(ur. 1942)
Urodził się w Chicago. Jego dziadkowie mówili jeszcze po polsku, on już... zapomniał. Dzieciństwo spędził w ubogich, południowych dzielnicach miasta, zamieszkanych przez polskich, czeskich i latynoskich emigrantów. Wspomnienie tych szarych miejsc, przefiltrowane przez wyobraźnię i wrażliwość wyrafinowanego artysty, stało się jedyną materią jego twórczości. Psychologiczno-filozoficzne portrety prostych ludzi i alegoryczne opisy zwyczajnych sytuacji przesycone są chrześcijańską symboliką i odwołaniami do śródziemnomorskich mitów. Jego bohater to zagubiony na bocznych ulicach wielkiego miasta nastoletni chłopak, który odżywa w pamięci dojrzałego erudyty. Od debiutu znalazł się w gronie najznakomitszych pisarzy chicagowskich, otrzymując wiele prestiżowych nagród. Od lat mieszka w Kalamazoo, w stanie Michigan, gdzie jest profesorem literatury angielskiej na miejscowym uniwersytecie. Nazywany "bardem Chicago", jest kontynuatorem wspaniałej tradycji literackiej tego miasta. Między jego poetycką prozą a narracyjną poezją nie ma wielkiej różnicy, to niejako dwie strony tej samej formy.
p
Wciąż jeszcze trwał Wielki Piątek
w tamte sobotnie popołudnia.
Przygarbione babki w ciemnych
płaszczach, babuszki klęczące pomiędzy
marmurowymi ławkami przed rządkiem
świec czuwających; ich twarze
zagrzebane w dłoniach.
Szlochanie szło echem po mrocznym kościele
tak samo obce jak warkot
niezrozumiałych słów modlitwy.
Stojąc w kolejce do spowiedzi,
czekam aż ksiądz mnie zapyta:
"Sam czy z innymi?"
i gdy nadchodzi moja kolej,
próbuję sobie wyobrazić
przerażające grzechy staruszek.
Cienką szuflą do zgarniania
śniegu można było, co najwyżej, skrobać
chodnik, ale nie wykopać
grób, zmarznięta glina
tylko wyginała blachę.
Nie mogliśmy go tak zostawić
- sztywne nogi wystające z kupy śmieci -
więc zgarnąwszy odpadki
oblaliśmy futro;
brat rzucił zapałkę,
śnieg zaraz stanął w ogniu,
i język płomienia opalił nam kota
do łysa, pazury skwierczały,
oczy się topiły...
W końcu spłonął - ciało
bez łap zanurzone w oleistej plamie,
surowy ogon, wiotki knot.
Uszy mi sztywniały, pot
zamarzał mi na plecach;
nie trąciliśmy go nawet kijem
tylko na nogach, nie swoich jak szczudła,
gnaliśmy do domu; wargi
zamarznięte, usta pełne pary...
I nawet żal nie był nam przebaczeniem, żeśmy byli tak okrutni wobec śmierci.
Wierszom skazanego
brakowało wykończenia,
ale były szczere -
zwracali uwagę krytycy,
kiedy komendant więzienia
odczytał je dziennikarzom
zaraz po egzekucji.
Powiedział, że mu przypominają
sztukę osadzonych w instytucjach
pomocy psychicznej, takie wypaczone
płótna, które zwykł podziwiać
w prywatnej pracowni zaprzyjaźnionego psychiatry;
albo takie akwarelki jakie Pan
Prezydent dostaje na Święta
od bezrękich weteranów,
którym udało się opanować
sztukę trzymania pędzla zębami.
Pośród drobiazgów z lat pięćdziesiątych,
w muzeum mamy, w pudełku
z matowym lusterkiem, gdzie były:
błękitna Madonna, poświęcona w Rzymie,
alpejska wioska w szklanym globie,
ginąca pod śniegiem, kiedy się odwróciło kulę,
miniaturowy fortepian z kluczykiem
zdolnym uwolnić Chopina
- żył pewien łabędź,
co umiał zmienić nawet serwetkę,
po której zwykł pływać,
w staw czysty jak kryształ.
Świeże światło dnia z twojego ciała...
To, co w tobie najpiękniejsze,
jest ulotne: światło prześwietlone
przez szklaną figurkę,
zwielokrotnione w załamaniach,
jaśnieje ponad istotę;
cień pryzmatyczny,
zdolny przeistoczyć każdą
rzecz, którą otacza.