Zdzisław Krasnodębski, polemizując z Rafałem Matyją, zwraca uwagę, że swoisty kryzys zaufania trapiący polskie życie publiczne ostatnich lat i przesądzający o doraźnym i okazjonalnym charakterze podejmowanych działań politycznych jest problemem, który wykracza poza granice polityczności, problemem, którego sama polityka nie jest w stanie rozwiązać. "Gdy w grę wchodzi całość - a w Polsce idzie o całość - trudno o normalną politykę. Ów brak zaufania nie dotyczy przecież tylko polityki. Polskie życie publiczne i społeczne przenika nieufność, która wskazuje, jak bardzo nienormalna jest polska rzeczywistość i jak mocno ciąży przeszłość - ta dawniejsza i ta nowsza, sprzed i po 1989".
p
Rafał Matyja trafnie opisuje sytuację w Polsce. Zagrożeniem nie jest dyktatura, lecz chaos, nie nazbyt dalekosiężne plany przywódców politycznych, lecz doraźny i okazjonalny charakter ich działań. Słuszne wydaje mi się również stwierdzenie, że przełom był niespodziewany, przypadkowy, że był wynikiem całkiem niekoniecznego konfliktu części elity III RP z inną - czyli afery Rywina. Poszło o pieniądze i władzę, a nie o różnice programowe, różnice wizji Polski. Na początku trudno było przewidzieć konsekwencje. Gdy zaczynała się dyskusja wywołana słynnym nagraniem, Aleksander Smolar pisał: "Nic nie wskazuje na to, aby PO i PiS stały się dla Sojuszu poważną konkurencją, nawet jeżeli łączyło je będzie więcej niż dziś. Nie można jednak wykluczyć hipotezy postępującej polaryzacji sceny politycznej, populistycznego buntu przeciwko establishmentowi - zarówno lewicowemu, jak i prawicowemu, bo w oczach nieufnej większości społeczeństwa nie ma wielkiej różnicy - a więc zwycięstwa Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin. Inna możliwość: SLD zdobywa mimo wszystko najwięcej głosów, ale nie jest w stanie znaleźć wystarczająco silnych partnerów dla uformowania większości, resztę pola politycznego zajmuje zaś gwiazdozbiór partii i partyjek niezdolnych do współrządzenia" ("Rzeczpospolita", 7 lutego 2003). PO i PiS okazały się tak skuteczną alternatywą, że SLD został zdegradowany do poziomu parlamentarnego planktonu, nie doszło - i zapewne nie dojdzie - do populistycznego buntu, choć nie brakuje oskarżeń o populizm. PO i PiS zbliżyły się do siebie, bez czego nie byłoby zapewne zwycięstwa w wyborach parlamentarnych, ale dzisiaj patrzą na siebie z ogromną niechęcią, by nie powiedzieć - ze wstrętem.
Przypadek goni przypadek. Jednak patrząc z innej perspektywy - ducha dziejów czy też "duszka" polskiej historii - to, co jest przypadkiem, zyskuje rangę konieczności. Nawet zwolennicy III RP sądzą, że wyczerpała one swoje cele, że jej schyłek nie był czymś zaskakującym. Dawne struktury trzeszczały coraz wyraźniej, nowe pokolenie napierało na starsze, zmieniła się także sytuacja międzynarodowa. Coraz wyraźniej okazywało się, że zasadniczy zwrot polityki jest konieczny. III RP doszła do ściany. Uzasadnione rozczarowanie powyborcze wynika stąd, że wydaje się, iż szukając wyjścia z labiryntu, będziemy tłuc bezskutecznie o tę ścianę albo błądzić bez wyraźnego celu i planu.
Z dyskusji ostatnich lat wyłoniły się zarysy nowego "pomysłu na Polskę". Z obywatelskiego punktu widzenia jest rzeczą całkowicie drugorzędną, kto - która partia - ten program politycznie zoperacjonalizuje i zrealizuje. Pojawili się dwaj kandydaci: PiS i PO. Wydawało się, że nie ma różnic w ich diagnozie sytuacji oraz że - co więcej - gotowi są razem dokonać reform. Już po wyborach Jan Rokita pisał: "Kraj, w którym dwa główne kłopoty życia publicznego to obrzydliwie bezideowa i skorumpowana władza oraz złe instytucje paraliżujące przedsiębiorczość, co skutkuje dramatem na rynku pracy, to kraj stojący par excellence w obliczu konserwatywno-liberalnego wyzwania. Polska jest dziś takim właśnie krajem. Jeśli z ostatnich wyborów próbować odczytać racjonalną Wolę Narodu - to wolą tą jest konserwatywno-liberalna rewolucja. To dlatego właśnie większość z nas, głosując na PiS, głosowała na PiS sprzymierzony z Platformą" ("Gazeta Wyborcza", 3 listopada 2005). Jednak nie udało się skonstruować większości parlamentarnej i przez wiele tygodni łamano sobie w Polsce głowę, dlaczego nie doszło do powstania rządu POPiS-u. Znakomita większość opinii publicznej opowiadała się za powstaniem takiej koalicji, mimo że podziały z każdą chwilą stawały się coraz głębsze. Według jednej z hipotez (a raczej całej ich grupy) przyczyn należy szukać w psychologii. Udaremnić porozumienie miałyby urażone ambicje oraz trauma podwójnej klęski ze strony PO lub triumfalizm, instynkt walki czy wręcz niepohamowane intryganctwo ze strony PiS. Ci, którzy obarczają winą obie strony, mówili o genie destrukcji polskiej prawicy, o pułapce zastawionej przez Aleksandra Kwaśniewskiego. Gdyby hipoteza ta była prawdziwa, świadczyłoby to o tym, że prawicowi politycy nie sprostali zadaniu, jakie przed nimi stanęło. Sięgano także po wyjaśnienia z zakresu swoistej "teorii gry". Wedle tej hipotezy koalicja nie powstała, bo negocjatorzy "zakiwali się", "przechytrzyli", bo zdarzył się "wypadek przy pracy". Walka o podział władzy w rządzie podważyła chwiejny konsens programowy. Hipoteza ta wskazuje wprawdzie na racjonalne motywy działań niedoszłych koalicjantów, ale racjonalne jedynie w wąskiej logice partyjnej, bardzo partykularnej i obliczonej na doraźne korzyści, z irracjonalnym i destrukcyjnym rezultatem końcowym.
Trzecia hipoteza odwołuje się do istnienia ukrytych, dalekosiężnych planów. Zgodnie z nią celem PiS od początku nie była chwilowa koalicja z PO, lecz coś innego, większego. Powiada się, że chodziło i chodzi o budowę wielkiej partii ludowo-konserwatywnej. Po podwójnym zwycięstwie otworzyły się możliwości, które należało wykorzystać. Ten wielki, początkowo tajny plan miał być jednak obliczony nie tylko na tworzenie nowej formacji, lecz także na rozbicie Platformy i przejęcie części jej elektoratu. Rzeczywiście - przez pewien czas spekulowano, czy Platforma długo jeszcze wytrzyma nacisk i czy niektórzy jej członkowie nie ulegną pokusie współrządzenia. Ale to już przeszłość. Z kolei ze strony Platformy miałyby to być plany przejścia do opozycji i liczenie na nowe wybory. Chodziło o dominację skrzydła biznesowo-liberalnego. Jeszcze przed wyborami krążyły plotki, że po wyborach Jan Rokita jako premier zostanie po jakimś czasie zastąpiony Janem Krzysztofem Bieleckim.
Według czwartej hipotezy chodzi o walkę między układem postkomunistycznym a reformatorami. Rzeczywiście trudno sobie wyobrazić, by ten pierwszy chciał poddać się bez walki. Powstanie zwartej koalicji mogłoby mu zagrażać. Według innego wariantu tej samej hipotezy PO stała się partią chroniącą dawny układ. Zgodnie z opinią kierownictwa PiS świadczyło o tym domaganie się "resortu siłowego" czy tajemnicze odwiedziny polityka X u Jarosława Kaczyńskiego w dniu wyborów prezydenckich.
Żadna z tych hipotez nie da się ostatecznie zweryfikować - być może kiedyś uczynią to historycy. Być może w każdej z nich tkwi ziarno prawdy. Niektóre proste wyjaśnienia można jednak dość łatwo sfalsyfikować. Gdyby PiS chciało koalicji z Samoobroną i LPR, to znając skwapliwość tych partii, gdy chodzi o wejście do rządu, na pewno od razu by ona powstała. Powołanie Zyty Gilowskiej na stanowisko wicepremiera pokazuje, że PiS było w sprawach personalnych gotowe na ustępstwa. Pewne jest również, że gdyby PO chciała wejść do rządu, to koalicja także by powstała, być może jednak za cenę rezygnacji z części ambicji, a nawet pewnego podporządkowania się PiS.
Rzecz jednak w tym, że - jak słusznie zauważa Rafał Matyja - różnice w diagnozie okazały się nie do pogodzenia. Jego zdaniem zbyt pochopnie uznano obie pretendujące do władzy partie za "prawomocnych egzekutorów wyroku" na III RP. Zwraca on także uwagę na ogromny deficyt zaufania, na brak partii z prawdziwego zdarzenia i na bezsilność elit lokalnych.
Przyznaję, że można być rozczarowanym. Ale czy rzeczywiście takie zaufanie może być wytworzone przez politykę? Gdy w grę wchodzi całość - a w Polsce idzie o całość - trudno o normalną politykę. Czy władza może rzeczywiście na nowo zdefiniować "reguły publicznego zaufania i obliczalności"? Co to znaczy "system wzajemnych gwarancji", jak miałby on wyglądać? Jakie gwarancje można dać w takiej sytuacji, aby przywrócić zaufanie? Komu tak naprawdę można ufać?
Krawiec tak kraje, jak mu materii staje - choć być może bardzo dobry krawiec potrafiłby wykroić więcej. Ów brak zaufania nie dotyczy przecież tylko polityki. Polskie życie publiczne i społeczne jest przeniknięte nieufnością, która wskazuje, jak bardzo nienormalna jest polska rzeczywistość i jak mocno ciąży przeszłość - ta dawniejsza i ta nowsza, sprzed i po 1989. Jedni nie ufają postkomunistom i ich licznym przybudówkom - i słusznie. Afery ostatnich lat sprawiły, że wzrosła chroniczna nieufność do liberalnych elit III RP, również tych, które wywodzą się z dawnej opozycji. Z kolei ludzie o liberalnych poglądach nie ufają ludziom o tradycyjnych poglądach (nie mówiąc już o słuchaczach Radia Maryja), a politykę PiS uważają za zmierzanie prostą drogą do dyktatury. Trudno uznać, by komentarze Wiktora Osiatyńskiego, Waldemara Kuczyńskiego czy Stefana Niesiołowskiego przepojone były zaufaniem do przeciwników politycznych.
Ponownie ujawnił się głęboki podział polskiego społeczeństwa. Nie jest to już prosty podział na postkomunistów i obóz sierpniowy, który został odkryty przez socjologów akurat w chwili, gdy zaczął przybierać nowe formy. Jest to podział na z jednej strony tych, którzy w zasadzie dobrze czuli się w III RP, albo - jeśli chcieli zmian - to jedynie w postaci głębszej liberalizacji, otwarcia gospodarki i społeczeństwa, oraz z drugiej strony tych, którzy uznali samą konstrukcję III RP za patologiczną i sądzili, że przede wszystkim należy wzmocnić państwo. W wyniku załamania się systemu III RP część elektoratu, w tym znaczna część dotychczasowych elit, została pozbawiona swojej politycznej reprezentacji - UW, a potem PD zeszły do grobu, nie powiodło się stworzenie lewicowej alternatywy dla SLD. Teraz ci ludzie swoje nadzieje wiążą z PO, która wciąż jeszcze się wzbrania, ponieważ wielu jej działaczy jest świadomych, że chodzi tu o wprawdzie wielce wpływową, ale jednak niewielką część społeczeństwa.
Niepokojąca i zniechęcająca jest przy tym zauważalna regresja myślowa - liberalno-konserwatywny program modernizacji Polski rozpływa się coraz bardziej. Niektórzy wybitni intelektualiści związani z PO powielają sposób myślenia Adama Michnika - i to ten z początku lat 90. Różnią się jedynie pozytywnym stosunkiem do lustracji. Także po prawej stronie w wyniku bezpardonowych ataków antypisowskiej elity następuje redukcja do diagnoz i działań z początku lat 90.
p
, ur. 1953, socjolog, historyk idei, publicysta. Od 1976 do 1991 wykładał socjologię teoretyczną i filozofię społeczną na Uniwersytecie Warszawskim. Obecnie jest profesorem uniwersytetu w Bremie i Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Zajmował się m.in. niemiecką socjologią i filozofią polityki, wprowadzał do polskiego obiegu intelektualnego dorobek Maxa Webera - pod jego redakcją ukazał się (jeszcze w drugim obiegu) słynny wybór tekstów Webera "Polityka jako zawód i powołanie". Oprócz tego wydał m.in.: "Rozumienie ludzkiego zachowania", "Upadek idei postępu", "Postmodernistyczne rozterki kultury", "Demokrację peryferii" oraz "Drzemkę rozsądnych". Jest stałym współpracownikiem "Europy" - ostatnio publikowaliśmy jego tekst "Polski katastrofizm - wydanie zagraniczne" (nr 8 z 22 lutego br.).
p
Polska znalazła się pod rządami Sytuacji. Wszystko zaczęło się w styczniu 2003 roku, kiedy Sejm postanowił powołać komisję śledczą do zbadania sprawy Rywina. Zmiana opinii i postaw, jaka była wynikiem jej prac, niemal od razu stała się ważniejsza od tego, co można było zapisać w raporcie końcowym.
Załamanie się istniejącego dotąd porządku politycznego nie oznaczało przy tym nadejścia nowego ładu, lecz stopniowe utrwalanie się stanu niepewności i nieprzewidywalności. Nikomu nie udało się przejąć kontroli nad biegiem wydarzeń i zapanować nad Sytuacją, która niepostrzeżenie osiągnęła władzę niemal absolutną.
U źródeł tego panowania są oczywiście zdarzenia z przełomu roku 2002 i 2003. Nie tyle nawet sama publikacja w "Gazecie Wyborczej", ile powołanie komisji śledczej i decyzja o jawnym charakterze jej prac. Prace komisji nie tylko odwróciły role i pozwoliły politykom na zadawanie trudnych pytań dotychczasowym arbitrom, ale także wystawiły na ciężką próbę cały postkomunistyczny układ wzajemnych gwarancji i zmowy milczenia. Rządy w Polsce powoli przejmowała Sytuacja, do czasu jeszcze skryta za plecami dwóch rewolucji.
Pierwsza z nich - rewolucja komunikacyjna, dokonała się za sprawą transmisji z prac komisji śledczej, dzięki którym każdy inteligentny urzędnik, prokurator czy policjant mógł sobie zadawać pytanie, jak on poradziłby sobie przed komisją. Bieg politycznych dyskusji wytyczały kolejne prasowe przecieki - afery rzeczywiste i pozorowane. Załamał się system wzajemnego zaufania, na którym oparta była solidarność polityczno-gospodarczych networków i bierność organów ścigania.
Największe zmiany zachodziły jednak w mediach. Tu triumfy święciła rewolucja semantyczna. Powodowała ona uprawomocnienie się pojęć wskazujących na dominację układów nieformalnych w polskim życiu politycznym.
Wielu obserwatorów brało te dwie rewolucje - komunikacyjną i semantyczną - za początek nowego porządku. Pochopnie uznawało obie pretendujące do władzy partie centroprawicowe za prawomocnych egzekutorów wyroku, który opinia wydała na długo przed wyborami. Logika wypadków pchała niedoszłych koalicjantów do konfliktu. Jednak fiasko rozmów zostało zapoczątkowane i przypieczętowane przez gigantyczny deficyt zaufania umawiających się stron. Zarówno pamięć wydarzeń lat 1991-1993, jak i brak wspólnej diagnozy kryzysu lat 2003-2005 stwarzały kulturowe przesłanki daleko posuniętej nieufności.
Fundament niepowodzenia owej koalicji leży bowiem w niezdolności elity politycznej do umiejętnego lokowania i budowania zaufania. Dostrzeżenie negatywnego charakteru reguł ustrojowych III RP powinno prowadzić do sformułowania na nowo wizji pozytywnej. Pierwsze miesiące rządów PiS nie doprowadziły jednak do przełamania owego negatywizmu. Przeciwnie, w wielu miejscach wzmocniły tę optykę.
W rezultacie Polską dzisiejszą rządzi Sytuacja: wypadkowa doraźnych kalkulacji i interesów, pochodna stanu społecznych emocji i ujawnianych przez media zakulisowych gier. Jej sojusznikiem jest stan powszechnej nieufności i niepewności. Przełamać może go tylko władza, która na nowo zdefiniuje reguły publicznego zaufania i obliczalności.