Najbardziej wyraziste tezy stawiają w dzisiejszej "Europie" Alain Besancon i George Weigel. Dotyczą one kondycji katolicyzmu - i to nie na świecie w ogóle, ale na naszym kontynencie. U źródeł i w sercu Zachodu.
André Malraux wypowiedział pół wieku temu swoje najsłynniejsze zdanie, ważniejsze niż wszystkie jego powieści. Brzmiało ono: "Wiek XXI będzie religijny albo nie będzie go wcale". Można się z nim zgadzać lub nie, ale te słowa zmuszają do uwagi. Są rodzajem zakładu, w którym stawką jest przeżycie.
Taki sam zakład proponują nam Besancon i Weigel. Besancon mówi: albo Kościół znów wystąpi jako wyrazista strona w najważniejszych konfliktach współczesności, przestanie udawać, że ze wszystkich stron otaczają go przyjaciele - albo zginie. Jego śmierć będzie powolna i niezauważalna. Odejdą od niego wierni, a niektórzy katoliccy intelektualiści i hierarchowie do samego końca będą nas zapewniać, że wojujący islam, agresywnie poszukujące wiernych nowe ewangelickie sekty czy walczący z religią europejscy radykałowie - to uprzywilejowani partnerzy Kościoła w poszukiwaniu wspólnego dobra.
George Weigel proponuje analogiczny zakład Europie. Mówi, że albo będzie religijna, albo nie będzie jej wcale. Ze swoim państwem socjalnym i godnymi podziwu liberalnymi instytucjami rozpłynie się w globalizacji. Zostanie zniszczona przez antyzachodnich i antyliberalnych fanatyków i nawet nie będzie potrafiła uzasadnić swojej odrębności, bo każde takie uzasadnienie musiałoby sięgać do religijnych fundamentów, z których wyrosły kiedyś europejski liberalizm i zasada społecznej solidarności.
W obu tych zakładach - o przetrwanie katolicyzmu i o przetrwanie Europy - kluczową rolę odgrywa Benedykt XVI. Zarówno Weigel, jak i Besanc,on w nim pokładają nadzieję, widząc w niemieckim papieżu jednego z ostatnich religijnych przywódców Zachodu. Ich zdaniem słusznie uznał on Europę za swój kluczowy teren misyjny.