Andrzej Nowak swoim tekstem nawiązuje do dyskusji, którą na naszych łamach toczyli Rafał Matyja i Zdzisław Krasnodębski, i do pytań, na które obaj starali się odpowiedzieć: na czym polega patologia polskiego życia publicznego i w jaki sposób można ją uleczyć. Matyja pisał o braku zaufania w polityce, zdaniem Krasnodębskiego od braku zaufania istotniejsze są głębokie podziały społeczne wytworzone przez PRL i zakonserwowane w III RP. Nowak kontynuuje myśl Krasnodębskiego: konflikty między partiami są czymś naturalnym, nie należy ich na siłę usuwać - oznaczałoby to bowiem powrót do sztucznego i szkodliwego "kompromisu", na którym zbudowana była III RP. Spór programowy między PO i PiS jest sporem jak najbardziej realnym.
PO reprezentuje w nim wedle Nowaka pogląd, że demokracja ma na celu przede wszystkim ochronę praw indywidualnych. PiS optuje za "republikanizmem", w którym "lud" zyskuje przewagę nad elitami i staje się głównym podmiotem w polityce.
p
Miało być inaczej. Budowa IV RP (na gruzach III i jej autorytetów) - w zgodnej współpracy PiS i PO. Ostatni przedstawiciele gatunku SLD w Białowieży. Oklaski mediów (ich obalony imperator z minionej epoki - gdzieś na Wyspach Kanaryjskich). Powrót do Polski. No i wróciliśmy. Z dalekiej podróży. Wróciliśmy do sytuacji, która łudzi znów swoim podobieństwem do tej z czerwca 1992 roku. Co się zatem stało? Kto winien? Najczęściej pada jedno nazwisko: Kaczyński (Jarosław). "Miałeś chamie złoty róg...", powtarzają (z satysfakcją) mędrcy, których imię (jak to zwykle z mędrcami bywa) jest legion. Na tle niezliczonych psychologicznych analiz wypaczeń i błędów w charakterze prezesa PiS ujmuje oryginalnością analiza zaproponowana przez Rafała Matyję ("Jej Wysokość Sytuacja", "Europa", nr 10 z 8 marca 2006). Opisuje on stan obecny jako rządy Sytuacji - "wypadkowej doraźnych kalkulacji i interesów, pochodnej stanu społecznych emocji i ujawnianych przez media zakulisowych gier". Jako źródło owych rządów Sytuacji wskazuje "stan powszechnej, zinstytucjonalizowanej nieufności". Odpowiedzialnością - nie za wytworzenie tego stanu, ale za jego trwanie i niezdolność do jego przezwyciężenia - obciąża ostatecznie Matyja sprawujące formalnie rządy PiS. Nie pisze jednak o "kłótliwości", "awanturnictwie", "chorobliwej mściwości" lidera tej formacji, ale stawia swoją diagnozę poważniej: to brak "wizji politycznej definiującej obszary zaufania i nieufności". Brak sformułowanej w exposé prezesa PiS lub jego brata prezydenta odpowiedzi na pytanie "komu i czemu ufacie". Nawiązując do tego tekstu, Zdzisław Krasnodębski zwrócił uwagę (w poprzednim numerze "Europy"), że trudno winę za ogromny deficyt zaufania zrzucić na jednego człowieka, jedną partię, nawet na całą politykę. Po PRL zostały w społeczeństwie polskim głębokie podziały, które 16 lat III RP uzupełniło nowymi, nie mniej ostrymi. Podziały są wyrazem konfliktu nie tylko interesów, ale i racji, a nawet - "programów dla Polski". Wynikające stąd spory i brak zaufania do przeciwników politycznych nie są czymś nienaturalnym. Szkodliwy jest natomiast regres do sytuacji, w której postrzegamy tylko konflikt z naszymi przeciwnikami - i nic poza tym.
Po tej korekcie, jaką do diagnozy Matyi zdaje się wprowadzać tekst Krasnodębskiego, warto może iść dalej, bo kierunek analizy przez nich wytyczony prowadzi do pytań zasadniczych. Czego chce PiS? Czego chcą Polacy, obywatele tego kraju, mieszkańcy tego kraju (te trzy kategorie nie są zbieżne)? Czy można określić "obszary zaufania i nieufności" między programem politycznym partii, która wygrała wybory, ale nie uzyskała większości - a trzema wspomnianymi kategoriami, które opisują w różny sposób najważniejszy dla sprawujących władzę w Polsce układ odniesienia? Jak można "obszary zaufania" powiększyć i zredukować pole nieufności w takich relacjach? Te pytania wydają mi się ważniejsze od kwestii (też na pewno istotnej), jak budować zaufanie między głównymi graczami na politycznej scenie. Zaufanie w tym ostatnim przypadku (np. między PiS i PO czy PiS i Samoobroną) jest, a w każdym razie powinno być dopiero pochodną odpowiedzi na pierwsze pytanie, jakie każda z głównych partii na polskiej scenie politycznej winna sobie postawić: jaki program, jaka wizja zmian (lub ich powstrzymania) łączyć ją może z elektoratem? Rozpoczynając w ten sposób te rozważania, daję wyraz przekonaniu, że nie jakieś względy psychologiczne (wspomniane już "skazy na charakterze" braci Kaczyńskich czy też postawa dzieci obrażonych niespodzianą przegraną - po stronie PO) są podstawową przyczyną ujawnionej po wyborach "nieufności" między nimi. Programy ("wizje" polityczne) PiS i PO są zasadniczo różne. Czego chce PiS? Naprawy państwa - tak brzmiałaby chyba najkrótsza odpowiedź ze strony liderów tej partii. Trudno tworzyć pole zaufania z tymi, których uważa się za odpowiedzialnych za psucie państwa. To jest pole walki. Z kim? Prezes PiS wielokrotnie mówił o układzie, którego najważniejszymi elementami są pozaprawne, nastawione na wspieranie wzajemnych interesów (kosztem interesu publicznego) związki ludzi "służb" (dawnej SB, WSI), polityków, biznesu, mafii. Jak widać w ostatnich miesiącach, można już mówić nie o "czworokącie", ale raczej "sześciokącie", który uzupełniły powiązania czterech wyżej wymienionych elementów z ludźmi mediów i aparatu sprawiedliwości. Nie wszyscy (poza PiS) politycy, nie wszyscy biznesmeni, dziennikarze i sędziowie znajdują się w tym polu oczywistej "nieufności" - jedynie ci, którzy weszli w interesowne układy i w nich oraz dla nich funkcjonują. A jednak w tej walce z "biznesmenami", "dziennikarzami", "sędziami" jest coś więcej niż tylko chęć usunięcia oczywistych patologii, z których środowiska te (w dużej części) najwyraźniej nie chcą się oczyścić. PiS zdaje się chodzić rzeczywiście o coś więcej. O próbę odwojowania dla demokratycznej polityki tej pozycji i siły, którą we współczesnej rzeczywistości ograniczają media, banki i sądy. Każdy z tych kluczowych podmiotów, powołując się na swą niezawisłość od polityki, broni zarazem swej kontroli nad olbrzymim zakresem realnej władzy: władzy nad informacją, władzy nad pieniądzem, władzy nad wymiarem, a przede wszystkim interpretacją sprawiedliwości. Demokratycznie wybrana reprezentacja polityczna jest tutaj traktowana jako naturalny rywal - chyba że akceptuje ona swe ograniczone kompetencje. Jeśli je akceptuje, musi zadowolić się - w najlepszym razie - rolą sługi procesów "modernizacyjnych".
Czym jest owa modernizacja, której państwo ma służyć? To już definiują media, a raczej wybrani przez nie Eksperci - którzy naturalnie mają prawo "wiedzieć lepiej" od wyborców, co jest dobre, a co złe (np. dobry jest Balcerowicz, a zły każdy, kto na niego - symbolicznie - podnosi rękę). Ramy owej modernizacji określa ekonomia, o której racjach wyrokuje Bank. Na straży całego systemu stoi prawo, którego kierunki działania i ewentualnych zmian wskazuje także niezależny od władzy politycznej Trybunał. Dla polityki wyrażającej się w próbie reprezentacji wyborców przez prezydenta, w parlamencie i wyłanianym w nim rządzie pozostaje tylko organizacja sprawnego aparatu administracyjnego, uchwalanie i realizowanie ustaw, jakie podobają się Mediom, Bankowi i Trybunałowi (oczywiście nie zawsze istnieje zgoda między tymi trzema czynnikami - występuje ona jednak na pewno wobec ich wspólnej rywalizacji z demokratyczną polityką o wpływ na rzeczywistość). Zdecydowana większość rządów w Polsce po 1989 roku akceptowała to ograniczenie. A jednak nie wszystkie. Nie zaakceptował go Leszek Miller. To właśnie warto przypomnieć, by zrozumieć, iż PO w swych wyborczych deklaracjach także odwoływała się do hasła naprawy państwa. I nie musimy zakładać, że robiła to nieszczerze. Diagnoza zepsucia była tu jednak inna. Miało ono polegać nie tylko i nie tyle na korupcji aparatu państwowego, zaprzęgniętego przez SLD w służbę interesom (politycznym i finansowym) ludzi tej jednej formacji, ale przede wszystkim na podjętej przez Leszka Millera próbie ostatecznego podporządkowania im także pozostałych - poza aparatem administracyjnym - filarów publicznego porządku: mediów, biznesu, wymiaru sprawiedliwości. Z pozoru dopatrzyć można się w tej próbie analogii z poczynaniami PiS - i wojujące z "partią braci Kaczyńskich" media czynią to codziennie. Jest jednak różnica: Miller nie chciał rozbijać "układu", chciał przejąć nad nim kontrolę. Nie chciał zlikwidować korupcji, ale chciał ją systematycznie wykorzystywać dla potrzeb swojej partii i jej klientów. I jeszcze jedna różnica: używając służb, kontaktów w środowisku uwłaszczonej nomenklatury oraz wpływu w całym sektorze finansowym, wreszcie kontroli nad mediami publicznymi (niezmiennej w istocie od 1989 roku, co najlepiej symbolizują nazwiska trzech pierwszych kierowników Radiokomitetu: Drawicz, Rywin, Dworak) i zbudowanego w PRL aparatu sprawiedliwości, Miller starał się w istocie zwieńczyć tylko proces formowania III RP jako państwa postpeerelowskiego. Państwa, w którym władzę i wpływy zachowałaby ta sama co w PRL "elita" - przez uzyskaną kontrolę nad całym systemem państwowym, przez podporządkowanie całego "układu" jednemu ośrodkowi dyspozycyjnemu. Mechanizm demokratyczny, kolejne wybory, miał mieć charakter już niemal wyłącznie fasadowy. Tak się jednak nie stało. W elicie III RP, rozbudowywanej od czasu okrągłego stołu przez kooptację, wytworzyły się podziały interesów, które podminowały zamierzenia Millera. "Układ" nie chce mieć już żadnego kierownika. PO przyłączyła się do zainicjowanego przez Agorę buntu przeciw "koledze Kierownikowi". PiS próbuje rozbić cały układ. A nie da się tego zrobić, nie sięgając do sfery mediów, banków i wymiaru sprawiedliwości, które organicznie wyrastają z epoki PRL. Powtórzmy jednak: ta sprawa ma wymiar szerszy - i trzeba go odsłonić. Dobrze robi to fragment rozmowy z Ryszardem Legutką, wicemarszałkiem Senatu, opublikowany w 68 numerze "Arcanów". Profesor Legutko uzasadnia w ten sposób swój akces do czynnej polityki: "Obserwujemy coś, co można określić jako częściowy przynajmniej powrót do aktywistycznej roli polityki. Polityk ma coś do zrobienia, jest twórcą i egzekutorem jakiejś koncepcji zmian, a nie jest tylko akuszerem procesu modernizacyjnego". Marszałek Sejmu, Marek Jurek, użył innego określenia dla tej samej tendencji, którą reprezentuje PiS: nazwał ją walką z obezwładniającym poczuciem "imposybilizmu".
Polityk może coś zrobić: może wpłynąć (choć w ograniczony sposób) na tak ważne kwestie jak wychowanie dzieci, kształt zbiorowej pamięci historycznej - także poprzez szkołę i poprzez media publiczne. Może tworzyć - za pomocą instrumentów prawnych i finansowych - politykę prorodzinną; może próbować środkami prawnymi chronić imponderabilia moralne przed agresją chamstwa, nierzadko grasującego w przebraniu "kultury wysokiej". Może bronić interesu narodowego: w sferze mediów i - przede wszystkim - gospodarki, występując przeciw fetyszowi samoregulującej się, niewyrażającej żadnych interesów narodowych "modernizacji". Może, o ile posiada mandat wyborców do takich zmian czy ingerencji. Ale może tylko wtedy, jeśli zdecyduje się wejść na pola zazdrośnie strzeżone przed wpływami demokratycznej polityki przez Media, Bank i Trybunał. Te trzy sfery wywalczyły sobie nie tylko konieczną autonomię, ale zaczęły (nie tylko w Polsce oczywiście) zastępować politykę, redukując ją do funkcji śmiesznego czy nawet żałosnego teatru marionetek. PiS świadomie próbuje tę sytuację zmienić, dążąc do przywrócenia wagi wyborczego głosu. Czy jednak wyborcy chcą tego? Czy nie zostali już zniechęceni? Polityka jest na pewno dla dużej części mieszkańców Polski męcząca i nudna. Od biedy mogą ją znieść w kabarecie (do jakiego konsekwentnie redukują ją media). Od politycznej władzy oczekują tylko, by dała im spokój. Oto zatem pierwsze wielkie zadanie polityki: przekonać choć część z nich, że warto być obywatelem, że polityka nie jest i nie musi być ponurym kabaretem. Jak to robić? Spokój i nową wolność od polityki może obiecać PO. Spora jednak część mieszkańców "tego kraju" chce od państwa nie tylko spokoju, ale i pomocy: w znalezieniu pracy, zabezpieczeniu świadczeń socjalnych, zapewnieniu darmowej (czy przynajmniej taniej) opieki zdrowotnej. A tego już spokojnie osiągnąć się nie da: nieuchronny jest tu konflikt z logiką Banku, którą próbuje on narzucić państwu we wszystkich jego poczynaniach. Państwo nie może tego konfliktu prowadzić wbrew elementarnemu ekonomicznemu rachunkowi, ale może walczyć o kompromis między jego racjami a racjami swej redystrybutywnej i opiekuńczej funkcji. Trzeba tę funkcję ukazywać nie jako patologię, ale jako fundament sensu istnienia państwa. Ale trzeba także ustawicznie strzec się przed pokusą występowania przez aparat państwowy (i politykę) w roli patrona społeczeństwa, które - jak w feudalnych relacjach - byłoby tu jedynie klientem. Taki właśnie patronacko-kliencki układ obowiązywał w systemie tworzonym przez SLD i jego sojuszników w III RP (UD/UW - w tym obecną PO, a także PSL, UP, Samoobronę) - systemie dla wybranych. Aby uniknąć jego odtworzenia, potrzebne jest ożywienie demokracji: przekonywanie ludzi, potencjalnych wyborców, że w polityce chodzi o sprawy poważne i ich bezpośrednio dotyczące. Prawo i sprawiedliwość - to istota państwa, o której trzeba przypominać. Sprawiedliwość to oczywiście także pomoc słabszym, o ile przyjmiemy założenie, że nie są sami sobie winni. PO broni dość konsekwentnie (karykaturalnym wyjątkiem było tu wsparcie przez tę partię LPR-owskiej, radykalnej propozycji "becikowego") racji Banku, czyli ekonomicznego punktu widzenia, zgodnie z którym słabi są sami winni swej słabości. Prawo przeciwstawia sprawiedliwości, uznając tę ostatnią za relikt socjalistycznych (a więc złych) instynktów. Ten aspekt fundamentalnie liberalnej orientacji PO został bezlitośnie i skutecznie wykorzystany przez PiS w walce wyborczej 2005 roku. Ale to nie był chwyt wyborczy, to była i jest istotna różnica programowa. I nie ma żadnego powodu, by o niej zapominać. Tu nie jest potrzebna zgoda - oczywista i potrzebna wydaje się polaryzacja. Zgoda w tej sprawie uniemożliwia wybór. Tak było we Froncie Jedności Narodu i tak jest, kiedy narzuca się pogląd, że ostatecznie rację ma zawsze Balcerowicz. Różnice w programach muszą pozostać zauważalne dla wyborców, jeśli wybory mają coś znaczyć, jeśli mają jeszcze przyciągać ludzi do urn. Do tego konieczne jest poszerzenie ciasnych ram, jakie wyznaczyli polityce demokratycznej eksperci, autorytety medialne, rzecznicy banków i liberalnych teorii prawa. Potrzebne jest poszerzenie przestrzeni wolności, jaką można uzyskać tylko za sprawą uczestnictwa w polityce obywatelskiej. Alternatywą jest taka "filozofia" władzy, jaką otwarcie głoszą niektórzy publicyści liberalnej awangardy (np. Janusz Majcherek): rządzić hołotą wbrew niej - pod hasłem modernizacji, której hołota i tak nie zrozumie. Reszta jest populizmem. PiS nie powinno szukać zgody z wyznawcami takiej "filozofii", ale powinno uwiarygodnić swoim działaniem wobec wyborców możliwość uwzględnienia ich zdania. Zdanie wyborców może jednak - co się często zdarza - być wynikiem ich bardzo partykularnych, a szkodliwych dla całości państwa, dla reszty współobywateli interesów. Nad próbą odbudowania polityki demokratycznej wisi istotnie widmo populizmu. Nie musi się ono jednak zmaterializować w niszczącej sile. By ją okiełznać, konieczne jest odnowienie poczucia dobra wspólnego. Nie da się go zaś odnowić inaczej, jak przez odbudowanie polityki demokratycznej, to znaczy takiej, która realizuje się przez aktywny udział czy - mówiąc uczenie - świadomą i stałą partycypację obywateli w procesie rządzenia. Żeby powróciło poczucie odpowiedzialności, bez którego nie może nabrać realnego kształtu pojęcie dobra wspólnego, potrzebne jest zniesienie sztywnego podziału na rządzących i rządzonych. Pierwszym zaś krokiem w tym kierunku jest odtworzenie elementarnego zaufania między wyborcami a wybranymi przez nich reprezentantami. Zaufania do polityki: przekonania, że coś można przez udział w niej osiągnąć nie dla siebie tylko, ale dla całej wspólnoty - że jej samo-rządzenie jest możliwe i ma sens. To jest zadanie najważniejsze - i najtrudniejsze.
Współcześnie dominuje bowiem przedstawiana często niemal jako nieuchronna, jak socjalizm w stalinowskim diamacie, inna zgoła wizja demokracji. Taka, której istotę stanowi ochrona praw jednostki, jej autonomii osobistej, autonomii względem polityki. To jest, wedle celnego sformułowania Pierre'a Manenta w "Cours familier de la philosophie politique", demokracja jednostki, która coraz wyraźniej przeciwstawia się demokracji obywatela - świadomego i aktywnego członka politycznej wspólnoty. Tej ostatniej - powtórzmy raz jeszcze - nie da się budować wspólnie z PO. Wbrew nazwie bowiem Platforma Obywatelska jest jeszcze jednym (po UD i UW) wehikułem idei demokracji jednostki. Z kim więc odbudowywać demokrację obywatelską? Z Andrzejem Lepperem? A jednak, mimo karkołomnego charakteru tego zadania, nie da się go ominąć, jeśli polityka demokratyczna ma być w Polsce uratowana. Alternatywą bowiem wydaje się tutaj trwałe zepchnięcie poza margines dopuszczalnej reprezentacji politycznej dużej części potencjalnych (i realnych także - jak świadczy o tym liczba mandatów zdobytych przez partię Leppera) wyborców. Byłaby to więc trwała segregacja. Ale nie tylko to jest istotne. Ważne jest także to, że tylko poprzez udział w rządzeniu można uczyć obywatelskiej odpowiedzialności. Oczywiście, uczyć można także korupcji. Ale bez szansy danej reprezentacji znacznej części elektoratu (a więc znacznej części współobywateli po prostu) - szansy współudziału w samo-rządzeniu Rzeczypospolitej - nie będzie już dobra wspólnego. I nie będzie Rzeczypospolitej, czyli sprawy wspólnej. Dla dużej części mieszkańców Polski jest to sprawa obojętna. Dla niemałej - nawet wstrętna: jak można mieć coś wspólnego z Lepperem? Czy w takim razie ci, którym taka perspektywa nie odpowiada, nie znajdą się poza nawiasem Rzeczypospolitej, kiedy w jej centrum pojawi się - z demokratycznego wyboru - nielubiany czy nawet pogardzany polityk? Być może tak się poczują, ale znajdą się poza nawiasem Rzeczypospolitej dopiero wtedy, gdy otwarcie zakwestionują fundament demokratycznego wyboru. Takie głosy już słychać, coraz częściej i donośniej. To głosy tych "autorytetów", które nie mogąc się nadziwić, dlaczego mimo krytycznych felietonów i listów protestacyjnych nie spada drastycznie poparcie dla PiS w sondażach, z narastającym rozdrażnieniem piszą o niedojrzałości wyborców, o głupocie społeczeństwa, które nie dorosło do demokracji. Trzeba zmienić społeczeństwo - można im, w ślad za Brechtem, podpowiedzieć.
Jak długo można liczyć na odrzucanie tej pokusy - pokusy uznania społeczeństwa za niedorosłe do demokracji i w związku z tym gotowości do podważenia jego demokratycznego wyboru - tak długo zachowane zostaje pole do kompromisu. Pole, na którym musi się mieścić Rzeczpospolita. Na tym polu odbywają się wybory - i one dają szansę realizowania programów, które zdobyły najwięcej głosów. Raz takich, raz innych. Wybiera je zaś - jeśli trzymamy się demokracji - suweren, czyli lud, naród, obywatele, nie zaś wyłącznie uprawnieni przewodniczący związków twórczych, profesorowie uniwersytetów (w szczególności prawnicy i ekonomiści) oraz bywalcy odpowiednich salonów. Niestety, trzeba te zawstydzająco banalne oczywistości przypominać, kiedy tyle się podnosi wrzawy w obronie demokracji bez demosu. Teraz parlamentarną większość dla swojego programu naprawy państwa może zbudować PiS. Hasłem tego programu jest nie tylko dążenie do rozbicia wyrastającego z PRL układu, ale także prawda i pamięć. Prawda o zbrodniczym dziedzictwie komunizmu - i związana z tym próba przeprowadzenia lustracji środowisk, w których zachowanie wpływów tego dziedzictwa jest szczególnie dla Rzeczypospolitej szkodliwe: ośrodków władzy i autorytetu. Pamięć o historycznym dziedzictwie, które czyni z nas wspólnotę, które pozwala nam czuć się Polakami. Pamięć wyrażająca się w świadomie prowadzonej przez państwo polityce historycznej. Oba te elementy, które składają się na wizję odbudowy wspólnoty poprzez jej zakorzenienie w rozpoznaniu dobra i zła w spuściźnie przeszłości dalszej i bliższej, są jednak także elementami sporu. Sporu, którego można uniknąć tylko za cenę fałszu oraz petryfikacji obrazu naszej przeszłości i hierarchii zawartych w niej wzorów i autorytetów, jaki otrzymaliśmy od PRL i III RP - pod rządami postkomunistów i ich partnerów. A więc kolejny spór, kolejna walka... To rzeczywiście problem obecnych władz RP, skoro ich zasadniczym przesłaniem jest zmiana, odnowa, a zarazem dopuszczenie do głosu tych, którzy byli go pozbawieni w ciągu ostatnich 16 lat (i w poprzednim półwieczu). To może się dokonać tylko poprzez spór, walkę. Ale to nie jest dobry sposób na budowanie stabilnej wspólnoty demokratycznej. Czegoś tu brakuje. Nie "zaufania" między partiami, między głównymi graczami sceny politycznej, którzy są zarazem stronami toczących się sporów. Nie nowej zgody elit - "starych" i "nowych". Taka zgoda służyłaby - podkreślę to raz jeszcze - trwałemu uwiądowi demokratycznego systemu, który bez autentycznego sporu o programy, o zasadnicze dla społeczeństwa rozstrzygnięcia, rozwijać się nie może. Brakuje przyjaźni. Obok prawa i sprawiedliwości, prawdy i pamięci, w odbudowie demokratycznej polityki potrzebna jest bowiem także odnowa przyjaźni między członkami tej samej wspólnoty. "Istotą więzów łączących państwa jest przyjaźń" - stwierdzał przed 25 wiekami Arystoteles. "We wszelkiej wspólnocie - dodawał - istnieje zarówno jakaś forma przyjaźni, jak też jakaś sprawiedliwość. Wspólnota, która ich [członków danej wspólnoty] łączy, jest miarą ich przyjaźni, gdyż jest i miarą sprawiedliwości". Różną jednak wagę ma przyjaźń w różnych formach ustroju: "W ustrojach despotycznych przyjaźń i sprawiedliwość w słabej tylko występuje mierze, w demokracjach natomiast w bardzo silnej, bo równi sobie obywatele mają wiele z sobą wspólnego" ("Etyka nikomachejska", ks. VIII). Arystoteles dzisiaj? W Polsce? Kogo to obchodzi, jakie ma zastosowanie? Otóż warto przynajmniej się nad tymi słowami zastanowić. Zadedykować je można tym, którzy gotowi są zanegować równość obywatelskiego prawa partycypacji i odmawiają jej "prostakom" głosującym na LPR, Samoobronę, PSL czy PiS, krótko mówiąc - wybierającym "nie tak jak trzeba". Można przypomnieć, jak brutalnie przeciw istocie przyjaźni we wspólnocie polskiego społeczeństwa wystąpili twórcy III RP, kiedy pod hasłem grubej kreski przygarnęli elity PRL i wykluczyli zarazem - za cenę nieprawdy, niepamięci i niesprawiedliwości - tych, którzy zostali w PRL skrzywdzeni i oczekiwali symbolicznego bodaj zadośćuczynienia. Słowa "odpieprzcie się od Generała" - to nie były słowa przyjaźni, ale radykalnej pogardy wobec wszystkich adresatów tego wezwania. I zostawiły trwały ślad tej nieprzyjaźni w przeoranej propagandą tych słów świadomości Polaków. Prostym tego świadectwem niech będzie wstrząsający doprawdy list jednej z młodych czytelniczek "Gazety Wyborczej" (opublikowany w niej 21 marca 2006 roku): "Obecna władza żyje w minionej epoce. Zrozumcie, że nas nie interesuje, co było przed 1989. Wiemy, że było strasznie, ale dzięki ludziom takim jak p. Leszek Balcerowicz żyjemy w innym świecie. Jeśli boicie się tego świata, możecie zostać w tamtym, weźcie sobie swoje teczki, notatki na swój temat, swoją gorycz i nienawiść". Skrzywdzeni przez komunizm, odczuwający ciągłość odpowiedzialności i zobowiązania wobec wspólnej przeszłości - won na tamten świat? Czy oznacza to zarazem, że także to, co się stało np. w Jedwabnem (wiele lat przed 1989), również nikogo już nie powinno obchodzić? Czy ofiary Holocaustu i strażnicy pamięci tej zbrodni też mieliby "wziąć ze sobą notatki na swój temat, swoją gorycz i nienawiść"? A może jest to zachęta, by teraz wprowadzić nową cezurę, np. 2006 roku, by unieważnić wszystko, co było przedtem - skoro można było zadeklarować, że wszystko co istotne zaczyna się od 1989 (tak jak wcześniej komuniści ustalili, że Polska liczy się od 22 lipca 1944)?
Ale problem pozostaje ważny także dla drugiej strony tego sporu. Jak odbudować przyjaźń między Polakami? Tak aby objąć jej kręgiem nie tylko swoich: 30 czy nawet 50 proc. "elektoratu", które teraz dopiero czeka na sprawiedliwość dla siebie? To jest najpoważniejsze zadanie, które stoi przed każdą polityczną władzą. Odwołanie do wspólnej, odkłamanej przeszłości - jak widać - może nie być skuteczne. Oczywiście - odbudowie poczucia przyjaźni czy bodaj wspólnoty losu sprzyjać może zagrożenie zewnętrzne, a przynajmniej odczuwalny fakt rywalizacji z innymi wspólnotami politycznymi na wielu realnych płaszczyznach: interesów ekonomicznych, wpływów politycznych, promocji własnych "kodów kulturowych". To - wraz z kwestią ograniczeń i zarazem szans, jakie dla przemian w Polsce tworzy jej obecność w Unii Europejskiej - temat na odrębną refleksję. Chodzi mi tu jednak o coś innego: o potrzebę wskazania przez tych, którzy chcą wprowadzać w Polsce zmiany, czegoś więcej niż obszarów konfliktu, który chcą rozstrzygnąć po swojej myśli. Trzeba spróbować odsłonić także horyzont wspólnej przyszłości. Trzeba wskazać obszar już nie walki, ale wspólnego odpoczynku po niej, korzystania z jej owoców. A może dalszej misji, do której zaproszeni powinni być wszyscy i z której wszyscy mogliby czerpać dumę? Jak tę misję zdefiniować - między innymi narodami, a może z ich udziałem? Jak zarazić nią wyobraźnię mieszkańców tego kraju? To kolejne pytania, nad którymi być może warto się zastanowić. Oczywiście wspólnie (że raz jeszcze użyję tego słowa, które świadomie tu powtarzam na różne sposoby), bez podziału na strony. Odnowienie demokratycznej polityki, zejście z równi pochyłej spadku zaufania do niej, oddanie sprawiedliwości tym, którzy jej nie odczuli w okresie minionych 16 lat, przywrócenie historycznej pamięci o dziedzictwie Rzeczypospolitej, a w końcu podjęcie zabiegów o odbudowę przyjaźni między jej członkami - to kroki na drodze do tego, by jak najwięcej mieszkańców tego kraju stało się obywatelami, a jak najwięcej obywateli poczuło się Polakami. Czy uda się je postawić - i nie potknąć się?
, ur. 1960, historyk, publicysta, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego i PAN, redaktor naczelny dwumiesięcznika "Arcana". Jeden z najwybitniejszych znawców historii stosunków polsko-rosyjskich, zajmuje się także m.in. porozbiorowymi dziejami Polski oraz historią Europy Środkowo-Wschodniej. Opublikował m.in. książki "Jak rozbić rosyjskie imperium? Idee polskiej polityki wschodniej (1733-1921)" (1999) oraz "Od imperium do imperium. Spojrzenia na historię Europy Wschodniej" (2004). Niedawno ukazały się kolejne dwie jego prace: "Powrót do Polski. Szkice o patriotyzmie po >>końcu historii<<" (2005) oraz antologia tekstów "Rosja i Europa Wschodnia. Imperiologia stosowana" (2006). Wielokrotnie gościł na łamach "Europy" - ostatnio opublikowaliśmy jego tekst "Kłopot z socjologiem" (nr 17 z 26 kwietnia br.).