Wywiad Cezarego Michalskiego z Aleksandrem Smolarem w dzisiejszej "Europie" warto czytać razem z innym, jakiego przed tygodniem udzielił "Dziennikowi" Jarosław Kaczyński. Obie rozmowy stanowią chwalebny wyjątek na tle nieprzyjemnego tonu połajanek z udziałem polityków i intelektualistów, jaki dominuje dzisiaj w polskich mediach. Kaczyński i Smolar, zamiast przerażać nas wizją wszechobecnego "układu" blokującego wszelkie działania nowej władzy albo perspektywą czyhającej tuż za rogiem dyktatury PiS - precyzyjnie definiują podstawowy front walki politycznej, jaka toczy się w Polsce od ponad pół roku.
Słowem-kluczem w obecnym konflikcie stało się "społeczeństwo obywatelskie". Nawet jeśli obie strony używają tego pojęcia w znaczeniu mocno odbiegającym od jego pierwotnego heglowskiego zastosowania (u Hegla społeczeństwo obywatelskie nie było równoważącym przeciwieństwem dla państwa czy polityki, ale ich przedłużeniem) - to sens przywołania pozostaje jasny. Społeczeństwo obywatelskie, czyli elity zawodowe, intelektualne autorytety i cała sieć instytucji wyłączonych spod bezpośredniej kontroli polityków - mają stanowić przeciwwagę dla rewolucyjnych ambicji władzy wygenerowanej przez ostatnie wybory.
Kaczyński pragnie przy użyciu państwa i polityki radykalnie przebudować społeczeństwo już nie tylko odziedziczone po PRL, ale też ukształtowane przez 16 lat istnienia III RP. Smolar uważa, że taki projekt jest zarazem anachroniczny i ryzykowny. Prezes Fundacji im. Stefana Batorego - broni po części także własnego autorytetu, jakim cieszy się w polskich elitach intelektualnych czy też wśród twórców polskich NGO-sów. Jarosław Kaczyński w strukturach społeczeństwa obywatelskiego pozycję ma więcej niż słabą. Stąd chęć złamania ich potęgi w oparciu o czystą partyjną politykę, w której prezes PiS odniósł bezprecedensowy sukces.
Kaczyński ma jeden problem, ale za to poważny. Partia, której przewodzi, jest mimo wyborczego sukcesu zbyt słaba, aby samodzielnie zrealizować radykalny projekt sanacji. A przymusowy towarzysz w osobie Andrzeja Leppera to dobry pretekst do buntu ze strony instytucji i elit, które prezes PiS chciałby "uzdrowić".