Dziennik Gazeta Prawana logo

Błędy imperialnej hybris

5 listopada 2007, 12:16
Ten tekst przeczytasz w 24 minuty

Niall Ferguson, autor książki "Colossus: The Rise and Fall of the American Empire", podejmuje temat znaczenia cnót w życiu publicznym. Koncentruje się na skromności i ubolewa, że obecna amerykańska administracja nie charakteryzuje się tą cechą. Cytowana przez niego wypowiedź anonimowego współpracownika prezydenta Busha: "Jesteśmy teraz imperialną potęgą, podmiotem historii, a wam wszystkim pozostaje analizowanie tego, co robimy" - świadczy o pysze władców Ameryki. Ferguson przypomina, że starożytni Grecy wierzyli, iż pycha - zwana przez nich hybris - ściąga na tych, którzy jej ulegną, zemstę nieubłaganej bogini Nemezis. Sugeruje sposób, w jaki USA mogą zmienić swoje postępowanie i uniknąć kary. Postuluje politykę nie tyle bardziej multilateralną, co bardziej wrażliwą na odczucia i emocje innych.

p

Winston Churchill powiedział o Clemencie Attlee, swoim laburzystowskim przeciwniku, że jest bardzo skromnym człowiekiem. "I ma powody być skromnym", dodawał. On sam był wcieleniem braku skromności. "W życiu bardziej skupiam się na wyrażaniu niż deprecjonowaniu siebie", powiedział kiedyś. Inny charakterystyczny cytat z Churchilla: "Wszyscy jesteśmy robakami, ale ja mam się za robaczka świętojańskiego". Należy oczywiście dostrzegać ironiczny ton tych uwag. Churchill w pewnym stopniu żartował z siebie. Ale żartował z tej właśnie cechy charakteru, która współczesnym mu ludziom najbardziej się z nim kojarzyła: nieposkromionej, nadludzkiej pewności siebie. Gdyby zadano pytanie, kto był wybitniejszym premierem: Churchill czy Attlee, większość z nas bez wahania wybrałaby Churchilla. Czy to jednak oznacza, że skromność jest cechą niepożądaną u przywódcy albo u osoby, która chce zrobić coś dla świata? Ujmijmy sprawę ogólniej: czy naród powinien odrzucić skromność na rzecz świecenia jak Churchill? Zależy, co rozumiemy przez skromność.

O skromności czytamy w Biblii. W przekładzie genewskim św. Paweł mówi starszym Kościoła z Efezu (Dzieje apostolskie 20, 19), że podczas pobytu w Azji "służył Panu z całą skromnością", choć współcześni tłumacze wolą w tym miejscu "wielką pokorę". Słownik Oksfordzki tak definiuje skromność: "Cecha bycia bezpretensjonalnym lub posiadania umiarkowanej opinii o sobie; umiar lub powściągliwość wynikające z braku przesady w ocenie swoich cech i zdolności; brak bezczelności, ostentacji, arogancji i pychy".

Rzecz jasna, słowo to ma również inne znaczenia. W "Book Named the Gouernor" (1531) polityczny teoretyk epoki Tudorów sir Thomas Elyot zdefiniował skromność, "modestie", jako "wiedzę o tym, co można uczynić lub rzec w odpowiednim i właściwym miejscu i czasie", starannie odróżniając ją przy tym od ostrożności. Edmund Burke i Edward Gibbon posługiwali się tym wyrazem na oznaczenie powściągliwości rządzącego w wykorzystywaniu swojej władzy.

W czasach przednowoczesnych słowo "skromność" było używane częściej jako określenie pewnej cnoty, szczególnie cenionej u kobiet. Skromna kobieta zakrywała ciało, przebywając w miejscach publicznych, unikała wulgarnego czy rubasznego języka i kraśniała, gdy ktoś zachowywał się w jej towarzystwie nieskromnie. (Męskim odpowiednikiem tak rozumianej skromności - według pewnego XVIII-wiecznego autora - była prawość).

Możemy z całą pewnością powiedzieć, że skromność w tym ostatnim znaczeniu "obyczajności" nie jest cechą dzisiejszych USA. Przeciwnie: jak niestrudzenie przypominają islamscy fundamentaliści, przypuszczalnie nigdy nie było bardziej nieobyczajnego społeczeństwa. Nawet ja - mimo względnie liberalnego zachodnioeuropejskiego wychowania - jestem niekiedy zszokowany tym, ile nagiego ciała pokazuje się publicznie w przeciętnym amerykańskim wielkim mieście. Nie zawsze ma to charakter pornograficzny. Wielu Amerykanów uprawia jogging czy gimnastykuje się w stanie bliskim nagości - jest to ów niewinny brak skromności, o którym mówili wiktorianie na widok skąpo odzianych mieszkańców Afryki.

Co pomyślałby wiktoriański podróżnik, gdyby w letni dzień trafił do Central Parku? Doszedłby do wniosku, że Ameryka Północna powróciła do stanu "dzikości", z którego wyrosła. Jeszcze w latach 80. ubiegłego wieku biurka w niektórych nowojorskich biurach były wyposażone w "deski skromności" zasłaniające nogi pracowników płci żeńskiej. W latach 90., gdy do łask wróciły minispódniczki i pewien business manager w "Times-World" nakazał ponownie zainstalować "deski skromności", media uznały tę sprawę za godną nagłośnienia.

Nieobyczajność Amerykanów nie jest kwestią trywialną. Nie zdajemy sobie sprawy, do jakiego stopnia publiczna nagość, erotyczna bądź nie, szokuje ludzi wychowanych w autentycznie skromnych społeczeństwach, zwłaszcza w świecie arabskim, i deprecjonuje Amerykę w ich oczach.

A co z drugim rodzajem skromności, czyli "brakiem przesady w ocenie swoich cech i zdolności", powściągliwością uważaną przez niektórych teoretyków polityki (choć nie przez Churchilla) za pożądany przymiot władcy?

Może się to wydać zaskakujące, ale prezydent George W. Bush wymienił skromność wśród cech określających politykę zagraniczną, którą zamierzał prowadzić. Ściśle biorąc, w jednej z debat telewizyjnych z Alem Gore'em mówił nie o skromności, lecz o pokorze. "Nasze państwo jest największą potęgą świata - oznajmił Bush - i dlatego musimy być pokorni, ale jednocześnie wykorzystywać naszą siłę do promowania wolności". Jednak w mniej znanym przemówieniu, wygłoszonym kilka miesięcy po złożeniu przysięgi prezydenckiej, Bush przedstawił tę koncepcję znacznie bardziej szczegółowo i tym razem słowo "skromność" pojawiło się.

Okazją było wodowanie USS "Ronald Reagan" 4 marca 2001 roku. Przemówienie Busha warto przypomnieć, zwłaszcza w kontekście tego wszystkiego, co wydarzyło się później. "Ameryka z natury stoi po stronie wolności - zadeklarował Bush. - Nie możemy zapominać, że jest dla nas korzystne, gdy obszar wolności ulega poszerzeniu. Będziemy więc wspierali narody zmierzające ku wolności. I przeciwstawimy się państwom, które ograniczają wolność i zagrażają naszym sprzymierzeńcom lub naszym żywotnym interesom. I będziemy z całym naciskiem podkreślali, że przyszłość należy do ludzi wolnych". Stosownie do okoliczności prezydent wspominał o tym, czego nauczyła go prezydentura Ronalda Reagana. "Prezydent Reagan rozumiał, że (...) pewność siebie nie może być arogancją. Reagan pielęgnował wprawdzie swój wizerunek kowboja, ale Ameryka nie była wobec świata narwanym rewolwerowcem". Potem następuje najważniejszy fragment przemówienia: "Nasz naród bardzo ceni sobie wolność, ale nie jest ona naszą własnością. Wolność to przyrodzone prawo każdego Amerykanina, ale także nadzieja człowieka wierzącego w Południowym Sudanie, irackiego rolnika w dolinie Tygresu (sic!) czy dziecka, które urodziło się dziś w Chinach. Pomagamy spełnić tę nadzieję nie przez udzielanie światu nauk, lecz przewodzenie mu. Właśnie dlatego, że Ameryka jest potęgą, musimy uważać, jak wykorzystujemy swoją siłę i wpływy. Naszym celem jest cierpliwe budowanie dynamiki wolności, a nie podsycanie wrogości do Ameryki. Dążymy do realizacji naszych celów; będziemy wsłuchiwali się w głos innych; chcemy mieć silnych przyjaciół, którzy się do nas przyłączą, a nie słabych partnerów, których zdominujemy. W naszych stosunkach z innymi państwami damy świadectwo skromności płynącej z prawdziwej siły i wiary w siebie". W tych fragmentach uderzają trzy kwestie.

Po pierwsze, konsekwencja prezydenta, jeśli chodzi o podstawowy cel jego polityki zagranicznej. Już przed zamachami z 11 września, które wydarzyły się pół roku później, Bush głosił ideę szerzenia wolności na świecie. Już od momentu przekroczenia progu Białego Domu pragnął budować "dynamikę wolności".

Po drugie, zaskakuje dobór przykładów: "człowiek wierzący w Południowym Sudanie, iracki rolnik w dolinie Tygresu, dziecko, które urodziło się dziś w Chinach". Kto przekręcił nazwę rzeki? Nie to jest tak naprawdę ważne. Bardziej od tego humoru zeszytów szkolnych zdumiewa fakt, że błąd ten wciąż straszy na stronie internetowej Białego Domu. Jako osoba, która od początku obawiała się, że niektórzy przedstawiciele administracji Busha wykazują niebezpieczną niewiedzę na temat kraju, który zamierzają zaatakować, mogę tylko powiedzieć: quod erat demonstrandum.

Pozostaje trzecia kwestia: prezydent podkreślał potrzebę dawania świadectwa skromności w "stosunkach z innymi państwami". Skromność była tu tym bardziej wskazana, że jego podwładni nie potrafili poprawnie napisać nazwy jednej z dwóch wielkich rzek, które zrodziły starożytną cywilizację Mezopotamii. Ale gdzie się podziała ta skromność?

W artykule dla "New York Times Magazine", opublikowanym krótko po ostatnich wyborach prezydenckich, dziennikarz Ron Suskind zrelacjonował swoją rozmowę z "wysoko postawionym doradcą Busha". Można było się zaniepokoić: "Doradca powiedział, że tacy ludzie jak ja stanowią, >>jak my to nazywamy, wspólnotę wierzących w rzeczywistość<<, którą zdefiniował jako grono ludzi >>uważających, że rozwiązania wyłaniają się z rzetelnej analizy dostrzegalnej rzeczywistości<<. Skinąłem głową, przebąkując coś o zasadach oświeceniowych i empiryzmie. Przerwał mi. >>Świat już tak nie funkcjonuje. Jesteśmy teraz imperialną potęgą i działając, stwarzamy własną rzeczywistość. I gdy wy będziecie rzetelnie analizowali tę rzeczywistość, my znów podejmiemy działania, tworząc nowe rzeczywistości, które również będziecie mogli analizować. My jesteśmy podmiotem historii, a wam wszystkim pozostaje analizowanie tego, co robimy<<".

Z wypowiedzi tej z pewnością nie przebija skromność, którą szef tego człowieka zalecał kilka lat wcześniej. Sugeruje ona raczej cechę nazywaną przez Greków "hybris". Filologom klasycznym nie trzeba przypominać, że ci, którzy jej ulegną, zostaną porażeni przez nieubłaganą boginię Nemezis.

Jeśli spojrzymy wstecz, bez problemu zrozumiemy, dlaczego co najmniej jeden z doradców prezydenckich padł ofiarą hybris. Podejrzewam, że wiąże się to z rzekomo niezwyciężoną siłą amerykańskiego arsenału zbrojnego. Powróćmy jeszcze do pochylni, z której wodowany był "Ronald Reagan". "Szerzenie wolności - powiedział Bush swoim słuchaczom - opiera się na amerykańskiej sile. Musimy mieć siły zbrojne, które przewyższają wszystkie inne, w tym także marynarkę wojenną, która przewyższa wszystkie inne". Nowe rozwiązania techniczne na pokładzie "Ronalda Reagana" reprezentowały "przyszłość naszej armii, nie tylko marynarki wojennej, ale wszystkich rodzajów wojsk.

To przyszłość, w której rewolucja techniczna zmieni oblicze wojny. Będziemy strzegli pokoju, na nowo definiując warunki wojny".

Z poczucia militarnej dominacji - czyli przekonania, że często wzmiankowana "rewolucja w dziedzinie wojskowości" jest naszą domeną - w dużym stopniu zrodził się brak skromności, który moim zdaniem charakteryzował planowanie wojny w Iraku. Prognoza, że wojsko amerykańskie rozbije irackie szańce w proch i pył za pomocą taktyki "szok i przerażenie" oczywiście się sprawdziła, ale oczekiwanie, iż żołnierze amerykańscy zostaną przywitani jako wyzwoliciele przez wystrojone w girlandy tłumy, było czystą fantazją opartą na zatwardziałej ignorancji historycznej.

Jak wiadomo, za intelektualne uzasadnienie inwazji na Irak nie posłużyła prezydencka wizja świata, w którym dzięki przykładowi i zbrojnej potędze Ameryki zapanuje wolność. Posłużono się konwencjonalnym argumentem bezpieczeństwa narodowego. W dokumencie "Strategia Bezpieczeństwa Narodowego Stanów Zjednoczonych" opublikowanym przez Biały Dom we wrześniu 2002 roku administracja przedstawia zdyskredytowane później przesłanki wojny prewencyjnej. Dowodzi się tam, że ponieważ "broń masowego rażenia w rękach siatki terrorystycznej lub bestialskiego dyktatora (...) stanowi najpoważniejsze z możliwych do wyobrażenia zagrożeń", prezydent jako zwierzchnik sił zbrojnych powinien skorzystać z prawa do podjęcia prewencyjnych działań, które odsunęłyby takie zagrożenie, nawet jeśli nie miałoby ono charakteru bezpośredniego w sensie ciągnących ku granicom państwa wojsk. "Kierując się zdrowym rozsądkiem i względami bezpieczeństwa państwa - stwierdza się w dokumencie - USA będą neutralizowały rodzące się zagrożenia, nim jeszcze w pełni się wykrystalizują".

W książce "Colossus: The Rise and Fall of the American Empire" dowodziłem, że owa tzw. doktryna Busha była mniej radykalna i mniej oryginalna, niż utrzymywało wielu jej krytyków. Teza, iż działania prewencyjne mogą być uzasadnione w obliczu śmiertelnego zagrożenia, nie była ani rewolucyjna, ani nowa. W czasach zimnej wojny głosił ją niejeden prezydent. Wszyscy uważali ją za oczywistą. Radykalność doktryny Busha polegała na sposobie jej zastosowania w praktyce. I właśnie tu miejsce skromności zajęła hybris.

Jeszcze przed inwazją na Irak stało się jasne, że Biały Dom zamierza posłużyć się doktryną prewencji, by uzasadnić naruszenie suwerenności narodowej pewnych "bandyckich reżimów" i neutralizowanie metodami wojskowymi potencjalnych zagrożeń. W przeciwieństwie do wielu krytyków administracji Busha nie postrzegałem tego imperialnego w swojej istocie przedsięwzięcia jako moralnie niesłusznego. Przeciwnie - dowodziłem, że na świecie jest pewna liczba reżimów, które przestaną wspierać terroryzm, zdobywać broń jądrową i mordować swoich obywateli jedynie za sprawą skutecznej interwencji z zewnątrz. Moje wątpliwości od początku dotyczyły tego, czy po zwycięstwie militarnym USA potrafią skutecznie przeprowadzić transformację polityczną (i splecioną z nią transformację ekonomiczną), bez której "wolność" długo nie przetrwa. Innymi słowy: od początku martwiłem się, że coraz bardziej nieskromna administracja nie zna swoich ograniczeń.

Już we wcześniejszej książce, "Empire: The Rise and Fall of the British World Order and the Lessons of Global Power", wyraziłem wątpliwości, czy USA są ekonomicznie, militarnie i politycznie zdolne do przekształcenia takiego kraju jak Irak z niebezpiecznej tyranii w stabilną demokrację. Przed, w trakcie i po obaleniu Husajna rozwinąłem ten wątek w szeregu artykułów do czasopism, które później złożyły się na książkę "Colossus".

Osią mojej argumentacji jest twierdzenie o trzech deficytach, które znacznie redukują prawdopodobieństwo ostatecznego sukcesu Ameryki w Iraku (jak również w Afganistanie, gdzie podjęto interwencję odwetową, a nie prewencyjną). Po pierwsze deficyt ekonomiczny (ogromny deficyt budżetowy i na rachunku bieżącym, które powodują coraz większe uzależnienie USA od zagranicznego kapitału), po drugie deficyt stanu liczebnego armii (który sprawia, że można wysłać za granicę ograniczoną liczbę odpowiednio wyszkolonych żołnierzy) oraz po trzecie "deficyt uwagi" (amerykańscy wyborcy i prawodawcy tracą cierpliwość do interwencji zagranicznych w ciągu 2-4 lat, czyli o wiele za szybko, by można było realnie liczyć na sukces).

Te trzy deficyty przesądzają o trzech zasadniczych ograniczeniach amerykańskiej potęgi, których autentycznie skromny prezydent nigdy nie straciłby z oczu. Czwarte ograniczenie to ogromne trudności z trafnym rozpoznaniem wroga. W przededniu inwazji na Irak zarówno administracja Busha, jak i rząd Tony'ego Blaira stawiały odważne tezy co do irackiego potencjału militarnego i powiązań reżimu z al-Kaidą. Jak dowodziłem w książce "Colossus", tezom tym brakowało wiarygodności. Z całą pewnością można było stwierdzić tylko, że - ponieważ Husajn odmówił współpracy z ONZ-owskimi inspektorami zbrojeniowymi - nie mogliśmy być pewni, czy ma broń masowego rażenia. Dziś jest względnie oczywiste, że w 2003 roku Husajn nie stanowił nawet odległego w czasie zagrożenia dla USA. Zgodnie z moimi obawami pokazało to, że amerykańskie i brytyjskie wypowiedzi przed inwazją były albo niedostatecznie oparte na faktach, albo celowo wprowadzały w błąd - tak czy owak: ze szkodą dla całego przedsięwzięcia. Skromniejsza argumentacja, przyznanie, że nie wiemy, jakim arsenałem dysponuje Saddam, nie przekreślałaby zasadności działań prewencyjnych, bo niepewność oznaczała, że zagrożenie jest możliwe. Ówczesna skromność przełożyłaby się na dzisiejszą wiarygodność.

Podstawowym celem inwazji na Irak było zwiększenie bezpieczeństwa Amerykanów, a nie wyswobodzenie Irakijczyków. Musimy zatem zapytać: czy USA są dziś bezpieczniejsze niż w 2000 roku? Z punktu widzenia amerykańskich wojskowych są mniej bezpieczne, w tym sensie, że żołnierzowi amerykańskiemu bardziej niż w latach 90. grozi dziś śmierć lub zranienie w wyniku nieprzyjacielskich działań. Trudno powiedzieć, czy zmniejszenie zagrożenia ze strony uwięzionego Saddama rekompensuje to zwiększone ryzyko. Z drugiej strony nie możemy wiedzieć, na ile działania podjęte w znacznie mniej publiczny sposób przez administrację Busha w Afganistanie, Iraku i - co może najistotniejsze - w samej Ameryce zmniejszyły zdolność takich organizacji jak al-Kaida do zaatakowania USA. Intuicja podpowiada mi jednak, że zamach podobny do tego z 11 września mógłby się wydarzyć nawet za kadencji obecnego prezydenta, bo jest zbyt wiele sposobów, by terroryści wjechali do USA i działali tam w ukryciu, jak również zbyt wiele celów do ochrony. Istnieją także powody, by sądzić, że naruszenie struktur dowódczych al-Kaidy organizacja ta powetowała sobie utworzeniem nowych komórek i zwerbowaniem nowych członków, zwłaszcza w Europie. Może się to okazać jednym z najważniejszych niezamierzonych skutków inwazji na Irak.

Prezydent może próbować dowodzić, że USA są dziś bezpieczniejsze, bo istnieje więcej państw demokratycznych niż - powiedzmy - w 1995 roku, a prawdopodobieństwo wypowiedzenia Stanom wojny przez państwo demokratyczne jest mniejsze niż prawdopodobieństwo wypowiedzenia im wojny przez autokrację. Ale czy do wzrostu liczby państw demokratycznych, a tym samym do spadku liczby wojen, w znaczącym stopniu przyczyniła się amerykańska polityka zagraniczna? Nie, zadziałały tu inne czynniki.

Grzesząca brakiem skromności pierwsza kadencja prezydenta Busha miała jeszcze jedną cechę, która zadawała kłam jego obietnicy, że będziemy skromni w "stosunkach z innymi państwami" i będziemy unikali "podsycania wrogości do Ameryki".

W "Strategii Bezpieczeństwa Narodowego" sformułowano nie tylko zasadę prewencji, ale również unilateralizmu: "Stany Zjednoczone będą stale dążyły do uzyskania poparcia społeczności międzynarodowej, ale nie zawahamy się podjąć samodzielnych kroków, jeśli zajdzie taka konieczność". W 2004 roku USA niebezpiecznie otarły się o izolacjonizm, m.in. dlatego, że administracja Busha uwierzyła we własną retorykę uzasadniającą "podejmowanie samodzielnych kroków". W pewnym okresie sekretarz obrony Donald Rumsfeld zdawał się sugerować, że USA mogłyby najechać i okupować Irak nawet bez brytyjskiej pomocy wojskowej - jaskrawy przykład hybris.

A zatem skoro zamierzona skromność poległa w walce z hybris, jak szybko czeka nas zemsta bogini Nemezis? Ponieważ napisałem ostatnio książkę opatrzoną podtytułem "Rozkwit i upadek imperium amerykańskiego", ciągle jestem pytany o przewidywaną datę tego upadku. Odpowiedź brzmi: nie w tym roku, nie w następnym i nie w jeszcze następnym. Nie w tym dziesięcioleciu. I raczej nie w tym stuleciu.

Historycznie rzecz biorąc, imperium amerykańskie jest bowiem młode. USA powstały 229 lat temu. Epoka ich zagranicznej ekspansji trwa od nieco ponad 100 lat. Porównajmy to z dziejami Rzymu, który powstał w 509 roku p.n.e., prawdziwie imperialny status zyskał w 27 roku p.n.e., gdy Oktawian przybrał imię Augusta, okres największej świetności przeżywał za Trajana (który zmarł w 117 roku n.e.) i jeszcze nie całkiem upadł w 395 roku, gdy stolicę imperium przeniesiono do Bizancjum. Jeśli za datę początkową przyjmiemy intronizację Augusta, a za końcową śmierć Teodozjusza, wyjdzie, że Cesarstwo Rzymskie przetrwało 422 lata. Jeśli za datę początkową przyjmiemy założenie republiki, a za końcową zdobycie Konstantynopola przez Turków w 1453 roku, okaże się, że przetrwało 1962 lata.

Gdybym miał wycisnąć z tej analogii ostatnią kroplę, powiedziałbym, że obecnie znajdujemy się gdzieś w okolicach panowania Trajana. Trafność tej analogii uderzyła mnie, gdy odwiedziłem ostatnio Wieczne Miasto. Gdy się tam wybierzecie, odwiedźcie Forum Trajana, a zobaczycie mało skromną kolumnę upamiętniającą jego podboje wojskowe, jak również ogromny rzymski shopping mall zwany targiem Trajana. "Trajan pragnął władzy - pisze Edward Gibbon - a dopóki ludzkość będzie hojniej oklaskiwała swoich tępicieli niż dobroczyńców, dopóty żądza chwały wojennej będzie wadą nawet najbardziej wzniosłych charakterów". Podbiwszy Daków, którzy "bezkarnie lżyli majestat Rzymu", przesunął granice cesarstwa daleko na wschód, skutkiem czego osiągnęło ono największy obszar w swoich dziejach. W 114 roku "w triumfie kroczył z biegiem rzeki Tygrys, od gór armeńskich po Zatokę Perską (...) floty złupiły wybrzeża Arabii (...) a tak bogate kraje jak Armenia, Mezopotamia i Asyria sprowadzono do rzędu prowincji" [wszystkie cytaty z Gibbona w przekładzie St. Kryńskiego - przyp. tłum.].

Jeśli przypomnę, że Dacja to (mniej więcej) dzisiejsza Serbia, a Mezopotamia - dzisiejszy Irak, dostrzeżecie zaskakującą paralelę geograficzną między niedawnymi amerykańskimi ekspedycjami wojskowymi a kampaniami Trajana. To właśnie z niego pokpiwał Juwenalis, że daje rzymskiemu plebsowi "chleb i igrzyska". Gdy piszę te słowa, rozgrywki bejsbolowe World Series wchodzą w kulminacyjną fazę i społeczeństwo traci zainteresowanie awanturą iracką, co również nasuwa wiadome skojarzenia. Trajan był bodaj najbardziej nieskromnym z cesarzy i za jego panowania Rzymianie w największym stopniu zamienili republikańską skromność na imperialny hedonizm.

Błąd Trajana, który nadmiernie poszerzył obszar cesarstwa, został bez problemu naprawiony przez jego następcę Hadriana, który wycofał się z Armenii, Mezopotamii i Asyrii. "Używali wszelkich środków, na jakie im honor pozwalał - pisze Gibbon - dla zjednania sobie przyjaźni barbarzyńców i usiłowali przekonać ludzkość, że potęgą Rzymu, wzniesioną ponad wszelkie pokusy podboju, powoduje tylko zamiłowanie do ładu i sprawiedliwości". Czyż nie jest to doskonała recepta na politykę zagraniczną następcy Busha? Paradoks polega na tym, że brzmi to zupełnie jak "polityka skromności", którą początkowo zamierzał uprawiać sam Bush.

Być może płynie z tego nauka, że trudno wytrwać w skromności. Jak powiedział lord Acton: "Każda władza demoralizuje, a władza absolutna demoralizuje w sposób absolutny". Jeśli słuszny jest mój domysł, że militarna potęga USA zrodziła w prezydencie i jego doradcach złudzenie absolutnej władzy, jego stoczenie się ze skromności w hybris staje się bardziej zrozumiałe - ale nie bardziej wybaczalne.

Jako naród my, Brytyjczycy, przywiązujemy chyba większą wagę do skromności - i wszelkich innych form umiaru - niż Amerykanie. Amerykanów uczy się, że powinni być z siebie dumni, niezależnie od tego, czy mają powody, zaś Brytyjczyków - że popisywanie się świadczy o braku dobrych manier i każdą publiczną wypowiedź należy rozpocząć od żartu umniejszającego własną osobę. W ujęciu brytyjskim panowie Bush, Churchill i Attlee należą do trzech odrębnych kategorii. Attlee był skromnym człowiekiem, który miał mnóstwo powodów, by być skromnym. Churchill nie grzeszył skromnością i również miał mnóstwo powodów po temu. Bush - sprawa godna ubolewania - przestał okazywać skromność. Niestety wciąż ma mnóstwo powodów, by być skromnym.

p

, ur. 1964, wykładowca historii politycznej i gospodarczej na Uniwersytecie Oksfordzkim i Harwardzkim. Redaktor i współautor tomu: "Virtual History"; autor m.in. "The Pity of War", "The Cash Nexus", "Empire" oraz "Colossus". W "Europie" nr 9 z 1 marca br. opublikowaliśmy jego tekst "Wielka wojna 2007 roku".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj