Raymond Boudon przedstawia relatywizm jako dominującą ideologię naszych czasów. Podkreśla, że jedną z konsekwencji jego sukcesu jest właściwa naszej epoce atmosfera przygnębienia - skoro wszystko jest konstruktem, a człowiek to jedynie igraszka sił psychicznych, społecznych czy biologicznych niemająca żadnego wpływu na otaczający świat, wszelkie działanie straciło sens. Aby docenić siłę oddziaływania wizji człowieka jako "irracjonalnego idioty", zawartej w naukach społecznych, musimy zrozumieć, że nauki te odgrywają dziś taką samą rolę, jaką niegdyś odgrywała religia.
To właśnie one stanowią źródło, z którego politycy czerpią swe wyobrażenia o społeczeństwie i ludzkości.
p
Zacznijmy od Tocqueville'a, który jako pierwszy podjął ten temat. Zauważył on, że w USA ogromna liczba różnorodnych opinii powstaje dosłownie wokół każdego tematu. Jego instynkt analityczny podpowiedział mu, że jest to związane z demokratyczną naturą amerykańskiego społeczeństwa. W społeczeństwie demokratycznym ludzie są równi pod względem godności - w konsekwencji uznaje się, że mają oni taką samą zdolność do określania tego, co jest dobre i słuszne. Wszędzie tam, gdzie mamy wątpliwości lub tam, gdzie kryterium obiektywnej prawdy nie znajduje zastosowania - co oznacza niemal cały obszar życia codziennego. Tocqueville rozumiał, że taka sytuacja musi prowadzić do sceptycyzmu i relatywizmu.
Tocqueville wiedział, że demokracja prowadzi do dyktatu opinii publicznej. Jednocześnie podkreślał, że można się temu oprzeć. Tak zresztą postrzegał siebie samego: jako człowieka, który zawsze jest zdolny do opierania się dyktatowi opinii. Dorastał w atmosferze rodzinnej tragedii - jego ojciec o mały włos nie zginął pod rewolucyjną gilotyną. I to prawdopodobnie dało mu ten wielki dystans, który jest czymś niezwykle rzadkim. Konformizm to strategia tak łatwa i opłacalna, że wybiera ją większość intelektualistów.
Relatywizm poznawczy narodził się wraz z pracami Thomasa Kuhna na początku lat 60. Tezy Kuhna były całkowicie do przyjęcia - tłumaczył on, że naukowcy w wyborze teorii nie zawszą posługują się kryteriami naukowymi, ale również ideologicznymi czy politycznymi. Oraz że nauka prezentowana jest zazwyczaj w sposób bardziej racjonalny, niż na to zasługuje. Pod koniec lat 60. dochodzi do niesłychanej radykalizacji tej teorii. Dość łatwo zrozumieć dlaczego... To są czasy krytykowania wszystkich instytucji. Także nauki. Tłumaczy się, że nauka jest powiązana z władzą, a więc jest złą rzeczą i nie powinna mieć pretensji do wyższości nad innymi formami doświadczania świata. Nie wyobrażam sobie, żeby bez tej krytyki instytucji właściwej tamtym czasom podobne tezy mogły się obronić. Były przecież potwornie naciągane - ostatecznie nie można zaprzeczyć nadzwyczajnym postępom medycyny czy biologii. To zresztą właśnie dlatego ideologia relatywizmu poznawczego została w końcu zakwestionowana na terenie nauk ścisłych. O ile jeszcze w latach 80. prawie każdy artykuł we francuskim piśmie naukowym musiał zacząć się od złożenia hołdu relatywizmowi poznawczemu, dziś nie jest to już wymagane.
Tak. Ładunek ideologiczny jest tu niezwykle silny. Relatywizm kulturowy prowadzi do rzeczy zadziwiających, do uzasadnienia każdego barbarzyństwa. Czytałem niedawno artykuł Richarda A. Shwedera, słynnego antropologa amerykańskiego, opowiadający o pewnej kobiecie z Sierra Leone, która mieszkała w Stanach Zjednoczonych i pojechała do rodzinnego kraju, żeby sobie tam wyciąć łechtaczkę. Tłumacząc, że ten zabieg daje kobietom poczucie władzy, Shweder podkreśla, że dobrze postąpiła, że wartości krajów Zachodu są po prostu odmienne od wartości krajów, gdzie praktykuje się wycinanie łechtaczki. Nawet do głowy mu nie przyszło, że ta kobieta w inny sposób mogła poszukiwać własnej godności... Tego typu argumenty padają na podatny grunt w czasach przyspieszonej globalizacji - kiedy to różnorodne kulturowo grupy osiedlają się na terenie państw zachodnich. Heterogeniczność kulturowa jest wyróżnikiem naszych społeczeństw, chcemy mieć teorię, która ten stan rzeczy jakoś uzasadnia...
W niezliczonej ilości modeli proponowanych dzisiaj przez nauki społeczne jednostka ukazywana jest jako obiekt działania zewnętrznych sił, na które nie mamy żadnego wpływu. Taki sposób opisywania świata z samej swej istoty pomaga w uprawomocnieniu relatywizmu. Jeśli wszystkie wartości rzeczywiście są wynikiem działania materialnych sił - społecznych, kulturalnych, biologicznych czy psychicznych - to nie możemy ich oceniać. Możemy je co najwyżej wskazać czy opisać. Tak samo jak geolog stwierdza, że ta skała to granit, a tamta piaskowiec, antropolog mówi: w jednych społeczeństwach okaleczanie żeńskich narządów jest pochwalane, a w innych nie. Przekonania stają się nienaruszalnymi faktami.
Zarówno w socjologii, jak i ekonomii doszło dziś do strasznego zawężenia. Ekonomiści uważają, że jednostka zawsze dokonuje wyborów, które mają prowadzić do najkorzystniejszych rezultatów. Robią z nas racjonalnych idiotów. Ogromny wpływ matematyki na współczesną ekonomię skutkuje tym, że tworzy się bardzo uproszczone koncepcje ludzkiego zachowania. Tymczasem - jak pokazał laureat Nagrody Nobla Herbert Simon - ludzie z zasady nie dążą do rezultatów optymalnych, wybierają raczej rezultaty zadowalające. Są znacznie skromniejsi, niż myślą neoliberałowie. Za to socjologia - jak pan zauważył - robi z nas idiotów irracjonalnych. Jesteśmy pod każdym względem zdeterminowani i tym samym nie odpowiadamy za swoje czyny. To ma ogromne konsekwencje społeczne. Stąd na przykład bierze się teoria, że przestępcy są produktem środowiska i dlatego nie powinno się ich karać. Zgodnie z nią we Francji przez długi czas stawiano wyłącznie na prewencję, karę uważano za coś nieistotnego. Rezultaty były zastraszające - krzywa przestępczości nieustannie rosła.
W rezultacie dochodzi do wzajemnej radykalizacji, która nic dobrego nie przynosi. Przypomnijmy choćby teorię Bourdieu, najsłynniejszego francuskiego socjologa, który w imię krytyki systemu głosił, że edukacja prowadzi jedynie do reprodukcji klasy dominującej. Aby temu zaradzić, należy uczynić z niej "miejsce życia". Dlatego stopniowo znoszono oceny - aby zapanowała większa równość. Co to dało? Uczniowie nudzą się w szkole, nie rozumieją, po co do niej chodzą i postrzegają ją jako nieusprawiedliwioną karę. To prowadzi do przemocy i społecznej anomii. A zapowiadana większa równość jakoś nie nadeszła...
Tak. Ponieważ szkoła miała być "miejscem życia", a to, czy będzie istniał jakikolwiek związek między edukacją a karierą zawodową, nikogo nie obchodziło. W rezultacie uczniowie zdobywali kompetencje, które nie mają żadnego zastosowania na rynku pracy. Rosło bezrobocie i rosło też napięcie społeczne.
Tak. Relatywizm jest wizją pesymistyczną. Jeśli wszystko jest konstruktem, nie ma żadnej nadziei. Nie ma też szans na zrozumienie. Stoimy w obliczu "the meaningless of meaning", "bezznaczeniowości znaczenia", jak to w złośliwy sposób Anglosasi podsumowywali filozofię Derridy. Trzeba tu podkreślić jedną rzecz - socjologia i nauki pokrewne są dziś źródłem, z którego politycy najczęściej czerpią swoje wyobrażenia o społeczeństwie i człowieku jako takim. Spełniają one tę samą rolę, którą niegdyś pełniły religie. W wieku XIX ideologie miały być nośnikiem nadziei i postępu. Dziś politycy boją się używać słowa "postęp". To musi wpływać na degradację polityki w naszym świecie. Bo jeśli polityk nie może stwierdzić, że jego celem jest poprawa losu społeczeństwa, trudno zrozumieć, w jaki sposób mógłby uzasadnić swoje działanie. A taki cel jest nie do pogodzenia z właściwym relatywizmowi założeniem, że idee i zachowania ludzi są wynikiem działania sił, na które nie mamy wpływu. Nie mam żadnej wątpliwości, że założenia, na których opierają się dzisiejsze nauki społeczne, są w sposób oczywisty - choć zarazem niezamierzony - odpowiedzialne za nastrój przygnębienia właściwy zachodniemu światu.
Przede wszystkim jest inaczej, niż wydaje się socjologom. Przypomnę, że np. Ulrich Beck przeciwstawia poczucie pewności właściwe społeczeństwom przemysłowym nieustannym
wstrząsom dzisiejszego światowego "społeczeństwa ryzyka". Jego zdaniem globalizacja prowadzi do nihilizmu - podmioty społeczne nie są już depozytariuszem wartości, stały
się jedynie igraszką nowych struktur. Bryan Turner twierdzi, że ani rodzina, ani szkoła nie są w stanie zaszczepić idei moralnych. Stąd jednostki funkcjonują w środowiskach zawodowych czy
społecznych w sposób całkowicie pozbawiony odniesień do moralności - stare wartości zniknęły i nie pojawiło się nic w zamian... Dla Anthony'ego Giddensa, doradcy premiera Blaira, brak
zainteresowania demokracją bierze się z coraz wyraźniejszego wycofywania się ludzi w sferę prywatną, co ma być symptomatyczne dla współczesności. Trzeba zrozumieć jedną rzecz. Kiedy np. w czasie wyborów prezydenckich w roku 2002 wśród francuskich dziennikarzy zrobiono sondaż, na kogo chcą głosować, 32 proc. z nich
odpowiedziało, że na Jospina, a tylko 4 proc. - na Chiraca. Jak wiadomo, w pierwszej turze wygrał Chirac. To pokazuje, że dziennikarze nie reprezentują opinii publicznej - choćby dlatego, że
są znacznie bardziej lewicowi od niej. Podobnie jest dzisiaj z socjologami. Fakt, że prawie wszyscy z nich coś twierdzą, nie oznacza jeszcze, że mają rację. Stąd zresztą tak wielka
popularność pojęcia "fałszywej świadomości" w dzisiejszej socjologii. Ta teoria szalenie podoba się socjologom, ponieważ daje im ogromną przewagę nad innymi ludźmi,
którzy z definicji nie wiedzą, co myślą ani czynią. To jednak nie zmienia faktu, że świat jest inny, niż się wydaje socjologom. Socjologia znalazła się w przedziwnej sytuacji, gdzie badania empiryczne i poszukiwania teoretyczne
przedstawiane są niejednokrotnie jako dziedziny, które rozwijają się niezależnie od siebie. Nie ulega wątpliwości, że jest to w nauce sytuacja zupełnie wyjątkowa. Ludzie nadal wierzą w
bardzo wiele rzeczy. W "Déclin de la morale? Déclin des valeurs?" oparłem się na badaniach prowadzonych przez Ronalda Ingleharta pod koniec lat 90. w 40 krajach, stanowiących
70 proc. światowej populacji. Wybrałem 7 krajów zachodnich: Francję, Niemcy, Wielką Brytanię, Włochy, Szwecję, Stany Zjednoczone i Kanadę. Przede wszystkim to, że wbrew socjologom społeczeństwa postindustrialne nie są całkowicie odmienne od społeczeństw przemysłowych. Ludzie nie czują się ani bardziej wyalienowani
niż kiedyś, ani nie uważają się za małych bogów, którzy mogą o wszystkim decydować. Zmiany oczywiście zachodzą, ale nie ma mowy o żadnym zerwaniu. Raczej o pogłębieniu pewnych
wartości. Nihilizm czy prywatyzacja wartości, które mają stanowić wyróżnik ponowoczesności to wymysł. Autorytet jest co prawda w większym stopniu podawany w wątpliwość przez młodych
niż przez starych. Ale mniejszy szacunek dla autorytetu nie oznacza upadku wartości, wskazuje jedynie na to, że autorytet jest akceptowany tylko wtedy, gdy ma uzasadnienie. Chcemy być pewni, że
autorytet służy lepszej organizacji świata. Innymi słowy, pragniemy, by autorytet był racjonalny, nie akceptujemy natomiast autorytetu, który Weber nazywał charyzmatycznym czy tradycyjnym.
Tak. Gdy porównujemy ludzi młodszych ze starszymi, widać wyraźnie, że młodsi chcą, by jednostka była mniej zależna od autorytetu we wszystkich jego postaciach: politycznej, religijnej,
ideologicznej. Coraz mniej wierzymy w istnienie prawd objawionych, ale wierzymy, że prawdy jako takie istnieją. Innymi słowy wątpimy, czy odróżnianie dobra od zła jest rzeczą łatwą, za to
uważamy, że należy je odróżniać. Jesteśmy bardziej tolerancyjni w stosunku do odstępstw moralnych. Nie dlatego że utraciliśmy poczucie wartości, lecz dlatego że tolerancja jest
postrzegana jako wartość centralna. Co nie oznacza, że każdy może wybierać dowolne wartości - po prostu doszliśmy do wniosku, że nie wiemy na pewno, które wartości są słuszne. I jeszcze
jedno - bez przerwy mówi się, że żyjemy w świecie do szczętu zmaterializowanym, w którym liczą się tylko pieniądze. Tymczasem ludzie mówią najczęściej: "Pieniądze nie są
najważniejsze, pragnę interesującej pracy, która pozwoli mi się zrealizować". Tak sądzę. Widać wyraźnie, że nie chodzi tu o zamianę wiary na zwątpienie. Chodzi raczej o rozwinięcie pewnego zmysłu krytycznego. Podobne zjawisko obserwujemy także w domenie
religijności - religia uważana jest tylko za jedno ze źródeł autorytetu. Coraz mniej wierzymy też w dogmaty. Katolicy wierzą jeszcze trochę w niebo, ale w piekło już zupełnie nie. Z
religii pozostają głównie zasady moralne, dekalog. Stąd tak wielka popularność religii Wschodu, które są znacznie bardziej pragmatyczne. Porównajmy Europę z Ameryką. Protestantyzm amerykański jest znacznie bardziej immanentystyczny, bardziej oparty na moralności niż europejskie religie. Dogmaty były tam stosunkowo
mało istotne - w konsekwencji tamtejszy protestantyzm był mniej zagrożony przez naukę niż katolicyzm czy luteranizm. Jest jeszcze coś - konkurencyjna oferta religijna w Stanach sprawia, że
łatwo tam znaleźć wersję protestantyzmu, do której czujemy sympatię. Mamy wybór. Podczas gdy np. Szwecja jest w 95 proc. luterańska. Gdy wierzący nie zgadza się z Kościołem, ma tylko
jedno rozwiązanie - rozstać się z nim. Zresztą nawet tu widać, że zmiany nie mają charakteru zerwania. Nawet w Szwecji, najbardziej niereligijnym kraju Zachodu, odsetek niewierzących wzrasta
powoli. Ludzie kierują się zdrowym rozsądkiem. Nie głosują nie dlatego, że polityka ich nie obchodzi, tylko dlatego, że uważają, iż społeczeństwa są źle rządzone. Dochodzi do tego
kolejne słuszne spostrzeżenie, że nie ma wielkiej różnicy między tym, co robi lewica, a tym, co robi prawica. To, co nazywamy "abstencjonizmem", jest w gruncie rzeczy wyrazem
rozczarowania. Wyborcy wcale nie chcą zerwania z demokracją - jak twierdzą liczne Kasandry, chcą raczej jej pogłębienia. Jeżeli różnica między A i B jest żadna, a na dodatek wiadomo, że ani A, ani B nic nie zrobią, to ludzie mają rację nie głosując. Przecież zwykły człowiek nie ma możliwości
zmiany kandydatów, a w taki sposób przynajmniej okazuje swe niezadowolenie. Zresztą poziom nieobecności jest zmienny. Kiedy wyborcy mają wrażenie, że głosowanie coś zmieni, głosują. Na
przykład w wyborach miejskich we Francji. Pogląd, że polityka nikogo nie interesuje, jest fałszywy. Weźmy choćby popularność Sarkozy'ego. Ona się bierze po prostu stąd, że wyborcy mają
wrażenie, że Sarkozy chce coś zmienić. A wyborcy domagają się działania. To jest moralność bardzo uproszczona. Opiera się na jednej wartości centralnej, której podporządkowane jest mniej więcej wszystko - szacunku dla jednostki. To właśnie w imię
godności drugiej osoby wprowadza się np. zakaz znieważania tych, którzy są inni niż my, np. homoseksualistów. Wszystkie idee, zasady, instytucje podkreślające poddaństwo jednostki mają
się coraz gorzej. Tak. Podziwiam intuicję Durkheima, który pisał, że indywidualizm i wolna myśl nie narodziły się w naszych czasach, ani w 1789, ani dzięki reformacji, scholastyce, schyłkowi
grecko-rzymskiego politeizmu czy schyłkowi wschodnich teokracji. Dla Durkheima to fenomen, który nie ma swego początku i rozwija się na całej przestrzeni ludzkiej historii. Tocqueville sądził
podobnie - że we wszystkich kulturach widać pragnienie człowieka, aby uznać jego godność, że to jest stała wartość antropologiczna. Stąd zadaniem ludzkości było zbudować instytucje,
które pozwoliłyby w najlepszy sposób zagwarantować godność człowieka i jego pragnienia. Tak samo zresztą jak zasadność nauki. Bo tak naprawdę nie wiemy, co chce osiągnąć nauka, której programem jest "opisanie rzeczywistości takiej, jaka jest".
Podobnie nie wiemy, co tak naprawdę oznacza "ludzka godność". Oba te projekty są równie niejasne. Są z definicji niejasne - ponieważ oparte na pragnieniu, którego sens nie
został przez nas jeszcze odkryty. Są za to wszechobecne. Huntington twierdził w "Zderzeniu cywilizacji", że indywidualizm jest cechą charakterystyczną społeczeństw
zachodnich, która przejawia się począwszy od XIV wieku. Tymczasem tym, co pojawia się w XIV wieku na Zachodzie, nie jest sam indywidualizm, lecz instytucje, które pozwalają mu się
rozwijać. To oczywiste. Można wymienić niezliczone efekty uboczne "polityki uznania". Ustanawianie tak wielkiej ilości praw, że nikt już nie wie, w jaki sposób można
zagwarantować ich przestrzeganie, pragnienie zapewnienia całym grupom wiekowym jak najodpowiedniejszego wykształcenia w oderwaniu od rynku pracy, powstanie ideologii antyrasizmu, która tak bardzo
akcentuje prawo do inności, że tworzy przepaść między poszczególnymi wspólnotami... Czy wreszcie upadek kryteriów oceny sztuki i zwycięstwo wulgarności - ponieważ dobre jest to, co się
komuś podoba, wielkie dzieła stawiane są obok rzeczy łatwych, rzeczy jednorazowego użytku. Pragnienie uznania jest tak wielkie w dzisiejszych społeczeństwach, że skutkuje to prowadzeniem
polityki, która na krótką metę jest postrzegana jako nowoczesna, ale za sprawą jej efektów ubocznych postrzegamy ją potem jako demagogię. Kiedy nagromadzenie tych rozwiązań wzmacnia efekty
negatywne, jak przemoc miejska czy przemoc w szkołach, ludzie tracą zainteresowanie dla polityki jako takiej.
Problem polega na tym, że po prostu nie ma sposobu na precyzyjne wyznaczenie jej granic. Gdy akceptujemy wolność wyboru, trzeba się z tym pogodzić. Ci, którzy nie mają ochoty
oglądać np. Gay Pride, niech odwrócą wzrok i pójdą w innym kierunku. Oczywiście są rzeczy, które także i mnie szokują. Jednak dzisiejsze rozwiązanie wydaje mi się nieporównywalnie
lepsze niż dożywotni zakaz wyboru jakiegoś stylu życia, jak to miało miejsce właśnie w przypadku homoseksualistów. Indywidualizm jest odwieczny i wszystko wskazuje na to, że ewolucja
społeczeństw europejskich będzie szła właśnie w tym kierunku - uznania wszystkich stylów życia.
p
*, ur. 1932, francuski socjolog liberalny. Profesor Sorbony, wykładał m.in. na Harvardzie i Oksfordzie. Przewodniczący European Academy of Sociology. Członek Institut de France, British Academy, American Academy of Arts and Sciences. Wydał m. in: "L'inégalité des chances", "La logique du social", "Le sens des valeurs", "Pourquoi les intellectuels n'aiment pas le libéralisme". Jego książki zostały przełożone na kilkadziesiąt języków.