Dziennik Gazeta Prawana logo

Rosji grozi rozpad

5 listopada 2007, 12:16
Ten tekst przeczytasz w 14 minut

Władimir Bukowski w rozmowie z "Europą" przedstawia zawiłości i dwulicowość rosyjskiej polityki zagranicznej. Jej podstawowym celem jest utrzymywanie w świecie napięcia, dzięki któremu Rosja może przedstawiać się jako niezbędny partner Zachodu. "Rosja wspierała Saddama Husajna, obecnie wspiera Iran w jego wysiłkach wyprodukowania broni atomowej. Moskwa z jednej strony po cichu pomaga tym wszystkim awanturniczym państwom, z drugiej zaś oficjalnie występuje jako koalicjant Zachodu w walce z nimi". Rosja nie chce rozdrobnienia Unii Europejskiej - woli, by była to organizacja duża, ale słaba i zbiurokratyzowana. Bukowski dostrzega pewną naiwność Zachodu, który nie jest w stanie poradzić sobie z tą skomplikowaną rosyjską strategią. Być może zresztą - sugeruje - jest to tylko naiwność udawana; tak naprawdę zaś istnieje nieformalne porozumienie między Brukselą a Moskwą mające pozbawić państwa Europy Środkowo-Wschodniej wszelkiej politycznej inicjatywy.

p

Nie sądzę. Społeczeństwa postkomunistyczne nie uświadomiły sobie w porę tego, dokąd zmierzają. Tak więc zdecydowały się na akcesję. Zaakceptowały biurokratyczny system, który nie służy ich interesom narodowym. Co prawda nowi członkowie wnoszą też pewien pozytywny wkład. Wspierają aspiracje tych członków Unii, którzy chcą prowadzić bardziej samodzielną i niezależną od Brukseli politykę.

Ciężar ekonomiczny, jaki spada na nowe kraje członkowskie, ciągle rośnie. Wydatki Unii są szalone. Przewyższają wpływy do jej budżetu pochodzące od bogatszych członków, takich jak Niemcy czy Wielka Brytania. Trzeba też powiedzieć o innych aspektach współpracy europejskiej, które nie zawsze pokrywają się z linią Brukseli. Proszę sobie przypomnieć początek wojny w Iraku, kiedy proamerykańskie stanowisko Wielkiej Brytanii, Włoch, Danii współbrzmiało ze stanowiskiem Polski, Czech, Węgier.

Tutaj także słychać donośne głosy dobiegające ze wschodu Unii. Bardzo konsekwentnym przeciwnikiem projektu konstytucji europejskiej jest Vaclav Klaus - otwarcie mówi, że spiętrzenie regulacji biurokratycznych nie ma nic wspólnego z gospodarką rynkową, że tłamsi wolną przedsiębiorczość. W krajach postkomunistycznych nie brakuje polityków, którzy sobie uświadamiają, iż z podobnym systemem mieli do czynienia w czasach hegemonii radzieckiej. Dlatego są szanse, że nowe kraje członkowskie będą wspierać przeciwników dalszej integracji.

Są ludzie, dla których globalizacja jest po prostu w ich interesie. Nie wiem, czy oni mają jakieś poglądy. Natomiast, pnąc się w hierarchii potężnych struktur ponadnarodowych, zdobywają rozmaite - dodajmy niezasłużone - przywileje i władzę. Mają więc naturalne powody do tego, żeby obwieszczać nieuchronny zmierzch państw narodowych. Dodajmy, że chodzi tu o struktury, które nikomu nie podlegają. Tu nie obowiązują reguły demokracji. To jest koryto dla skorumpowanej elity, która nie musi się liczyć z opinią społeczną...

Proszę spojrzeć na kilku polityków, którzy się skompromitowali w swoich krajach. I co? Stali się potem komisarzami unijnymi. Peter Mandelson niejednokrotnie tracił stanowiska z powodu korupcji, po czym został komisarzem do spraw handlu. Neil Kinnock, który przez 12 lat nie potrafił wygrać żadnych wyborów, odszedł z brytyjskiej polityki, by objąć urząd komisarza do spraw transportu. Wreszcie Jacques Delors był na tyle kiepskim ministrem finansów, że Mitterrand się go pozbył. I co go za to spotkało? Został przewodniczącym Komisji Europejskiej. W normalnych warunkach polityk, który się nie sprawdza, ponosi konsekwencje.

W Wielkiej Brytanii lewica starej daty widzi w UE porozumienie elit politycznych z wielkim kapitałem. Przedstawiciele tej formacji podkreślają, że integracja europejska jest sprzeczna z interesami klasy robotniczej. I mają rację - bo teraz właściciele środków produkcji będą powiązani z unijną biurokracją - tyle że ja się akurat tym najmniej przejmuję. Mnie martwi co innego: wyzbywanie się swobód. To jest dla mnie ważne. Można więc Unię kontestować z dwóch przeciwległych biegunów.

Projekt "wspólnego europejskiego domu" był ideą lewicy zachodniej i zarazem Moskwy. Potem jednak nastąpił krach Związku Radzieckiego i Moskwa przestała uczestniczyć w tym planie. Za czasów Jelcyna Unia nie wzbudzała zainteresowania Rosji. Ale wraz z nadejściem Putina proces skracania dystansu między Moskwą a Brukselą został wznowiony. Powrócono do dawnego planu.

Chodziło o to, żeby kraje znajdujące się między Unią Europejską a ZSRR zostały pozbawione wyboru. Zasada była prosta: jeśli jesteś niezadowolony z przynależności do struktur bloku wschodniego, przyjmie cię Bruksela. I odwrotnie: jeśli nie odpowiada ci Unia, jedyną alternatywą pozostaje Moskwa. Echa tego planu pobrzmiewają dzisiaj - gdy Putin wywiera naciski na państwa bałtyckie... Kiedy upominają się o swoje interesy, natychmiast idzie reprymenda z Brukseli, że nie należy z Rosją zadzierać. Podobne problemy ma Polska. Unia zamiast stanąć twardo po stronie Polski - swojego członka - zmierza do zmiękczenia pozycji Warszawy wobec Moskwy.

Elity rosyjskie opowiadają się tak naprawdę za globalizacją - ponieważ są jej beneficjentami. Żadnego nacjonalizmu nie popierają, chyba że własny. Moskwa jest za federalizacją Unii. Powód jest bardzo prosty. Kreml będzie miał do czynienia z tworem ogromnym, lecz słabym, o przeregulowanym systemie.

Mamy tu do czynienia ze strategią, która opiera się na próbach udowodnienia, że interesy Rosji i Zachodu są całkowicie zbieżne. Rosyjskim elitom politycznym wygodnie jest przedstawiać ich własną awanturę w Czeczenii jako część wspólnej walki z islamskim terroryzmem. A przecież wiadomo, że Czeczeńcy walczą nie z przekonania do islamskiego ekstremizmu, lecz dlatego że padli ofiarą rosyjskiej agresji.

Rosja stara się udowodnić, że jest dla Zachodu ważnym dostawcą surowców energetycznych: ropy i gazu. Z tego miałoby wynikać, że Zachód powinien traktować ją jak partnera. Główne zadanie władz rosyjskich to zdobycie równoprawnej pozycji w elitarnych klubach międzynarodowych jak G-8. Strategia ta opiera się na prezentowaniu siebie jako nieodłącznej części wspólnoty zachodniej.

Obecnie głównym generatorem antyamerykanizmu jest nie tyle Rosja, co raczej Unia Europejska, która chce być przeciwwagą dla USA. Rosja natomiast na arenie europejskiej podkreśla, że bez jej udziału Stany Zjednoczone zrobią się jeszcze bardziej agresywne. Z tego miałoby wynikać, iż w interesie Europy Zachodniej jest umacnianie związków z Rosją na przekór USA. Wobec USA Rosja przyjmuje zupełnie inną linię. Kreml nie prowadzi kampanii antyamerykańskich poza granicami kraju. Natomiast w samej Rosji nastroje antyamerykańskie są jawne. Nakręcają je oskarżenia pod adresem USA i Wielkiej Brytanii o szpiegostwo, oczywiście zmyślone na użytek propagandy. Atmosfera szpiegomanii w Rosji to jeden z ważnych elementów strategii restauracji systemu sowieckiego - restauracji selektywnej, dotyczącej jedynie tego, co w dzisiejszych warunkach można wykorzystać na użytek sprawowania władzy.

Na zewnątrz elity zachowują się zupełnie inaczej niż u siebie. Nie wskazują na Zachód jako na wroga. A jeśli na Zachodzie pojawiają się opinie krytyczne wobec Rosji, Kreml przyjmuje pozę obrażonej kobiety i zaczyna mówić o nastrojach antyrosyjskich.

Są one wobec Rosji aż nadto życzliwe. Kiedy odnaleziono w Iraku dokumenty świadczące o tym, że Rosja przekazywała Saddamowi Husajnowi informacje wywiadowcze na temat ruchów wojsk amerykańskich, Waszyngton postanowił udawać, że nic nie rozumie. Condoleezza Rice wydała bardzo zabawne oświadczenie: trzeba się jeszcze zapoznać dokładniej z dokumentami, żeby pojąć ich znaczenie. A co mogą oznaczać dokumenty, z których wynika, iż ambasador Rosji przekazuje dane wywiadowcze władzom irackim?

Rosja podtrzymuje napięcie w świecie. Wspierała Saddama Husajna, obecnie wspiera Iran w jego wysiłkach wyprodukowania broni atomowej. Bo im więcej napięcia w świecie, tym Rosja jest ważniejsza. Moskwa z jednej strony po cichu pomaga tym wszystkim awanturniczym państwom, z drugiej zaś oficjalnie występuje jako koalicjant Zachodu w walce z nimi. Ostatnio władze rosyjskie podjęły decyzję o poparciu Hamasu - organizacji otwarcie terrorystycznej, dążącej do unicestwienia Izraela. Zachodnia próba bojkotu Hamasu została zahamowana przez Rosję. A potem Kreml będzie siebie ustawiał na pozycji tego, kto jest niezbędny dla rozstrzygnięcia problemu, jaki pojawił się po wyborach w Autonomii Palestyńskiej. To jest strategia dwulicowości.

Ideologia przestała być czynnikiem decydującym w polityce rosyjskiej. Teraz liczy się wyłącznie utrzymanie władzy. Oznacza to aktywność agentów wpływu i podejmowanie prób budowy piątych kolumn. Np. Putin ogłosił, że trzeba nawiązać współpracę z rodakami za granicą. Praca werbunkowa rosyjskich specsłużb wśród emigracji rosyjskiej bardzo się w ostatnich latach nasiliła. Kolejna rzecz, o której warto powiedzieć, to próby jednoczenia patriarchatu moskiewskiego i emigracyjnego, które wskutek wydarzeń z lat 1917-18 nigdy się wzajemnie nie uznawały. A teraz władze rosyjskie usiłują je pogodzić, żeby wzmocnić kontrolę nad diasporą rosyjską.

Jeśli nawet z czymś takim mamy do czynienia, jest to bardzo powierzchowne. Epoka radziecka, jej zasadnicze etapy nie są przedmiotem debaty historycznej. Mało tego, są one wysławiane. Putin, odsłaniając tablicę upamiętniającą Andropowa, powiedział, że organy KGB zawsze stały na straży interesu narodowego. O tym, że organy te unicestwiły 20 milionów, jeśli nie 30, własnych obywateli, nie było już mowy. Nadchodzi epoka falsyfikacji historii.

To jest rewanżyzm. Wiąże się z kompleksem niższości elit, z ich pragnieniem, żeby Rosja znowu została uznana za wielkie mocarstwo, któremu trzeba okazywać szacunek. Trudno nazywać to ideologią. To jest raczej psychologia - psychologia niższych rangą oficerów bezpieki, którzy nie zrozumieli, dlaczego system sowiecki poniósł krach. Oni do tej pory uważają, że przyczyną upadku ZSRR była działalność wywrotowa CIA, syjonistów itd. Nie rozumieją, że system sowiecki był skazany na klęskę. Dlatego z takim uporem próbują odtwarzać rozmaite jego elementy. Gdyby mieli świadomość tego, co zrobiła Rosja w XX wieku, to by tego nie czynili. Niestety ani elity, ani społeczeństwo nie chcą przyjąć do wiadomości bolesnych faktów historycznych.

Tak było, gdy Putin doszedł do władzy. Na tle prezydentury Jelcyna zarysował się wyraźny kontrast. Lata 90. były dekadą bezhołowia i chaosu. Znaczącą rolę odgrywali oligarchowie z furą pieniędzy, a społeczeństwo boleśnie odczuwało trudną sytuację przemian ustrojowych. W ten sposób zrodziło się zapotrzebowanie na polityka silnej ręki. To był impuls, który pozwolił ludziom KGB wrócić do władzy. Poza tym nie można zapominać o sprowokowaniu II wojny czeczeńskiej. Ona także służyła temu celowi - wywołując histerię braku poczucia bezpieczeństwa, stwarzała pretekst do wzmocnienia organów państwa.

Władze próbują reanimować nastroje sprzed sześciu lat. Spontanicznego poparcia dla prezydenta nie ma. Przecież media są kontrolowane przez Kreml. Umożliwia to szerzenie propagandy państwowej. Także co do prawidłowego przebiegu wyborów można mieć wątpliwości. Powodów do rozczarowania nie brakuje. Społeczeństwo jest już zmęczone niekończącą się wojną w Czeczenii. Kilka lat temu było ono jeszcze gotowe ponosić ofiary. Tymczasem obecnie konflikt czeczeński rozprzestrzenia się na inne terytoria, jak chociażby Dagestan czy Osetia.

Nie ma narodów z natury demokratycznych i antydemokratycznych. Przykładem mogą być Niemcy Zachodnie, które stały się w ciągu 10 lat kwitnącym państwem demokratycznym. Kolejny przykład to powojenna Japonia. Japończycy nie mieli żadnego doświadczenia demokratycznego, a jednak udało się im. Tutaj nie ma żadnego fatum.

Jestem jej zwolennikiem, tyle że Amerykanie nie zawsze potrafią to robić. Proszę zobaczyć, co się dzieje w Afganistanie i Iraku...

Rosję postrzegam jako kraj europejski. Żadnym innym krajem ona być nie może. Za naiwne uważam rozważania na temat przynależności Rosji do Azji. Od czasów Piotra I sprawa jest prosta i jednoznaczna.

Rosja będzie musiała przejść przez okres dalszego rozpadu. W Rosji nigdy nie było samorządu terytorialnego. A to jest duży minus. Od stuleci problemy Rosji były rozstrzygane w jednym miejscu. Kraj ten ma 11 stref czasowych, co samo w sobie jest niesamowite i jednocześnie nikomu niepotrzebne. Żeby to wszystko zmienić, będą potrzebne wysiłki pokoleń. Fragmentacja kraju niekoniecznie dokona się w oparciu o podziały etniczne - będą raczej decydować uwarunkowania geograficzne i ekonomiczne.

Cywilizacyjnie, kulturowo pozostanie europejska. Ekonomicznie natomiast zwiąże się z gospodarkami azjatyckimi. Korea Południowa, Japonia, Chiny będą wyznaczać orientację wschodniej części Rosji. Ku temu wszystko zmierza. Tamtejsze lokalne elity także tak to widzą. Moskwa nic im dać nie może. Nastroje takie są silne na Syberii i na Dalekim Wschodzie. Już niejednokrotnie dawały one o sobie znać. I będą jeszcze gwałtowniejsze.

Wcale się nie zdziwię. Wiele będzie zależało od zachowania Moskwy. Jeśli nie będzie stawiała oporu procesom autonomizacji, być może nie dojdzie do rozpadu państwa. A jeśli będzie postępować tak, jak dziś postępuje Putin, może dojść do radykalnych rozstrzygnięć.

p

, ur. 1942, rosyjski pisarz i publicysta, z wykształcenia biolog, jeden z najsłynniejszych dysydentów w Związku Radzieckim, wielokrotnie więziony, z powodu działalności opozycyjnej zamykany też w szpitalach psychiatrycznych. W 1976 roku wydalony z ZSRR. Obecnie mieszka w Wielkiej Brytanii. Znany z krytycznych wypowiedzi pod adresem dzisiejszych władz Rosji, jest też przeciwnikiem Unii Europejskiej. Opublikował m.in. książki: "I powraca wiatr...", "Pacyfiści kontra pokój", "Moskiewski proces" - wszystkie ukazały się po polsku. Kilkakrotnie gościł na łamach "Europy" - w nrze 19 z 11 maja ub.r. opublikowaliśmy wywiad z nim "Prawdziwy koniec wielkiej wojny".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj