Zdaniem Paula Zulehnera styl działania Benedykta XVI wyraźnie różni się od tego, do którego przyzwyczaił nas Jan Paweł II. Poprzedni papież "starał się zaistnieć na medialnej scenie świata, nie unikał spotkań, ba, prowokował je, mógł udzielać nieskończonej ilości audiencji. Benedykt XVI, jeden z najwybitniejszych teologów naszych czasów, najwyraźniej ma dość częstych audiencji i chętnie wycofuje się za biurko". Z drugiej strony, porównując "programowe" encykliki obu papieży, można zauważyć, że Jan Paweł II wypowiadał się w sposób znacznie bardziej autorytatywny - Benedykt XVI jest bardziej człowiekiem dialogu. "Nie wzdraga się przed otwartym dialogiem ze współczesnym światem, w którym jemu i nam przyszło żyć, pragnie powiedzieć, za czym opowiada się chrześcijaństwo w pluralistycznym i wieloreligijnym świecie".
p
Trudno ukryć, że obaj papieże mają zdecydowanie różne osobowości. Jan Paweł II starał się zaistnieć na medialnej scenie świata, nie unikał spotkań, ba, prowokował je, mógł udzielać nieskończonej ilości audiencji. Benedykt XVI, jeden z najwybitniejszych teologów naszych czasów, najwyraźniej ma dość częstych audiencji i chętnie wycofuje się za biurko. Odwołując się do stylu wyrażania Benedykta XVI, można powiedzieć, że Jan Paweł II miłował ludzi wielką miłością ludzką (eros) i świętą miłością chrześcijańską (agape). Benedykt XVI natomiast za wzór przyjmuje miłość platońską. Krótko mówiąc, osobowość Jana Pawła II to bardziej uczucia i serce, podczas gdy Benedykt XVI od zawsze opowiadał się po stronie rozumu. A rozum nie godzi się na przesadne okazywanie uczuć.
Różnica między obiema encyklikami nie jest wcale tak wielka, jakby się mogło na pierwszy rzut oka wydawać. Oba teksty stanowią rodzaj "wyjaśnień rządów", czyli - używając pana języka - zapowiadały program pontyfikatów. Obie encykliki stawiają człowieka w centrum zainteresowania Kościoła. Trzeba jednak zauważyć, że Jan Paweł II ogłaszał swój tekst w sposób bardziej autorytatywny, mniej dialogiczny. Tonem zasadniczym było pełne miłości przesłanie "dla nas ludzi i dla naszego zbawienia". Intrygujące, że Benedykt XVI porusza w zasadzie tę samą kwestię, ale w odmienny sposób. Jan Paweł II zapewne nigdy nie zdobyłby się na to, by na samym początku przywołać tekst Fryderyka Nietzschego, filozofa, który z chrześcijańskiego punktu widzenia był może nawet bluźniercą...
To nie grzech. Jednak przywołanie tezy autora "Tako rzecze Zaratustra" pokazuje, że Benedykt XVI nie wzdraga się przed otwartym dialogiem ze współczesnym światem, w którym jemu i nam przyszło żyć. Nie boi się podjąć wysiłku zmagania z Bogiem, który - jak wielu sądzi - jest nieobecny, a zarazem odczuwalny w ukradkowej bliskości. Benedykt XVI pragnie powiedzieć, za czym opowiada się chrześcijaństwo w pluralistycznym i wieloreligijnym świecie.
Zgoda, pierwsze odczucie może być takie, że "Deus caritas est" jest esejem teologicznym. Jednak moim zdaniem o wiele bardziej przypomina skróconą formułę chrześcijaństwa wypowiedzianą językiem współczesnej nauki, a zarazem językiem reklamy. Najwyraźniej dla Benedykta XVI ważne jest, by Kościół przemawiał na tych dwóch płaszczyznach. W roku 2004, jeszcze jako kardynał Joseph Ratzinger, prefekt Kongregacji Nauki Wiary, nie cofnął się, by wziąć udział w szalenie intrygującej dyskusji z wielkim niemieckim filozofem Jürgenem Habermasem. Przedmiotem debaty - jak pamiętamy - była relacja między religią i nowoczesnością, wiarą i rozumem. Otóż wydaje się, że ta encyklika stanowi kontynuację zapoczątkowanej wtedy dyskusji. Jestem przekonany, że dla tych, którzy poszukują duchowych konfrontacji, ba, lubują się w nich, gdyż one budzą z intelektualnej drzemki, "Deus caritas est" nie będzie tylko hitem jednego sezonu.
To pytanie, na które dziś nie mamy odpowiedzi. Jednak reakcje europejskiej inteligencji nie zdradzają sceptycznego czy niechętnego dystansu. Przeciwnie: obserwuję zdziwienie, zaskoczenie, ciekawość. Ponieważ ludzie cenią to, co wymagające na płaszczyźnie intelektualnej i duchowej. Jako teolog jestem wdzięczny papieżowi za encyklikę, gdyż nie trzeba się zbyt długo męczyć wyjaśnianiem ludziom tego, co przychodzi z Rzymu. Tekst papieża jest zrozumiały sam przez się, tak jak "Uczta" Platona.
Jako badacze religii przez długi czas myśleliśmy, że zanik tej ostatniej - szczególnie w jej chrześcijańskiej postaci - jest w Europie nieunikniony. Obecnie, ku wielkiemu zdziwieniu, wydaje się, że religia znów powraca, nie tylko w formie narastającej konfrontacji - np. debaty czy sporów z islamem - lecz również pod postacią duchowości, dojrzalszej po przejściach z sekularyzacją. Oczywiście z historycznego punktu widzenia zrozumiały jest fakt, że Europa w trakcie rozwoju swej kultury miała trudności z chrześcijaństwem, a zwłaszcza z jego wariantem katolickim. Kochająca wolność współczesność musiała torować sobie drogę wbrew oporowi Kościoła katolickiego, który nie bacząc na okoliczności i sytuację, piórem Piusa IX ogłaszał w 1864 roku ultrakonserwatywny "Syllabus". Jest przejawem jakiegoś tragizmu, że Europa uważała, iż musi wybierać pomiędzy wolnością a Kościołem. A więc - między wolnością a prawdą. Jednak w dobie komunizmu ludzie nauczyli się, że Kościół jest lepszym adwokatem prawdy, ponieważ uwalnia ich spod władzy innych ludzi i systemów politycznych i wiąże na powrót z Bogiem. Adoracja Boga okazała się ostatecznie skuteczniejszą bronią przeciw totalitaryzmowi i jego pragnieniu panowania. Właśnie to przesłanie stara się głosić współczesnym ludziom Benedykt XVI. Jest głęboko przekonany, że człowiek nigdy nie będzie bardziej wolny niż wtedy, kiedy pozostaje w prawdzie. Teraz rozumiemy, dlaczego na spotkaniu z młodzieżą w Kolonii w 2005 roku papież mówił, że młodzi nic nie stracą, lecz wszystko zyskają, o ile postawią w swoim życiu na Jezusa Chrystusa.
Kościół, jak niegdyś Odyseusz, musi znaleźć drogę między Scyllą a Charybdą. Jedną skałą, o którą Kościół może się rozbić, jest światowy fundamentalizm. Bo w istocie rzeczy pogardza on Bogiem, który w świecie działa przez swojego Ducha. Dla radykalnych fundamentalistów nasza współczesność znaczy dosłownie tyle, co diabeł. A to nieprawda, wręcz herezja.
Inną skałą jest pogłębiające się zeświecczenie Kościoła: poddanie się duchowi czasu. Oczywiście wspiera on w ten sposób nadzieje ludzi dziś żyjących, ale - co nieuniknione przy takiej logice - wzmacnia także "znaki śmierci" współczesnej kultury. Taka postawa również jest sprzeczna z zadaniami Kościoła. Kościół ma działać w świecie, ale musi mieć świadomość, że nie jest z tego świata. Powołując się na rozróżnienie biskupa Aleksandrii, św. Atanazjusza (296-373): jako chrześcijanie służymy "kyrios" w "kairos". Taka postawa jest szalenie trudna. Wymaga od nas z jednej strony empatii, a z drugiej profetycznego uporu. To nieusuwalny krzyż Kościoła, który musi on dźwigać. Jasne, że wielu chętnie by z niego zrezygnowało, gdyż nie są w stanie wytrzymać twórczego napięcia między Bogiem a światem.
Jan Paweł II w polityce zewnętrznej był liberałem. Jeśli zaś idzie o politykę wewnętrzną Kościoła, polski papież był - przynajmniej z punktu widzenia Europy Zachodniej - konserwatystą. W rezultacie wspaniałomyślnie pozostawił Benedyktowi XVI sporo wewnątrzkościelnych problemów do rozwiązania. Jednak dziś najważniejszy problem, któremu niemiecki papież będzie musiał sprostać, to dialog Kościoła z demokracją i wartościami, jakie ona obecnie ze sobą niesie. Czy będzie miał jeszcze czas i siłę, by poświęcić się i starać rozwiązać problemy dotyczące wewnętrznego życia Kościoła? Nie wiem, zobaczymy. Niektórzy obserwatorzy poczynań Benedykta twierdzą, że już podjął się tego zadania. Świadectwem jest choćby próba rozstrzygnięcia sporów o rozwód i ponowne zawieranie związków małżeńskich przez katoliczki i katolików... Pyta pan o to, czy papież sądzi, że warto udzielić poparcia liberalno-postępowym kręgom w Kościele? Liberalny model Kościoła wyczerpał się. Dlaczego więc papież ma obecnie pobudzać oddolne inicjatywy kościelne? Tak samo jak nie należy oczekiwać, że papież lekkomyślnie udzieli rozgrzeszenia stronie postępowej Kościoła, tak też - jak się wydaje - zachowa się wobec strony konserwatywnej. Nie, gdyż na poziomie intelektualnych dyskusji Benedykt jest bardzo tolerancyjny. Ba, ceni różnorodność. Ale nie można wykluczyć, że dla niemieckiego papieża najważniejsze jest to, by wesprzeć centrystyczny nurt w Kościele. Bo z jednej strony jest on - jak się zdaje - otwarty na dialog, z drugiej - ofensywny, jeśli idzie o przepowiadanie Dobrej Nowiny. Tak oto Kościół oparłby się skrajnościom: zarówno prawemu, czyli konserwatywnemu skrzydłu, jak i lewemu, liberalnemu. Byłoby wskazane, by papież w sprawach Kościoła nie koncentrował się na rozwiązywaniu pojedynczych problemów pastoralnych, ale stworzył nowe drogi ich rozstrzygania. Mógłby starać się zachować jedność Kościoła nie poprzez centralistyczny uniformizm, lecz zaryzykować rozwiązania systemowe, zgodnie z zasadą pomocniczości. Stąd można się zastanawiać, dlaczego nie podejmuje pomysłu powołania do życia patriarchatów kontynentalnych i rozwiązywania problemów lokalnych na poziomie regionu. Przecież - co oczywiste - inne są wyzwania pastoralne w Afryce, inne w Ameryce Łacińskiej. Dla Afryki centralna kwestia to epidemia AIDS, dla Ameryki Łacińskiej wołająca o pomstę do nieba niesprawiedliwość społeczna, zaś w Europie i Ameryce Północnej na plan pierwszy wysuwają się takie sprawy jak kwestia kobieca czy kultura seksualna. Jest znamienne, że "mistyk" Benedykt XVI nie zająknął się ani słowem na temat przywołanych tu kwestii, ani w czasie Światowych Dni Młodzieży, ani w swej pierwszej encyklice... Benedykt unika mówienia o drażliwych kwestiach moralnych, które dziś dzielą świat katolicki, ponieważ chce w ten sposób budować konsensus w mocno spolaryzowanym Kościele. Paradoksalnie szansą dla Kościoła może okazać się jego własna niemoc rosnąca w ostatnim czasie. Właśnie za jej sprawą Kościół zdobywa wolność i może w autentyczny sposób opowiedzieć się po stronie słabego i poszukującego człowieka. A tylko optując na rzecz wolności tak pojmowanej, sprawi, że stanie się ona w przyszłości interesująca dla coraz większej liczby ludzi. W tej fazie historii Kościoła Benedykt XVI odegra pozytywną rolę nie tylko dlatego, że retorycznie piętnuje niewłaściwe użytki z wolności i praw człowieka, ale także dlatego, że sposób jego wyrażania się jest wolny od wszelkiej symbolicznej przemocy. Rzeczywiście istnieją w Kościele kręgi, które zapomniały o tym wszystkim, czego Kościół przez wieki nauczał na temat soboru. Otóż zgromadzenie soborowe we wspólnocie z papieżem jest miejscem działania Ducha Bożego. Kto więc twierdzi, że sobór wpędził Kościół w kryzys, musi w konsekwencji powiedzieć: "Bóg wpędził swój Kościół w kryzys"! Być może kiedyś sam Bóg powie tym, którzy dziś obwiniają Vaticanum Secundum za kryzys katolicyzmu (o ile zechcą Go wysłuchać): "A teraz pokażę wam kryzys, któremu zapobiegłem, >>zwołując<< II Sobór Watykański". "Ach, więc tak to wygląda" - zdziwią się niektórzy. Kryzys ten - pomijając nasze kościelne zaniedbania - ma związek z tym, że konstantyńska era ostatecznie się zakończyła. Wiara i Kościół nie są już przeznaczeniem każdego człowieka, lecz stały się przedmiotem najbardziej osobistych wyborów. Nie jest łatwo żyć z tym Kościołowi.Obecna sytuacja jest przejściowym kryzysem kulturowym. Wymaga więc nowej postaci Kościoła. Nie wiemy jednak dokładnie, na czym ta nowość miałaby polegać, ponieważ nie ryzykujemy i nie podejmujemy duszpasterskich eksperymentów. Dużo chętniej - jak niegdyś Izraelici - wolimy ciepłe mięso w Egipcie niż pielgrzymkę w nieznane...
p
* ur. 1939, jest teologiem pastoralnym, dziekanem Wydziału Teologii Katolickiej na Uniwersytecie Wiedeńskim. Był doradcą Rady Konferencji Episkopatów Europy. Założył Forum Duszpasterskie dla Wspierania Kościołów w Europie Środkowej i Wschodniej oraz ośrodek kościelnych badań socjologicznych. Opublikował ponad 50 prac poświęconych socjologii religii. W kwietniu w wydawnictwie "W drodze" ukaże się "Schronienie dla duszy", pierwsza książka Paula M. Zulehnera w języku polskim.