Dziennik Gazeta Prawana logo

Unia Europejska narzuca relatywizm

5 listopada 2007, 12:16
Ten tekst przeczytasz w 16 minut

Rozmowa z George'em Weiglem otwiera blok poświęcony sytuacji Kościoła katolickiego po pierwszym roku pontyfikatu Benedykta XVI. Weigel podkreśla, że następca Jana Pawła II będzie skupiał się na dziele reewangelizacji Europy, zadaniu, które uznaje za niezmiernie ważne - zwłaszcza w sytuacji, gdy Unia Europejska promuje ustawodawstwo rażąco sprzeczne z normami Kościoła w kwestii równouprawnienia par homoseksualnych czy aborcji. "Spodziewam się, że papież będzie wywierał presję na Unię Europejską, by powróciła do swoich korzeni. Jej twórcy - Schuman, Adenauer i De Gasperi - byli przecież chrześcijańskimi demokratami i myśleli o Europie jako o cywilizacji chrześcijańskiej. Powrót do tych podstaw jest konieczny, bo jak powiedział Jan Paweł II, odcięcie się od własnych korzeni oznacza śmierć".

p

Absolutnie nie. To nie miałoby żadnego sensu. Uważałem, że Jan Paweł II był wyjątkową postacią i nowy papież, ktokolwiek by nim został, powinien rozpocząć swój pontyfikat na nowo, a nie jako imitator. Kardynał Ratzinger przybrał imię Benedykta XVI ze względu na swoje głębokie przywiązanie do tradycji benedyktyńskiej, którą uważa za część kulturowych fundamentów Europy. To benedyktyni ocalili cywilizację w okresie, który przyjęło się nazywać ciemnym średniowieczem. Ojciec Święty chce, by Kościół odegrał podobną rolę w dzisiejszej Europie i świecie.

W tym wypadku nie mamy do czynienia z alternatywą "państwa narodowe lub Unia Europejska". Joseph Ratzinger napisał o Unii Europejskiej wiele rzeczy, z których wyziera obawa, że jej struktury polityczne prowadzą nas w kierunku tego, co rok temu nazwał dyktaturą relatywizmu. Przykładami mogą być zamiary Parlamentu Europejskiego narzucenia państwom członkowskim, w tym Polsce, legalizacji związków homoseksualnych. Albo presja wywierana przez Brukselę na Słowację, która zapisała w konkordacie prawo lekarzy do odmowy przerwania ciąży, jeśli uznaliby aborcję za sprzeczną ze swoim sumieniem. Ten zapis stał się przedmiotem ataku ze strony tak zwanych niezależnych ekspertów od fundamentalnych praw człowieka, według których możliwość przeprowadzenia aborcji jest międzynarodowym prawem człowieka i z tego względu lekarze nie mogą odmówić udziału w tym procederze. Debata, która rozgorzała w Bratysławie - nad konsekwencjami konfliktu z brukselskimi i strasburskimi mandarynami - tak bardzo zdestabilizowała koalicję rządową, że trzeba było rozwiązać parlament i rozpisać nowe wybory. Z drugiej strony, na poziomie państw członkowskich, mamy decyzję hiszpańskiego rządu, który niedawno postanowił, że na świadectwach urodzenia nie będzie się już używać słów "matka" i "ojciec", lecz jedynie "rodzic A" i "rodzic B", co jest konsekwencją zezwolenia parom homoseksualnym na adopcję dzieci. Istny obłęd. Byłoby to może nawet zabawne, gdyby nie fakt, że oznacza narzucanie relatywizmu przez władze państwowe.

Spodziewam się, że papież będzie wywierał presję na Unię Europejską, by powróciła do swoich korzeni. Jej twórcy - Schuman, Adenauer i De Gasperi - byli przecież chrześcijańskimi demokratami i myśleli o Europie jako o cywilizacji chrześcijańskiej. Powrót do tych podstaw jest konieczny, bo jak powiedział Jan Paweł II, odcięcie się od własnych korzeni oznacza śmierć.

Każdy, kto twierdzi, że Hiszpanie głosowali za obecnym rządem po to, by pozbyć się słów "matka" i "ojciec" ze świadectw urodzenia, jest szalony. To nie był wybór ludzi. Tym, czego chcieli, było uspokojenie terrorystów. Zwycięstwo partii socjalistycznej to skutek zamachów bombowych w Madrycie.

W tym konkretnym przypadku - do pewnego stopnia tak. Problem jest jednak poważniejszy. Wysoka kultura europejska została ogarnięta przez radykalny relatywizm. Istnieją oczywiście jednostki, które się temu sprzeciwiają - Pierre Manent we Francji, Rocco Buttiglione i Marcello Pera we Włoszech - ale generalnie dominuje sceptycyzm i relatywizm.

Jan Paweł II spędził 26 lat na ponownej ewangelizacji Europy i odniósł niezbyt wielki, ale znaczący sukces. Na przykład we Włoszech praktykuje dziś więcej katolików niż przed 25 laty. Ze swojej strony Joseph Ratzinger wykazał się wielką zdolnością skłaniania niewierzących do ponownego przemyślenia pewnych rzeczy. W roku 2004 przeprowadził słynną debatę z Jürgenem Habermasem o konstytucji europejskiej i fundamentach kulturowych, które powinna ona uwzględniać. Po paru tygodniach Habermas przyznał, że pewne sprawy rzeczywiście wymagają ponownego przemyślenia. Benedykt XVI ciągle jeszcze nie zgłosił swojej kontrpropozycji. Sądzę jednak, że uczyni to wkrótce - w najbliższych dniach w Polsce, jesienią w Niemczech i w Hiszpanii, do której, jak słyszałem, także się wybiera. To trzy okazje, by powiedzieć coś o europejskich problemach.

Nie wydaje mi się, by można było tak stawiać sprawę. Benedykt XVI został wybrany przy bardzo silnym wsparciu kardynałów z Afryki i Ameryki Łacińskiej. W przyszłym roku udaje się na pielgrzymkę do Ameryki Południowej, jest doskonale świadom presji wywieranej na Kościół przez radykalny islam i wypowiadał się na ten temat w bardzo zdecydowany sposób. Nie powiedziałbym więc, że jego pontyfikat ma tylko jeden priorytet. Chociaż jest prawdą, że jednym z powodów, które przesądziły o wyborze kardynała Ratzingera, było głębokie zatroskanie Kolegium Kardynalskiego stanem katolicyzmu na ziemiach, na których się rozwinął. Uznano go za człowieka, który może coś na to poradzić. Za kogoś, kto będzie kontynuować proces reewangelizacji rozpoczęty przez Jana Pawła II. Zobaczymy wkrótce, czy te nadzieje się ziszczą.

Benedykt XVI jest bardzo przekonującym nauczycielem. Ludzie przychodzą ponownie, by go posłuchać. Chętnie dowiedziałbym się - choć nie wydaje się to możliwe - ilu z nich to mieszkańcy Rzymu, którzy robią to regularnie. Innym czynnikiem jest to, że każdego dnia około 20 tysięcy osób pielgrzymuje do grobu Jana Pawła II. Ci ludzie zostają na audiencji generalnej.

Na pewno nie jest mniej otwarty na dyskusje. Spotyka się na przykład na debatach z księżmi z poszczególnych włoskich diecezji. Zapisy takich spotkań są później publikowane w "L'Osservatore Romano" czy "Avvenire". Ich lektura jest bardziej wartościowa od zapisu konferencji prasowej.

Zjawisko protestantyzmu w Ameryce Łacińskiej jest bardzo złożone. W wielu wypadkach, podobnie jak w Stanach Zjednoczonych, mamy do czynienia ze swoistą karuzelą - ludzie stają się na pewien czas zielonoświątkowcami, wracają do Kościoła katolickiego, a potem znów zmieniają wiarę. Bez względu na to, jak trwałe są te zmiany, stanowią one poważne wyzwanie dla Kościoła. Nie dochodziłoby do nich, gdyby był on w stanie zaspokajać potrzeby swoich wiernych. Kościół miał 500 lat na zapuszczenie korzeni w Ameryce Południowej. Dziś okazuje się, że nie są one wcale tak głębokie. Najwyższy czas, by zastanowić się nad przyczynami tego stanu rzeczy.

Wiele już napisano na ten temat. Ludzie odnajdują we wspólnotach zielonoświątkowców ciepłe i osobiste doświadczenie chrześcijaństwa. I motywację dla zmiany swojego zachowania. Bycie odpowiedzialnym i prowadzenie bardziej cnotliwego życia daje wymierne ekonomiczne korzyści, na przykład wtedy, gdy ojcowie rodziny przestają przepijać swoje zarobki i podejmują próby ich inwestowania. Zielonoświątkowcy dają poczucie oparcia we wspólnocie i pomagają sobie nawzajem osiągać pożądane zmiany w życiu.

To bardzo dobre pytanie. Nie znam na nie odpowiedzi.

Nie nastąpiła i nie nastąpi żadna zmiana w dziedzinie strategii. Tak jak Jan Paweł II, Benedykt XVI jest zdeterminowany, by szukać jakiegoś porozumienia z prawosławiem. Może odnieść w tym sukces, bo dla moskiewskiego patriarchy Aleksego dialog z nim może być łatwiejszy niż z papieżem Polakiem. Sytuacja tradycyjnych partnerów ekumenicznych - anglikanów, luteranów i kalwinistów - jest bardzo trudna. Wspólnota anglikańska przestaje w zasadzie istnieć. W oczywisty sposób ogranicza to możliwości współpracy i szukania porozumienia.

Na pewno coraz więcej anglikanów będzie wstępować do Kościoła katolickiego. Jednak nie jest to kwestia odzyskiwania terenu kosztem protestantów. Chodzi raczej o ewangelizację pogan, ludzi, którzy zostali dogłębnie zdechrystianizowani. Jeśli spojrzymy na ruch odrodzenia katolicyzmu w Europie, zobaczymy ludzi, którzy wyszli z nicości. Oni nie przeszli z jednego Kościoła do drugiego.

Benedykt XVI powiedział jasno, że warunkiem jakiegokolwiek poważnego dialogu z przywódcami muzułmańskimi jest to, by szczerze potępili przemoc popełnianą w imię Boga. Jeśli tego nie zrobią, nie ma w zasadzie o czym rozmawiać. Benedykt XVI, jak również jego współpracownicy, wypowiedział się także na temat wzajemności w kwestiach wolności wiary. Jak na razie w Rzymie działa meczet, a w Arabii Saudyjskiej nie można publicznie odprawiać mszy. Papież bardzo dobrze zdaje sobie sprawę z zagrożenia, jakie dla całego świata stwarza dżihadowski islam i pragnie wzmocnić siły umiarkowane w tym, co wydaje się być wojną kulturową wewnątrz świata muzułmańskiego.

Sądzę, że klasyczna doktryna wojny sprawiedliwej jest ciągle ważnym źródłem refleksji na ten temat. Mówi ona między innymi o konieczności działania wszelkimi środkami w celu zapobieżenia wielkiemu złu. W takiej właśnie sytuacji znaleźliśmy się teraz, w obliczu terroryzmu. Dziewiętnaście osób, które dokonało zamachów 11 września, to nie byli nędzarze czy wyklęty lud ziemi. To byli dobrze wykształceni i stosunkowo zamożni przedstawiciele klasy średniej, którzy uwierzyli w ideologię łączącą nihilizm z wypaczonymi przekonaniami religijnymi. Ideologię, która uważa morderstwo i samobójstwo za dobre rzeczy. Zacarias Moussaoui, którego proces niedawno się zakończył, powiedział, że jedyną rzeczą, jakiej żałuje w związku z 11 września, jest to, że w zamachach nie zginęło więcej ludzi. Musimy uniemożliwić tym ludziom dalsze działanie. Stworzyć warunki, w których nie będą mogli zaatakować ponownie. Terroryzm jest w coraz większym stopniu problemem transatlantyckim. Dał znać o sobie w Hiszpanii, w Wielkiej Brytanii, w Turcji. Bez wątpienia będziemy mieć z nim do czynienia także w innych krajach...

Demokracja może prowadzić do relatywizmu, ale nie musi. Na przykład w Stanach Zjednoczonych nie doprowadziła. Na razie. Obecne kłopoty demokracji dowodzą słuszności tego, czego Jan Paweł II uczył w encyklice "Centesimus annus". Warunkiem działania samorządnej wspólnoty jest istnienie ludzi posiadających określone cnoty. Jeśli tych cnót brakuje, Hamas lub Zapatero wygrywają wybory. Nie chcę przez to oczywiście powiedzieć, że Hamas i Zapatero to to samo, ale zwrócić uwagę na fakt, że demokracja nie może istnieć w oderwaniu od publicznej moralności. Tego właśnie uczy Kościół mniej więcej od ćwierćwiecza. Interwencja w Iraku miała wiele celów. Najbardziej doraźnym było odsunięcie od władzy morderczego maniaka, który dążył do odbudowy arsenału broni masowego rażenia przy pierwszej nadarzającej się okazji. Drugim - chęć zmiany sytuacji w regionie. To zajmie więcej czasu, choć widać już pewne postępy - poprawiła się sytuacja w Libanie, Libia pozbywa się broni. Długofalowym celem naszych zmagań jest natomiast stworzenie społeczeństw, które będą bezpieczne dla samych siebie i dla reszty świata. Jeden region nie może trzymać w szachu całego świata przez kolejne 50 lat, jak miało to miejsce w poprzednim półwieczu. Na to po prostu nie możemy się zgodzić.

Nigdy jednak ich nie potępił. Powiedział - tak w 1991, jak i w 2003 - że muszą istnieć inne sposoby rozwiązania problemu i do samego końca nalegał na działania pokojowe. Jednak wszystko, co mówił, opierało się na założeniu, że ostateczna decyzja należy do kogo innego. Na pewno preferował rozwiązanie dyplomatyczne, ale zdawał sobie sprawę, że w momencie podejmowania ostatecznej decyzji to nie jego poglądy przeważą.

Demokracja w swojej obecnej formie powstała w chrześcijańskiej Europie w epoce oświecenia. Dziś jednak nie ogranicza się do krajów chrześcijańskiego kręgu kulturowego. Japonia, Korea, Tajwan czy Indie są tego najlepszym dowodem. Oczywiście, demokracja zakorzenia się o wiele łatwiej na glebie wzbogaconej chrześcijańskimi przekonaniami, ale nie uważam, że tylko na niej może się rozwijać. Z drugiej strony muzułmańskie społeczeństwa mogą rzeczywiście mieć kłopoty z przystosowaniem się do demokracji, bo nie są przyzwyczajone do ostrego podziału na boskie i cesarskie, który jest warunkiem trwania demokratycznej formy rządów. W Turcji udało się wprowadzić demokrację, ale dokonano tego kosztem zupełnego wyrugowania religii z życia publicznego. Rzeczą o kapitalnym znaczeniu jest to, co - używając chrześcijańskiej terminologii - nazwałbym "rozwojem doktryny" w islamie. To, czy islam zdoła zdefiniować siebie w taki sposób, by stać się podporą dla demokracji, jest jednym z najważniejszych pytań XXI wieku.

Jako papież Benedykt XVI nie wypowiadał się na ten temat. Jako kardynał Joseph Ratzinger zwracał rzeczywiście uwagę na fakt, że w wyniku akcesji Turcji Unia zostałaby sprowadzona do strefy wolnego handlu czy struktury politycznej, której członkami równie dobrze mogłyby zostać RPA czy Indie. Jeśli Turcja może być członkiem UE, dlaczego nie Mongolia? To z tego powodu zamiast pełnego członkostwa kardynał Ratzinger zaproponował Turcji pewien rodzaj partnerstwa, dzięki któremu kraj ten miałby wszelkie ekonomiczne korzyści członkostwa. Kardynał Ratzinger chciał zwrócić uwagę na korzenie kulturowe, które nie są wspólne Europejczykom i Turkom. Europa powinna być projektem cywilizacyjnym budowanym na dziedzictwie Jerozolimy, Aten i Rzymu. To tam tkwią korzenie europejskości, nie w Mekce czy Medynie.

p

, ur. 1951, katolicki teolog, publicysta, wykładowca Ethics and Public Policy Center w Waszyngtonie, redaktor wpływowego miesięcznika "First Things". Obok Richarda J. Neuhausa i Michaela Novaka jest jednym z najważniejszych katolickich intelektualistów amerykańskich, którzy poparli tamtejszą rewolucję konserwatywną oraz obecną politykę George'a W. Busha. W Polsce znany jest przede wszystkim jako autor fundamentalnej biografii Jana Pawła II "Świadek nadziei" (2000). Oprócz tego po polsku wydano jego książki "Ostateczna rewolucja. Kościół sprzeciwu a upadek komunizmu" (1994) oraz "Sześcian i katedra" (2006) - fragment tej ostatniej publikowaliśmy w "Europie" nr 42 z 19 października ub.r.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj