Jakie są prawdziwe zamiary Tariqa Ramadana? Czy rację mają ci, którzy uważają go za odnowiciela islamu, który ostatecznie pogodzi muzułmanów z Zachodem? Czy też ci, którzy sądzą, że Ramadan tylko udaje reformatora, a w gruncie rzeczy nigdy nie zerwał z islamskim fundamentalizmem? Gilles Kepel, jeden z najwybitniejszych europejskich znawców islamu, tłumaczy: "Racji nie ma ani jedna, ani druga strona. Aby to zrozumieć, trzeba przyjąć optykę Tariqa Ramadana, który fakt bycia wszystkim naraz postrzega jako coś absolutnie zrozumiałego i niesprzecznego. W tym sensie przypomina on wielu europejskich polityków, choćby Chiraca, którzy robią tak wiele, aby znaleźć się ponad podziałami prawica-lewica. Podobnie jak oni Ramadan zrozumiał, że ten, który jest w centrum gry, kontroluje wszystko".
p
Wraz ze zmierzchem komunizmu zniknęła ideologia, która miała - przynajmniej w teorii - reprezentować "wyklęty lud ziemi". Ma to poważne konsekwencje dla europejskiego islamu. Muzułmanie mieszkający na Zachodzie są w przeważającej większości ludźmi biednymi, mającymi ogromne kłopoty z awansem społecznym i znalezieniem pracy. Trudno się więc dziwić, że także w środowisku europejskiego islamu pojawiają się ersatze komunistycznej ideologii. Puste miejsce po komunizmie ma zostać zajęte dzięki ideologicznej ofensywie - zamianie niegdysiejszych haseł antyimperialistycznych na antyglobalizacyjną wulgatę. Taką właśnie strategię przyjął Tariq Ramadan, wnuk Hasana al-Banny (założyciela Bractwa Muzułmańskiego), umieszczony przez "Time" na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi świata. Aby precyzyjniej opisać jego postępowanie, należy je porównać z planami Bractwa Muzułmańskiego w Europie. Jego celem jest rozszerzenie islamskiej wspólnoty religijnej na wszystkich muzułmanów zamieszkujących Europę - walka toczy się tu o tych, którzy utracili wiarę. Ramadan ma zupełnie inny cel, wykraczający poza wymiar wspólnotowy - chce się znaleźć w centrum światowej mobilizacji antyglobalizacyjnej. I nadać jej tak wyraziście islamski charakter, że nie można go będzie potem wyrugować.
Taktyka przyjęta przez Ramadana - budowania "zielono-czerwonego" przymierza dzięki aliansom zawieranym ze środowiskiem Attacu, "Le Monde diplomatique" czy Kenem Livingstone'em, lewicowym merem Londynu, z którym jest szczególnie blisko - zawiera pewną zasadniczą trudność. Ramadan swoich sojuszników znalazł na radykalnej lewicy. Jednocześnie nie chce - i nie może - wyalienować się ze świata islamu. Tymczasem trudno pogodzić wymogi obu tych światów. Choćby w takiej kwestii jak stosunek do religii (znaczna część lewicowców uważa ją za "opium dla ludu") czy praw homoseksualistów.
Wraz z budowaniem kolejnych aliansów liczba sprzeczności wzrasta. Pewna część "bazy" wspólnotowej oskarża go o zdradę islamu. To samo dzieje się po drugiej, zachodniej, stronie. Ramadan zdobył sobie wielu sympatyków dzięki niezliczonym występom w telewizyjnych talk-show. Ten mistrz medialnej perswazji w oczach wielu Europejczyków stał się uosobieniem charyzmatycznego proroka, reformatora i gwaranta uniwersalistycznej, wyzbytej z przemocy formy islamu. Jednak także wśród jego "uniwersalistycznych" sympatyków postać Ramadana wzbudza pewne wątpliwości. Przykładem może tu być telewizyjna debata z Nicolasem Sarkozym, kiedy na oczach milionów telewidzów Ramadan nie chciał w sposób jasny i wyraźny potępić kamienowania kobiet praktykowanego w krajach islamu, ograniczając się do znacznie skromniejszej propozycji moratorium.
Taktyka Ramadana jest niezwykle trudna, może na dłuższą metę prowadzić do klęski, jednak nie skazuje na nią w sposób automatyczny. Żyjemy bowiem w świecie, gdzie sprzeczność nie przeraża już tak jak dawniej. Fakt, że zostaniemy na niej przyłapani nie oznacza jeszcze dyskwalifikacji. W czasach, kiedy media stały się głównym kanałem przekazu wartości, zaprzeczanie samemu sobie może wręcz oznaczać dodatkowy atut - niekonsekwencja jest bardziej widowiskowa niż stałość poglądów. To właśnie dzięki swym sprzecznościom Ramadan wzbudza nieustanną ciekawość dziennikarzy, którzy - nie wiedząc, czy mają do czynienia z diabłem, czy z aniołem - są coraz bardziej nim zafascynowani, umacniając jego pozycję światowego fenomenu medialnego.
Ramadan doskonale rozumie zasadę funkcjonowania mediów - swoją pozycję zawdzięcza w znacznym stopniu skandalowi, który udało mu się z pełną premedytacją wywołać jesienią 2003 roku. To właśnie wtedy w internecie pojawił się artykuł Ramadana zatytułowany "Critique des (nouveaux) intellectuels communautaires", z dopiskiem, że został on odrzucony przez "Le Monde" i "Libération", co przydało autorowi aureoli męczennika. Ramadan atakował w nim "francuskich intelektualistów żydowskich", którzy choć prezentują się jako myśliciele uniwersalistyczni, w sprawach takich jak Irak czy konflikt izraelsko-palestyński kierują się rzekomo przede wszystkim interesami wspólnoty żydowskiej. Była to w pełni przemyślana prowokacja, która dzięki "efektowi listy" - w artykule figurowały m.in. nazwiska Alaina Finkielkrauta, André Glucksmanna czy Bernarda-Henri Lévy - wzbudziła wielką wrzawę w paryskim światku. Zręczność Ramadana polegała na tym, że naganna forma jego wypowiedzi (lista Izraelitów, którzy manipulują francuskimi mediami), sprawiła, iż zaatakowani polemizowali przede wszystkim z formą wypowiedzi - emocjonalnie posługując się argumentem antysemityzmu - a nie z jej treścią. Co wśród znacznej części opinii publicznej umocniło przekonanie, że w Europie wszelka dyskusja na temat miejsca Izraela w definiowaniu polityki amerykańskiej na Bliskim Wschodzie (rola bez wątpienia ogromna) jest niemożliwa z uwagi na wszechobecność proizraelskiego lobby.
To wszystko nie daje jednak jeszcze odpowiedzi na pytanie: kim tak naprawdę jest Tariq Ramadan? Czy jest - jak chcą jego zwolennicy po islamskiej i europejskiej stronie - człowiekiem, który chce odmienić islam? Czy też - jak twierdzą przeciwnicy - znaczna część jego wypowiedzi ma jedynie charakter taktyczny: Ramadan składa swe pojednawcze deklaracje nie dlatego, że w nie wierzy, lecz jedynie dlatego, że stanowią one skuteczny środek do osiągnięcia ukrytych celów. Stąd tak częste zarzuty "podwójnego dyskursu". Nie jest to dylemat, który można w łatwy sposób rozwiązać. Tak naprawdę racji nie ma ani jedna, ani druga strona. Aby to zrozumieć, trzeba przyjąć optykę Tariqa Ramadana, który - jestem o tym całkowicie przekonany - fakt bycia wszystkim naraz postrzega jako coś absolutnie zrozumiałego i niesprzecznego. W tym sensie przypomina on wielu europejskich polityków, choćby Chiraca, którzy robią tak wiele, aby znaleźć się ponad podziałami prawica-lewica. Podobnie jak oni Ramadan zrozumiał, że ten, kto jest w centrum gry, kontroluje wszystko.
p
- politolog, profesor Institut d'Études Politiques w Paryżu, stały komentator francuskiej telewizji, jeden z największych zachodnich znawców współczesnej historii świata muzułmańskiego. W 1991 roku opublikował "La revanche de Dieu" ("Zemsta Boga"), przełożoną na ponad 20 języków książkę o politycznym odrodzeniu islamu, chrześcijaństwa oraz judaizmu i rosnącej roli religii u schyłku XX wieku (część książki poświęcona jest Polsce). W kolejnej głośnej książce "Święta wojna" (wyd. polskie 2004) opisywał dzieje środowisk radykalnych islamistów w różnych krajach, wieszcząc jednocześnie upadek fundamentalizmu. Oprócz tego opublikował "Les banlieues de l'islam" (1987). Niebawem w Polsce ukaże się jego książka: "Fitna. Wojna w sercu islamu". W "Europie" nr 78 z 28 września ub.r. opublikowaliśmy jego tekst "Koniec Londonistanu".