Od kilku lat obserwujemy kolejne akty ideowej ewolucji Jürgena Habermasa. Ich podłożem jest nagle uświadomiona siła religii. Zarówno moc islamu, odkryta w wewnętrznej polityce europejskich państw i w jego gigantycznym wpływie na losy świata, jak też normatywna siła chrześcijaństwa, którą Habermas uznał pod wpływem swych ostatnich zainteresowań moralnymi aspektami postępu w medycynie. Pod wpływem tych doświadczeń guru europejskiej lewicy i bodaj najbardziej prominentny reprezentant oświecenia na nowo ustala podstawowe parametry swojej pozycji.
Publikowany dziś w "Europie" tekst pokazuje, że zmiany idą szeroko. Jeśli chodzi o politykę, Habermas przyswoił główny trop krytyków liberalizmu - rozpoznanie zasadniczej asymetrii otwartości na rację innych w obrębie obywateli liberalnej demokracji. Otóż jej religijni mieszkańcy wykazują znacznie większą otwartość. Bo to oni nieustannie ćwiczą na sobie rezygnację z części swych silnych przekonań na rzecz budowania wspólnoty. Natomiast druga strona żyje w komforcie tożsamości ich poglądów z oficjalną linią państwa i prawa.
Habermas zarzuca stronie świeckiej brak realnego szacunku do poglądów strony przeciwnej. Bo ta akceptuje jedynie zewnętrzne wymiary religijności, bez uznania - uwaga! - racjonalności ożywiających religię racji. Polityczny postulat przechodzi więc w filozoficzny: niereligijni obywatele mają uznać, że "wielkie religie światowe mogą wnieść rozumne intuicje".
Proponowany przez Habermasa postmetafizyczny kompromis nie jest konwersją, to nie jest droga, którą poszedł Kołakowski, zawracając do przedoświeceniowej myśli religijnej. Habermas chce utrzymać prymat oświecenia, ale na warunkach, w których zarówno ono samo, jak i myślenie religijne traktowane są jako przezwyciężone już kształty. Taka formuła ma ochronić świeckość państwa, a zarazem zachować religię jako jedyny wpływowy język, który potrafi ludzkiemu istnieniu nadać nietrywialne znaczenia. Z punktu widzenia sławnej debaty Habermas-Ratzinger ten pierwszy idzie zatem na coraz dalej idący kompromis.