Mimo pozorów normalności Europejczycy czują się coraz gorzej na swoim kontynencie - zauważa Victor Davis Hanson. Podobnie jak Emmanuel Todd i Charles A. Kupchan także i on dostrzega, że "europejskie marzenie" jest coraz dalsze od spełnienia. Unia Europejska, która miała być oazą spokoju, zamożności i socjalnego bezpieczeństwa, staje się coraz bardziej narażona na ciosy z zewnątrz. Agresywna konkurencja na światowym rynku i niebezpieczeństwo terroryzmu obnażają słabości europejskiej konstrukcji. "Jakiś odważny człowiek będzie musiał niedługo powiedzieć społeczeństwom europejskim: pracujcie ciężej i dłużej za mniejsze pieniądze, sami brońcie swojego kontynentu i oczekujcie znacznie mniej od państwa".
p
Europejska prowincja jest jak zawsze piękna. Hotele w wielkich miastach są zatłoczone i drogie. Do Rzymu tłumnie ściągają turyści. Od Lizbony po Frankfurt wszędzie to samo: przewodnicy pokazują milionom turystów skarby zachodniej cywilizacji. Życie jeszcze nigdy nie wydawało się tak przyjemne. Na przekór antyamerykanizmowi rządzących elit zwykli Europejczycy jak dawniej traktują amerykańskich gości ciepło i przyjaźnie.
Za sielankowym obrazem tego bezkresnego europejskiego lata daje się jednak wyczuć pewien klimat niepokoju, może podobny do tego z 1914 roku albo z końca lat 30. Nastrój ten znajduje odbicie w gazetach i rozmowach na ulicach, które dowodzą, że wyborcy i politycy nie chcą mieć nic wspólnego z konstytucją europejską. Ogólny europejski dyskomfort można chyba streścić w pytaniu: dlaczego przyjemne życie nie ułożyło się tak, jak chcieliśmy?
Anglia, Francja i Niemcy podnoszą wiek emerytalny i/lub planują obniżenie emerytur. Zrezygnowały z marzenia, że w przyszłości ludzie będą przechodzili w stan spoczynku w wieku 55, a nawet 65 lat.
Irańczycy drażnią Europę. Europejskie rządy sprzedały im wysokospecjalistyczne urządzenia potrzebne do budowy reaktorów jądrowych. Wielu Europejczyków zapewniało Teheran, że "nieporozumienia" dotyczące rozprzestrzeniania broni jądrowej można rozwiązać tylko drogą dialogu, a nie konfrontacji, do której prą amerykańscy kowboje. Tymczasem nieznośny prezydent Ahmadineżad dziękuje postmodernistycznym Europejczykom w ten sposób, że mówi do nich tak samo jak do George'a Busha. I przez cały czas Iran uwija się przy swoim programie nuklearnym, licząc na to, że zbuduje rakiety zdolne dolecieć do Watykanu, wieży Eiffla albo Bramy Brandenburskiej.
Znajdująca się na linii frontu Hiszpania wzywa Unię Europejską do zatamowania strumienia imigrantów z drugiego brzegu Morza Śródziemnego. Utopijna wizja kontynentu z dziurawymi granicami na razie trzyma się mocno - przynajmniej jeśli chodzi o Afrykę. Holendrzy, Francuzi i Duńczycy drżą ze strachu przed niezasymilowanymi muzułmańskimi radykałami, którzy zabijają najbardziej liberalnych Europejczyków albo im grożą. Kościoły są prawie puste. Wznosi się meczety. Włosi kłócą się na temat planów budowy największego meczetu w ich kraju - ma on stanąć pośród winnic i gajów oliwnych Toskanii. Większość Niemców wyraża pogląd, że pokojowo nastawieni Europejczycy znajdują się w stadium "zderzenia cywilizacji" ze światem islamskim.
Co się dzieje? Dobre intencje spełzły na niczym. Wrogami dawnej Europy - odpowiedzialnymi za wszystko, co złe, począwszy od Verdun i Drezna, a skończywszy na zimnowojennym szantażu nuklearnym - były nacjonalizm i militaryzm. Za dodatkowe przyczyny niegdysiejszych walk i nieszczęść uważano dziki kapitalizm i nieokiełznany indywidualizm. Chcąc naprawić błędy przeszłości, Europejczycy systematycznie rozbudowywali państwo opiekuńcze. Z otwartymi ramionami witali imigrantów. Politycy cięli wydatki wojskowe, obniżali wiek emerytalny i skracali tydzień pracy. Wyborcy żądali barier handlowych, które by chroniły społeczeństwo przed szaleństwami globalizacji. Chcąc się nacieszyć przyjemnym życiem albo ocalić planetę przed przeludnieniem, małżeństwa rezygnowały z posiadania dzieci.
Ale planowana utopia nie powstała, pojawiły się natomiast przykre skutki uboczne. Stopa bezrobocia poszybowała do góry, wzrost gospodarczy dramatycznie spadł, liczba ludności zaczęła się kurczyć, a świat zewnętrzny zrobił się groźniejszy. Tak wysławiana "miękka siła" Europy potrafiła tylko zwrócić uwagę na rzeź w Darfurze, ale już nie powstrzymać zabijanie. Chiny i Indie przestawiły się z niewydolnego socjalizmu na wysoce konkurencyjny kapitalizm. Rzuciły Europejczykom wyzwanie: "Strzeżcie się! Robotnicy wszystkich krajów, którzy pracują ciężej, dłużej i wydajniej, zasługują na większą rekompensatę materialną!". Na tej nowej, bezdusznej globalnej arenie niewielu będzie przestrzegało etykiety obowiązującej w Unii Europejskiej.
Oficjalnie winą za europejskie frustracje obarcza się "tych prostaków Amerykanów" - a zwłaszcza George'a W. Busha. Wojna iracka zatruła stosunki, twierdzą uparcie Europejczycy. Zarzucają pazernym amerykańskim konsumentom, że ocieplają glob, zużywają za dużo ropy i niszczą inne kultury. Prywatnie jednak niektórzy Europejczycy przyznają, że źródła problemu znajdują się po ich stronie Atlantyku. Jakiś odważny człowiek będzie musiał niedługo powiedzieć społeczeństwom europejskim: pracujcie ciężej i dłużej za mniejsze pieniądze, sami brońcie swojego kontynentu, wyprowadźcie się od mamy, zacznijcie przewijać dzieci - i oczekujcie znacznie mniej od państwa.
Jaka będzie reakcja na ten zimny prysznic? Czy na ulicach Rzymu, Berlina i Madrytu pojawią się populiści, by znów mamić społeczeństwo i mówić, że za tymi rozczarowaniami stoi kto inny? Ameryka musi odnotować fakt, że europejskie lato, które zdawało się bezkresne, jednak dobiega końca. Ile już razy przerabialiśmy to z naszym ukochanym kontynentem?
p
, ur. 1953, historyk, filolog klasyczny, eseista. Pracuje w Hoover Institution, wykładał m.in. na Stanford University oraz w Akademii Marynarki Wojennej USA w Annapolis. Zajmuje się m.in. historią starożytnej Grecji, ideami agraryzmu oraz historią wojen. Opublikował kilkanaście książek, w tym "The Western Way of War" (1989) oraz "Fields without Dreams: Defending the Agrarian Ideas" (1996). Jako publicysta współpracuje z takimi pismami jak "New York Times" i "Wall Street Journal".