Mimo iż administracja prezydenta Busha wzbudza na świecie niechęć lub zgoła nienawiść, pozycja USA na arenie międzynarodowej pozostaje niezagrożona. Amerykański politolog Robert Kagan analizuje sytuację we wszystkich strategicznie istotnych regionach globu i dochodzi do wniosku, że USA - tak jak w poprzedniej dekadzie - są wszędzie głównym rozgrywającym. Kagan przypomina sformułowaną przez Williama Wohlfortha teorię, według której obawa przed powstawaniem mocarstw regionalnych to główny czynnik zapobiegający pojawieniu się innego niż USA mocarstwa globalnego. Jedynym podmiotem wyłączonym spod działania tej zasady mogłaby być zjednoczona Europa, która jednak nie czyni nic, by osiągnąć pozycję rzeczywistego partnera Ameryki. "Gdyby Europejczycy naprawdę obawiali się amerykańskiej potęgi, powzięliby bardziej zdecydowane kroki w celu wzmocnienia siły oddziaływania UE" - pisze Kagan.
p
W obecnej sytuacji międzynarodowej uderza nas fakt, że Ameryka nadal stanowi "nieodzowny naród", jak określił to kiedyś Bill Clinton. Wyniki światowych badań opinii publicznej pokazują, iż USA George'a W. Busha wzbudzają powszechną wrogość, a jednak zachowanie rządów i przywódców politycznych pozwala sądzić, że pozycja Ameryki w świecie zasadniczo nie zmieniła się po wydarzeniach 11 września i wojnie w Iraku.
Wyczekiwana z niecierpliwością globalna mobilizacja, mająca zrównoważyć amerykańską hegemonię - a realiści spodziewają się jej już od ponad 15 lat - po prostu nie nastąpiła. Przeciwnie, w Europie ta koncepcja właściwie nie jest już podnoszona. Budżety obronne w krajach UE stale się zmniejszają, nawet projekt prowadzenia wspólnej polityki zagranicznej i obronnej nie może doczekać się realizacji. Oba trendy wynikają przede wszystkim z wewnętrznej polityki europejskiej. Jednak gdyby Europejczycy naprawdę obawiali się amerykańskiej potęgi, powzięliby bardziej zdecydowane kroki w celu wzmocnienia siły oddziaływania UE i przystopowali USA.
Europejczycy nie wzdragają się też przed współpracą z obecną administracją, której rzekomo nie znoszą. Czasy strategicznego partnerstwa USA z Europą Zachodnią z okresu zimnej wojny skończyły się, bo Europejczycy nie odczuwają już takiego zagrożenia, a zatem nie zabiegają o amerykańską ochronę. Niemniej przeważa tendencja ku ściślejszej kooperacji. Nowy niemiecki rząd, choć wciąż odcina się od amerykańskich działań w Iraku, nie szczędzi wysiłków w dążeniu do poprawy wzajemnych stosunków. Władze niemieckie wychodzą wręcz ze skóry, by wyrazić poparcie dla misji w Afganistanie, co uwidacznia się przede wszystkim w utrzymywaniu tam niewielkiego, ale jak na warunki niemieckie znaczącego, kontyngentu żołnierzy. Niemcy ogłosiły nawet gotowość przeszkolenia irackich żołnierzy. Kanclerz Angela Merkel obiecała bliską współpracę z Waszyngtonem w kwestii embarga na dostawy broni do Chin, wskazując tym samym, że zgadza się z amerykańską tezą, iż Chiny mogą stanowić potencjalne zagrożenie strategiczne. W Europie Środkowej i Wschodniej z rosnącą obawą spogląda się na Rosję, nie Amerykę, a kluczowe pytanie - tak jak w latach 90. - brzmi: kto zostanie zaproszony do członkostwa w NATO?
Z kolei stosunki amerykańsko-japońskie ulegają zacieśnieniu, w miarę jak Japonię coraz większym niepokojem napawają Chiny oraz dysponująca bronią atomową Korea Północna. Podjęte przez Chiny (i Malezję) próby pozbawienia Australii przewodniej roli podczas niedawnego szczytu wschodnioazjatyckiego umocniły Sydney w dążeniach do nawiązania bliższej współpracy z Ameryką. Jedynie Korea Południowa jest nadal bardzo niechętna USA. Taka postawa wynika przede wszystkim ze zrozumiałych w wypadku młodej demokracji resentymentów historycznych i pragnienia większej niezależności. Mimo to, gdy uczestniczyłem niedawno w konferencji w Seulu, południowokoreańscy organizatorzy zadali mojej grupie panelowej pytanie: "Jak USA rozwiążą problem północnokoreańskiej broni atomowej?". Nie ulega bowiem wątpliwości, iż Ameryka nadal ma ogromną przewagę na arenie międzynarodowej. Jej liberalna, demokratyczna ideologia znajduje oddźwięk w świecie, który jeszcze nigdy nie był tak bardzo zdemokratyzowany jak obecnie. Potężna gospodarka USA stanowi koło zamachowe światowego systemu gospodarczego. Te przemożne siły sprawią, iż ostatnie krytykowane działania zostaną szybko zapomniane, podobnie jak miało to miejsce u schyłku amerykańskiej popularności w okresie zimnej wojny, na przełomie późnych lat 60. i wczesnych 70.
Istnieją także strukturalne powody, które pozwalają sądzić, iż Ameryka nadal będzie dla świata niezbędna, mimo złej prasy w ostatnich latach. 10 lat temu politolog William Wohlforth przekonywał, że era jednobiegunowej dominacji Ameryki nie przeminie tak szybko nie ze względu na uwielbienie dla USA, ale wskutek właściwości podstawowej struktury systemu międzynarodowego. Każdy kraj, który chciałby podjąć próbę zrównoważenia wpływu Ameryki, choćby tylko w swoim regionie, musi stanąć przed poważnym problemem. Nim bowiem zdąży wystarczająco urosnąć w siłę, by móc stawić czoło USA, tak przestraszy sąsiadów, że ci zjednoczą się przeciw niemu. Jedynie Europa mogłaby stanowić wyjątek od tej zasady, gdyby zechciała powiększyć swe wpływy, jednak tego nie czyni. Zarówno Rosja, jak i Chiny natykają się na tę barierę, próbując sprawować ściślejszą kontrolę nawet na odwiecznych obszarach swego panowania.
Bez wątpienia nadal w wypadku wielu kryzysów, faktycznych i potencjalnych, lokalni aktorzy i tradycyjni sojusznicy zwracają z nadzieją oczy przede wszystkim na Waszyngton, a nie Pekin, Moskwę czy nawet Brukselę. USA to kluczowy gracz w Cieśninie Tajwańskiej. Ameryka byłaby najważniejszym rozjemcą w razie eskalacji konfliktu między Pakistanem a Indiami. Także w wypadku Iranu wszyscy po obu stronach Atlantyku doskonale wiedzą, że bez względu na starania brytyjskich, francuskich i niemieckich negocjatorów, każde rozwiązanie - zarówno dyplomatyczne, jak i militarne - będzie ostatecznie zależało od Waszyngtonu.
Nawet na Bliskim Wschodzie, gdzie USA są najbardziej znienawidzone, wpływ Ameryki wciąż pozostaje ogromny. Większość jest zdania, że bez USA nie uda się załagodzić konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Promowanie demokracji przez administrację Busha, mimo niezborności i niekonsekwencji jej działań, miało przemożny wpływ na rozwój wydarzeń w Egipcie, Jordanii, Arabii Saudyjskiej i Libanie, nie mówiąc już o Iraku. Wbrew przewidywaniom z okresu wojny w Iraku, wrogość Arabów wobec USA nie uniemożliwiła współpracy z Waszyngtonem ani tamtejszym przywódcom, ani ich politycznym przeciwnikom. Nie oznacza to jednak, że USA nie ucierpiały w istotnym, choć trudnym do uchwycenia aspekcie oceny prawomocności ich działań. Połączenie zmiennej rzeczywistości geopolitycznej, niesprzyjających okoliczności i niezręcznej polityki bez wątpienia odbiło się negatywnie na ocenie Ameryki przez resztę świata. Jednak mimo wszystko pozycja Ameryki w świecie nie uległa aż takiemu pogorszeniu, jak to się powszechnie sądzi. Ameryka nadal "jest jedynym nieodzownym narodem na świecie" - jak to niezwykle skromnie ujął Clinton w 1997 roku. Dość szybko zdoła odzyskać skuteczne przywództwo na arenie międzynarodowej, może nawet za rządów obecnego prezydenta, a najdalej po wyborach w 2008 roku, bez względu na to, która partia zwycięży.
To dobrze, bo w obliczu rosnących zagrożeń na całym świecie, inteligentne i efektywne sprawowanie władzy przez tego łagodnego hegemona jest nam teraz wyjątkowo potrzebne.
p
(ur. 1958), neokonserwatysta, ekspert w Carnegie Endowment for International Peace oraz w German Marshall Fund. Autor bestselleru "Potęga i raj. Ameryka i Europa w nowym porządku świata" (2003). W czasie prezydentury Ronalda Reagana pracował w Departamencie Stanu. Publikuje w "The New Republic", "Washington Post" i "Weekly Standard". Mieszka w Brukseli.