Dziennik Gazeta Prawana logo

Największe wyzwanie przyjdzie z wewnątrz

5 listopada 2007, 12:15
Ten tekst przeczytasz w 14 minut

Francis Fukuyama podsumowuje pięć lat polityki zagranicznej George'a W. Busha. Przekonuje, że niewiele z działań obecnej administracji było uwarunkowanych wewnętrzną sytuacją polityczną USA. Po atakach terrorystycznych we wrześniu 2001 roku Amerykanie obdarzyli prezydenta dużym zaufaniem, które ten - zdaniem Fukuyamy - roztrwonił, wybierając arogancki sposób postępowania w kontaktach z sojusznikami i podejmując mało przemyślaną decyzję o ataku na Irak. Skłoniło to zachodnią Europę do podjęcia prób "łagodnego równoważenia" światowej pozycji USA, doprowadziło do wzrostu nastrojów antyamerykańskich na świecie oraz - w samych USA - do dominacji dyskursu neokonserwatywnego w debacie o polityce zagranicznej.

p

Niewiele ze zdarzeń, które miały miejsce w amerykańskiej polityce zagranicznej po 11 września, wynikało z wewnętrznych nacisków lub ograniczeń, nie mówiąc już o amerykańskiej kulturze politycznej. Wyjątkowe okoliczności zamachów na WTC i Pentagon dały prezydentowi Bushowi dużą swobodę działania. Bezpośrednio po atakach Amerykanie czuli gniew i wielkie zdziwienie, że ktokolwiek mógł chcieć wyrządzić im tak ogromną krzywdę. Odczuwali też niespodziewaną dumę narodową wyrażaną przez miliony amerykańskich flag, które pojawiły się nawet w Nowym Jorku, centrum postępowej Ameryki. Kraj dałby się poprowadzić w dowolnym kierunku i był skłonny zaakceptować znaczące ryzyko. W zamian chciał skutecznego przywództwa, jakie zresztą otrzymał w czasie wojny afgańskiej i upadku talibów.

Administracja Busha wykorzystała tak zgromadzony kredyt zaufania do rozwiązania problemu, który tylko pośrednio związany był z zagrożeniem stwarzanym przez al-Kaidę. W wyniku operacji irackiej polityka zagraniczna znów stała się częścią polityki partyjnej i przedmiotem zażartych dyskusji. Doprowadziła także do alienacji większości bliskich sprzymierzeńców Ameryki, którzy od tamtej pory zajęci są "łagodnym równoważeniem" jej wpływów.

Administracja Busha mogła pójść w innym kierunku. Mogła stworzyć sojusz liberalnych demokracji walczący z nieliberalnymi prądami płynącymi z Bliskiego Wschodu. Mogła odnowić sankcje gospodarcze i zmusić Irak do przyjęcia inspektorów zbrojeniowych, nie rozpoczynając wojny. Mogła podjąć próbę stworzenia nowego międzynarodowego mechanizmu zapobiegającego rozprzestrzenianiu broni masowego rażenia. Amerykańska opinia publiczna nie domagała się po upadku talibów żadnego konkretnego działania, a w szczególności długiej i kosztownej wojny. Nie pojawia się tu żadna dyplomatyczna wersja predestynacji: administracja Busha miała wolny wybór, a teraz wszyscy ponosimy jego konsekwencje.

Wśród tych konsekwencji jest nie tylko łagodne równoważenie siły USA, lecz również znaczny wzrost światowego antyamerykanizmu. Istnieje dziś wiele jego strukturalnych powodów; większość wiąże się z rozmiarami i zasięgiem amerykańskiej potęgi. Kiwnięciem palca USA mogą obalić rząd odległy od nich o 12 tys. km, podczas gdy nie-Amerykanie nie są w stanie im się odwzajemnić.

Temu resentymentowi musiałby stawić czoło każdy prezydent, bez względu na afiliację partyjną. Administracja Busha pogorszyła jednak sprawę serią stylistycznych i dyplomatycznych pomyłek, których tak doświadczony w sprawach zagranicznych zespół mógł uniknąć.

Weźmy jeden przykład. Protokół z Kioto ograniczający emisję gazów cieplarnianych został bez wątpienia źle napisany. Jeśli problem, który miał rozwiązać, byłby tak poważny, jak twierdzą jego rzecznicy, protokół by nas nie uratował. Clinton podpisał ten traktat, lecz wiedział, że Senat go nie ratyfikuje i nie poddał go pod głosowanie. Administracja Busha mogła zrobić dokładnie to samo. Zamiast tego zupełnie zaskoczyła sojuszników w marcu 2001 roku, ogłaszając jednostronne wycofanie się z porozumienia. O tej zmianie polityki wspomniano na spotkaniu NATO bez wyjaśnień, dlaczego do niej doszło i bez propozycji rozwiązania, które mogłoby zastąpić porzucany protokół.

Przebywałem w tym czasie w Berlinie z odczytem w założonej przez niemieckich chadeków Fundacji Konrada Adenauera, ostoi NATO w czasie zimnej wojny. Moi gospodarze co do jednego byli wściekli na Busha, uważając, że chciał narzucić wielkie koszty reszcie świata tylko dlatego, iż siedział w kieszeni przemysłu węglowego. Nie potrafiłem wyjaśnić im, że wielu moich konserwatywnych przyjaciół uważało teorię efektu cieplarnianego za oszustwo i w dodatku było przekonanych, że Europejczycy wiedzieli o tych wątpliwościach, promując protokół z Kioto jako metodę podważenia amerykańskiej konkurencyjności. Szkoda, jaką administracja Busha wyrządziła samej sobie - na cztery miesiące przed 11 września - była równie wielka, jak niepotrzebna. To, jak wiele krwi zepsuła, okazało się dopiero dwa lata później, podczas wojny irackiej.

Wolna wola administracji Busha nie była zbytnio ograniczona także przez względy wewnętrznej amerykańskiej polityki. Wiele mówiono zarówno o pojawieniu się tzw. "czerwonej" Ameryki rzekomo stanowiącej bazę dla egocentrycznej polityki zagranicznej Busha, jak również o rosnącej liczbie konserwatywnych chrześcijan, którzy podobno kontrolują działania prezydenta na arenie międzynarodowej. Uważam, że jeśli chodzi o społeczne zaplecze polityki, zmiana nie była tak znacząca, jak się powszechnie sądzi. Odsetek ludzi deklarujących wiarę w Boga lub regularnie chodzących do kościoła był w USA zawsze wysoki w porównianiu do innych rozwiniętych krajów, a w ostatnich latach wzrósł tylko marginalnie. Zmienił się natomiast sposób, w jaki system polityczny reprezentuje te siły.

Do wczesnych lat 70. zarówno Partia Demokratyczna, jak i Republikańska były dość zróżnicowane i musiały przemawiać do szerokich rzesz wyborców. Koalicja New Dealu, jaką Franklin Delano Roosevelt pozostawił Demokratom, obejmowała związkowców, katolików, intelektualistów, Murzynów i wielu zwolenników segregacji z Południa, takich jak młody Strom Thurmond. Tak samo Republikanie byli koalicją społecznych i religijnych konserwatystów, libertarian, biznesmenów i "republikanów Rockefellera" o dość wysokim statusie społecznym. Wewnętrzne zróżnicowanie obydwu partii skłaniało je do skupiania się na politycznym centrum w czasie kampanii wyborczej.

W latach 70. w Izbie Reprezentantów nastąpiła zmiana, gdy sądy rozpoczęły wdrażanie Prawa o Głosowaniu poprzez zmianę granic okręgów wyborczych, tak by powstały obszary z wyraźną większością murzyńską.

Udało się w ten sposób zwiększyć liczbę deputowanych Afroamerykanów, lecz poniewczasie okazało się, że z każdym "czarnym" okręgiem tworzono jeden o zdecydowanej białej i konserwatywnej większości.

Tam, gdzie zmiana granic okręgów wyborczych nie była nakazywana przez sądy, dokonywały jej stanowe legislatywy, ze spodziewanym rezultatem - urzędujący deputowani utrzymali korzystne dla siebie reguły. Skutek jest taki, że w bardzo dużej części okręgów wyborczych, które stały się ideologicznie jednolite, zniknęła jakakolwiek polityczna konkurencja. Startujący w nich kandydaci mają mało powodów, by przekonywać wyborców myślących inaczej niż ich własny twardy elektorat.

Zmiana granic okręgów wyborczych wzmacnia więc - zamiast osłabiać - podziały ideologiczne i tłumaczy, dlaczego debaty w Izbie są bardziej brutalne niż w Senacie, gdzie granice okręgów wyznacza konstytucja. To właśnie dlatego wiele ustaw w rodzaju zakazu klonowania czy sankcji gospodarczych powstaje w Izbie Reprezentantów i jest obalanych w Senacie.

Izba wyższa również doświadczyła polaryzacji, lecz senatorowie i tak muszą być atrakcyjni dla o wiele różnorodniejszej publiczności niż kongresmeni.

Obydwie partie stały się także bardziej ideowo homogeniczne. Przewidywania Lyndona Johnsona, że przeforsowanie przez jego administrację ustaw o prawach obywatelskich i o głosowaniu doprowadzi do utraty Południa przez demokratów, po 40 latach ciągle są trafne. Po każdych kolejnych wyborach liczba Demokratów z Południa jest coraz mniejsza. Równocześnie "republikanie Rockefellera" zostali wypchnięci z własnej partii, mimo iż ciągle są silni w stanach takich jak Nowy Jork lub Kalifornia. Ponieważ obydwie partie są dziś o wiele bardziej spójne ideologicznie niż jeszcze 30 lat temu, zdobycie władzy w którejkolwiek z nich w mniejszym stopniu wymaga budowy koalicji, a w większym - schlebiania twardym zwolennikom. Strategie opierające się na mobilizacji bazy partii zamiast na przekonywaniu centrum - tak jak w wyborach prezydenckich 2004 - są dowodami tych zmian w naturze reprezentacji i wyjaśniają widoczny podział Ameryki na "błękitne" i "czerwone" stany.

Mimo wszystko, jeśli chodzi o politykę zagraniczną, poparcie dla Busha jest dość zróżnicowane. Wewnątrz Partii Republikańskiej administracja uzyskała poparcie dla wojny w Iraku i innych kontrowersyjnych działań od neokonserwatystów (którzy nie mają własnej bazy politycznej, lecz dostarczają znaczącą ilość intelektualnej amunicji) i tych, których Walter Russel Mead nazywa "jacksonowską" Ameryką - nacjonalistów instynktownie dążących do izolacjonizmu. Na uboczu znaleźli się internacjonalistyczni republikanie typu Brenta Scowcrofta, których było dużo w administracji Busha seniora.

Reszty dokonał zbieg okoliczności. Niezdolność odnalezienia w Iraku broni masowego rażenia i wątpliwe powiązania Husajna z al-Kaidą sprawiły, że w drugim przemówieniu inauguracyjnym prezydent mógł do obrony wojny użyć jedynie tych argumentów, których dostarczyli mu neokonserwatyści. Atak na Irak okazał się więc częścią idealistycznej polityki przebudowy szeroko rozumianego Bliskiego Wschodu. Jacksoniści, do których należy większość żołnierzy służących i ginących w Iraku, mają mało zrozumienia dla takiej polityki. Bardziej przemawia do nich to, co George W. Bush mówił podczas kampanii wyborczej w roku 2000: "Nie uważam, że nasze wojsko powinno być używane do budowy państw. Myślę, że nasze wojsko powinno być używane do prowadzenia i wygrywania wojen". Jeśli ta znacząca grupa republikanów zacznie postrzegać wojnę jako polityczną porażkę, w przyszłości będzie jeszcze mniej poparcia dla ekspansywnej polityki zagranicznej promującej demokrację, której prezydent bronił w przemówieniu inauguracyjnym w styczniu 2005 roku.

Sytuacja, jaką otrzyma w spadku następny prezydent w roku 2009, będzie zatem zależeć w dużym stopniu od tego, co stanie się w Iraku. Moje przewidywania w tej kwestii pozostają w zasadzie niezmienione od początku wojny. USA mogą kontrolować sytuację w Iraku tak długo, jak będą tam obecne amerykańskie siły zbrojne. Żadna liczba zamachowców-samobójców nie może obalić obecnego rządu i nie zanosi się na nowe Dien Bien Phu. Z drugiej strony, amerykańska chęć utrzymywania sił potrzebnych do kontrolowania sytuacji jest ograniczona. Składająca się z samych ochotników armia nigdy nie była przygotowana do zwalczania długotrwałej rebelii, a w przyszłym roku zarówno siły lądowe, jak i piechota morska staną wobec poważnych problemów kadrowych i motywacyjnych. O ile poparcie dla pozostania w Iraku będzie nadal wysokie, pojawią się poważne powody, dla których USA zechcą ograniczyć zaangażowane siły.

Jeśli USA zostaną zmuszone do przedwczesnego wycofania wojsk, chaos w Iraku się powiększy. Wywoła to prawdopodobnie serię nieszczęśliwych zdarzeń, które - po pierwsze - zaszkodzą amerykańskiej wiarygodności, a po drugie - sprawią, że amerykańskie siły ugrzęzną na Bliskim Wschodzie, co uniemożliwi aktywność w innych ważnych regionach. W bardziej optymistycznym scenariuszu nowy iracki rząd okaże się silny i spójny, a USA będą mogły bezpiecznie rozpocząć wycofywanie, narażając się jednakże na zarzut braku zainteresowania innymi kluczowymi częściami świata.

Najważniejszą z nich jest Azja Wschodnia. Chiny rosną w siłę, zarówno "twardą", jak i "miękką". Między nimi a Południową Koreą i Japonią dał się zaobserwować powrót do antagonistycznych nacjonalizmów. We wszystkich trzech krajach młodzi ludzie są bardziej nacjonalistycznie nastawieni i mniej skłonni do przebaczenia historycznych krzywd niż ich rodzice. Dość paradoksalnie, azjatycki multilateralizm tworzy się bez udziału USA - w formie spotkań ASEAN plus Trzy oraz Szczyt Azji Wschodniej, podczas gdy stare dwustronne więzi w rodzaju sojuszu między Seulem a Waszyngtonem zanikają. Cały region potrzebuje nowej struktury instytucjonalnej, zdolnej zrównoważyć i powstrzymać rosnącą siłę Chin. Można tego dokonać tylko z udziałem USA.

Drugim ważnym i zapomnianym regionem jest Ameryka Łacińska. Wenezuela pod rządami Hugo Chaveza, wysyłając pomoc i idee do odległych miejsc w regionie, staje się nową Kubą, bardziej niebezpieczną ze względu na zasoby ropy naftowej. Doktryna Chaveza opiera się na tych samych destrukcyjnych pomysłach, które szkodzą innym krajom andyjskim. Mimo iż Wenezuela, Ekwador, Boliwia i Peru to formalnie demokracje, ich społeczeństwa są bardzo rozwarstwione, a elity - skorumpowane i oderwane od rzeczywistości. Meksyk i południe kontynentu znajdują się w o wiele lepszym położeniu, lecz same nie zdołają powstrzymać andyjskiej zarazy. Tak jak we Wschodniej Azji, również w tym regionie amerykańska siła i uwaga są potrzebne.

Na dłuższą metę największe wyzwanie dla liberalnych demokracji nie nadejdzie z zewnątrz w formie międzynarodowego terroryzmu lub powrotu do rywalizacji mocarstw, lecz z wewnątrz. Wyniknie z problemów ze zintegrowaniem kulturowo różnorodnych grup ze spójną narodową wspólnotą polityczną. Pod tym względem jestem o wiele większym optymistą, jeśli chodzi o Amerykę niż o Europę. Strach przed imigracją już pomógł wykoleić europejską konstytucję, a przemoc, jakiej dopuszczają się niezasymilowani muzułmanie w Holandii, Francji i Wielkiej Brytanii, stanowi bombę zegarową, której polityczne elity tych krajów mogą nie zdążyć rozbroić. Jedynym rozwiązaniem jest stworzenie poczucia wspólnoty narodowej, które nie byłoby wyłączające jak XIX-wieczne idee krwi i ziemi, a z drugiej strony - gęstsze niż ogólne pojęcie europejskości. USA coś takiego się udało. "E pluribus unum" nie jest sloganem, lecz opisem społecznej rzeczywistości.

Ten stan nie może być jednak uznany za pewny i trwały. Tożsamość nie jest po prostu dana - musi być aktywnie tworzona przez wspólnotę. Wiele będzie zależeć od tego, czy następny prezydent zrozumie tę prawdę, gdy administracja Busha przejdzie do historii.

p

, ur. 1952, amerykański filozof, ekonomista, politolog, były wicedyrektor Zespołu Planowania Politycznego Departamentu Stanu USA, obecnie profesor George Mason University w Waszyngtonie, członek zespołu konsultantów korporacji RAND. Sławę przyniósł mu esej "Koniec historii", opublikowany w 1989. W Polsce ukazały się jego "Koniec historii i ostatni człowiek", "Zaufanie. Kapitał społeczny a droga do dobrobytu", a ostatnio "Koniec człowieka. Konsekwencje rewolucji biotechnologicznej". W "Europie" nr 3 z 21 kwietnia 2004 roku zamieściliśmy wywiad z Fukuyamą "Europejczycy mają rację w teorii, Ameryka - w praktyce".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj