraz bardziej otwarty.

Niewielki kraj może próbować izolacjonizmu; Iran próbuje zbudować własną broń jądrową i potrzebuje izolacji. Wcześniej czy później będzie się musiał liczyć ze światową presją, bo żaden naród nie może spokojnie patrzeć na to, że powstaje kolejne mocarstwo nuklearne o agresywnych zamiarach. Nawet Korea Północna zaczyna ulegać presji chińskiej - Chińczycy na pewno nie chcą wojny koreańskiej, w żadnym jej wariancie. Suwerenność kraju można uratować tylko poprzez współpracę. I dotyczy to każdej sfery - od narkotyków, przez przestępstwa gospodarcze, do imigracji zarobkowej. Historia USA również obejmuje okres izolacjonizmu, przekonania, że jedyna w swoim rodzaju Ameryka powinna pilnować swych spraw... I to zaczyna do nas wracać w postaci poglądu, że powinniśmy walczyć sami. W XX wieku współpraca międzynarodowa była romantyczną utopią. Dziś jest praktycznym realizmem. 50 lat temu demokracja światowa była pomysłem z księżyca. Dziś wydaje się niezbędnym warunkiem bezpieczeństwa.

Demokracja rozwija się na bardzo różnym gruncie i na wiele rożnych sposobów. Dla mnie demokracja to Kodeks Praw Obywatelskich (Bill of Rights), rola Sądu Najwyższego, wolna prasa... W Afganistanie ciekawą formą demokracji jest Loya Jirga (Wielka Rada). To instytucja, w której przedstawiciele różnych plemion i ludów dogadują się, jak żyć w pokoju. Rosyjskie miry, a potem sowiety - zanim przejęli je bolszewicy - były lokalnymi instytucjami demokratycznymi. Można było w nich budować to, co w demokracji najistotniejsze: samorządność. Ludzie muszą dojść do pełnej demokracji na swój własny sposób - wychodząc od własnej tradycji i własnego doświadczenia. Instytucje nie są uniwersalne, uniwersalne jest pragnienie, by powoływać władzę, która słucha się ludzi, władzę, która korzystając ze swoich uprawnień, kieruje się ludzkim dobrem. To ideę demokracji można eksportować. Jeszcze nie spotkałem człowieka, który twierdziłby, że o wiele bardziej odpowiada mu rząd, który dyktuje jemu i jego rodzinie, co robić, niż ten, który liczy się z ich wolą. Nigdy też nie spotkałem się z dobrowolnym niewolnictwem. Demokrację można budować na bazie instytucji religijnych, w oparciu o zasadę laickości, tradycję parlamentarną albo tradycję wiejskich wspólnot - dróg jest i będzie wiele. Powszechne jest dążenie do samorządności, decydowania o sobie, swoich rodzinach.

Jestem nie mniej od niego i od pana przejęty nadużyciami i kryzysami wywołanymi przez demokracje. Bardziej przerażają mnie tylko nadużycia w systemach autorytarnych. Już tyle lat minęło od czasu, kiedy Winston Churchill powiedział, że demokracja jest zła, ale lepsza od wszystkich innych systemów. Możemy być coraz bardziej przekonani o trafności tego spostrzeżenia. Demokracje mają mnóstwo problemów, ale brak demokracji wcale ich nie rozwiązuje. Thomas Jefferson - odwołam się do niego, by pokazać panu, jak bardzo jestem amerykański - powtarzał, że jeśli krytycy demokracji mówią "nie możemy aż tak zaufać sobie, by sami sobą rządzić", to powinniśmy ich zapytać: "a czy możemy tak zaufać obcym?".

Pomyślałem, że Demokraci zaprzepaścili okazję do odważnego i szczerego mówienia do wyborców, do większości Amerykanów. Popierałem Howarda Deana, mówił prawdziwie i zdecydowanie. Wielu ludzi w Partii Demokratycznej wystraszyło się jednak Deana. Woleli Kerry'ego, który nie potrafił jasno zaprezentować wartości bliskich Demokratom, ani nawet przedstawić jasnego planu uporania się z kwestią Iraku. To nie Bush wygrał te wybory, to Demokraci je przegrali.

Nie była emocjonalna, bo uważałem Kerry'ego za nieszczęście dla Ameryki. Jego porażka nie była czymś niespodziewanym. Kampania Kerry'ego była znacznie mniej sugestywna niż kampania Busha, który posługiwał się retoryką strachu i zagrożenia wewnętrznego bezpieczeństwa. To był fundament - strach jest bardzo silnym uczuciem. Strach można było pokonać tylko w jeden sposób: negując jego źródło. Przecież terroryści nie dysponują wielką siłą, właśnie dlatego sięgają po terror! Nie mają armii, samolotów, a nawet poparcia społecznego, jedyne co daje im siłę, to reakcja na ich działalność. Owszem, 11 września był strasznym dramatem i wiele rodzin opłakuje swoich bliskich, którzy zginęli w tym zamachu - jednak to uderzenie nie wpływa na rzeczywiste bezpieczeństwo całego kraju, a pamięć o nim nie musi tak mocno wpływać na politykę wewnętrzną i zagraniczną USA. To wielkie nieszczęście, ale nie pierwsze i nie ostatnie (weźmy chociażby huragan Katrina!), które nas dotknęło, nieszczęście, z którego można się otrząsnąć, nie stawiając całej Ameryki na baczność. Bush tak jednak zrobił. I dostał zgodę na ograniczenie swobód, na blokadę granic, na wojnę. To realizowanie planu Bin Ladena - zastraszenie Amerykanów, tak by czuli się osaczeni. Dwa potężne czynniki - administracja Busha oraz media (w mojej kablówce pojawia się "sygnalizacja alarmowa", bo gdzieś w Ameryce może być zagrożony jakiś supermarket) za pomocą zabawy w "straszenie Amerykanów" starają się przeorać naszą mentalność fałszywym poczuciem grozy. Tymczasem ochrona granic jest zupełnie dziurawa, tysiące kontenerów lądują w cargo i są praktycznie niekontrolowane. Na to skąpimy pieniędzy, ale nie skąpimy na straszenie obywateli. Należało uderzyć w samo serce kampanii Busha oraz kampanii 2002 roku, w wyborach do Kongresu. Nie zrobiono tego.

p

, ur. 1939, amerykański politolog, profesor University of Maryland, doradca Billa Clintona. Jeden z najsłynniejszych analityków sceny międzynarodowej. W swojej myśli nawiązuje do amerykańskich federalistów. Orędownik społeczeństwa obywatelskiego i oddolnych inicjatyw demokratycznych. Autor 17 książek. W Polsce, nakładem wydawnictwa Muza, ukazały się "Dżihad kontra McŚwiat" oraz "Imperium strachu. Wojna, terroryzm i demokracja".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj