Dziennik Gazeta Prawana logo

Państwo, naród i problem winy

5 listopada 2007, 12:16
Ten tekst przeczytasz w 26 minut

Książka Heinricha Augusta Winklera "Długa droga na Zachód. Historia Niemiec 1806-1990", której fragment dziś prezentujemy, to ambitna próba opisania rozwoju niemieckiej kultury politycznej oraz niemieckich sporów o sens własnej historii. Jedna z najbardziej znaczących tego typu kontrowersji pojawiła się 20 lat temu, w czerwcu 1986 roku. Historyk i filozof Ernst Nolte, autor wielu prac poświęconych faszyzmowi, wystąpił wtedy z "rewizjonistyczną" interpretacją hitleryzmu, która proponowała m.in., by rozpatrywać go jako reakcję na totalitaryzm sowiecki. Takie "kontekstualne" widzenie oponenci Noltego uznali za próbę pomniejszania "wyjątkowego" charakteru nazistowskich zbrodni. Z Noltem polemizował także Jürgen Habermas, wskazując, że jego usiłowania prowadzą do potencjalnie groźnej w skutkach "renacjonalizacji" niemieckiej tożsamości. Ta ostatnia wedle Habermasa powinna opierać się jedynie na liberalnym "patriotyzmie konstytucyjnym".

p

W połowie lat 80. akceptacja podziału Niemiec przez intelektualistów Republiki Federalnej była już daleko posunięta. Przekonanie, że ta dwupaństwowość wynikała z winy samych Niemców, winy związanej z rozpętaniem II wojny światowej, nie było specyficzną cechą lewicy, lecz częścią liberalnego konsensusu, na którym opierała się Republika Federalna. Z tego punktu widzenia NRD coraz bardziej znikała z pola widzenia obywateli RFN. Los tych, którzy musieli tam żyć, nie był godny pozazdroszczenia, ale uznawano go za coś, czego nie da się zmienić, a jeśli już, to tylko w pewnych granicach.

Wielu obrońców praw człowieka w NRD, zwłaszcza tych, z kręgów ewangelickich, w podziale Niemiec widziało także pokutę za ostatni wspólny niemiecki rozdział historii, okres narodowego socjalizmu. "Jeżeli dzisiaj poszukujemy niemieckiej tożsamości, możemy do niej dotrzeć jedynie poprzez zaakceptowanie wspólnie zawinionej przeszłości obu państw niemieckich oraz uznanie dwupaństwowości" - napisano w oświadczeniu dwóch pastorów, Martina Gutzeita i Markusa Meckela z okazji 40. rocznicy zakończenia wojny. Jednak wschodnioniemieccy obrońcy praw człowieka, w odróżnieniu od intelektualistów na Zachodzie, byli z powodu status quo w dużo gorszej sytuacji: odebrano im wolność, która ułatwiała intelektualistom zachodnioniemieckim pogodzenie się z brakiem jedności państwowej.

Formuła o "postnarodowej demokracji między państwami narodowymi" opisywała wyjątkową sytuację Republiki Federalnej, a być może nawet nową "specjalną drogę", jako że pozostałe państwa członkowskie Wspólnoty Europejskiej były demokratycznymi państwami narodowymi, a więc przypadkami normalnymi. Nie przeszkadzało to jednak niektórym intelektualistom w Republice Federalnej, zwłaszcza na lewicy, uważać przezwyciężenia państwa narodowego i narodu za zachodnioniemieckie osiągnięcie - za sferę, w której Republika Federalna, by sparafrazować powiedzenie Waltera Ulbrichta, wyprzedziła zachodnich Europejczyków, nie doganiając ich. Jednak to, że dla zachodnich sąsiadów roszczenia dotyczące modelowego i przyszłościowego "postnarodowego" charakteru społeczeństwa Republiki Federalnej były niezbyt przekonujące, niemal zupełnie umknęło uwagi. Do świadomości intelektualistów w równie małym stopniu docierało i to, że istniał specyficznie niemiecki powód, aby przy "postnarodowym" wizerunku własnym postawić znak zapytania. Powodem tym był fakt, że konsekwencje wspólnej niemieckiej historii zostały w sposób bardzo nierównomierny rozłożone między Niemców na Zachodzie i Wschodzie.

W latach 80. zbrodnie narodowego socjalizmu, z wymordowaniem Żydów europejskich na czele, stały się ostatecznie najbardziej rzucającą się w oczy oznaką samokrytycznego rozumienia tożsamości niemieckiej. Przezwyciężenie owego na wpół apologetycznego stosunku do Trzeciej Rzeszy, jaki wytworzyły lata 50. i jaki nadal funkcjonuje w niektórych kręgach konserwatywnych, było skutkiem działania bardzo wielu czynników: nowe pokolenia Niemców, którzy "problemu winy" nie musieli już odnosić bezpośrednio do siebie; naukowe opracowania historii obozów koncentracyjnych i systematycznej zagłady ludzi; wielkie procesy sądowe przeciwko współsprawcom polityki Zagłady, w tym m.in. proces przeciwko Adolfowi Eichmannowi, kierownikowi Referatu ds. Żydów w Głównym Urzędzie Bezpieczeństwa Rzeszy, który miał miejsce w Jerozolimie w latach 1960-1961, proces oświęcimski przed sądem przysięgłych we Frankfurcie nad Menem w latach 1963-1965 i proces oprawców z obozu w Treblince w Düsseldorfie w latach 1964-1965; sztuki teatralne takie jak dramat Rolfa Hochhutha "Namiestnik"; filmowa wersja powieści Hansa Scholza "Na zielonym brzegu Szprewy" ("Am grünen Strand der Spree") z marca 1960 roku, w której pokazano masowe rozstrzeliwania Żydów w okupowanej Polsce; w końcu stawiająca wszystko inne w cień, jeżeli chodzi o wpływ na opinię publiczną, emisja, o tej samej porze, w trzecim programie wszystkich stacji Wspólnoty Publiczno-Prawnych Rozgłośni Republiki Federalnej (ARD) amerykańskiego serialu telewizyjnego "Holocaust" pod koniec stycznia 1979 roku. Statystycy telewizji doliczyli się wtedy aż 16 milionów widzów.

Dopiero po tym wydarzeniu telewizyjnym w Republice Federalnej używać zaczęto pojęcia "Holocaust", które w starogreckim oznacza "ofiarę całopalną", do określenia masowego mordu na Żydach. Dopiero w latach późniejszych "Auschwitz" stał się dla Niemców uosobieniem grozy, jaką ich kraj pod rządami Hitlera sprowadził na świat.

W debatach naukowych prowadzonych w latach 80. zagłada Żydów nie była zaliczana do głównych przyczyn podziału Niemiec - za taką przyczynę uznawano jedynie politykę Niemiec, która doprowadziła do wybuchu obu wojen światowych. Ale w powszechnej świadomości tamtego czasu zakorzeniło się, wyartykułowane dopiero później, przekonanie, że dwupaństwowość niemiecka nie była tylko rękojmią równowagi między Zachodem i Wschodem w Europie, a tym samym pokoju światowego, lecz także karą i pokutą za niemiecką zbrodnię przeciwko ludzkości - za Auschwitz.

Kiedy w 1985 roku trzeba było uczcić 40. rocznicę bezwarunkowej kapitulacji Rzeszy Niemieckiej, kanclerz Kohl wybrał taką formę obchodów, która zarówno w kraju, jak i za granicą wywołała ostre protesty. W ramach gestu pojednania kanclerz chciał razem z prezydentem Ronaldem Reaganem, który z okazji tej właśnie rocznicy przebywał w Europie, odwiedzić cmentarz żołnierski w Bitburgu, w górach Eifel. Pochowanych tam było około 2000 żołnierzy, w tym - co przeoczono w Bonn - także 49 członków Waffen-SS. Kiedy wiadomość ta obiegła świat, Reagan zaczął być ostro atakowany, zwłaszcza przez organizacje żydowskie. Kohl uparł się jednak, by program tej wizyty został zrealizowany tak, jak sam zaplanował. 5 maja prezydent amerykański i kanclerz niemiecki odwiedzili cmentarz w Bitburgu. Dwóch byłych żołnierzy frontowych - emerytowani generałowie Matthew Ridgway i Johannes Steinhoff - podało sobie ręce na znak pojednania. Gdyby Reagan nie odwiedził także byłego obozu koncentracyjnego w Bergen-Belsen, to Bitburg stałby się źródłem makabrycznego przesłania głoszącego, że Republika Federalna Niemiec i Stany Zjednoczone Ameryki doszły do porozumienia i uważają II wojnę światową za normalną wojnę europejską.

Trzy dni później, 8 maja, Richard von Weizsäcker, który rok wcześniej, 23 maja 1984 wybrany został w pierwszej turze przez partie koalicji rządowej i przez socjaldemokratów szóstym prezydentem kraju, wygłosił w Bundestagu mowę, która przez lewicę i centrum odebrana została jako pozytywny kontrast dla niezbyt taktownego traktowania symboli historycznych przez Kohla - zgodne echa aprobaty dobiegały także z zagranicy. Weizsäcker mówił o tym, "co dziś wszyscy powinniśmy powiedzieć: 8 maja był dniem wyzwolenia. Wszyscy zostaliśmy wtedy wyzwoleni od pogardzającego ludźmi systemu narodowosocjalistycznego despotyzmu. (...) Z powodu tego wyzwolenia nie zapomnimy jednak, jak wielkie cierpienia dla wielu ludzi rozpoczęły się wraz z dniem 8 maja 1945 roku i w latach następnych. Ale nie wolno nam też traktować końca wojny jako przyczyny ucieczek, wypędzenia i niewoli. Przyczyna ta leży raczej w początku wojny i narodzinach owego despotyzmu, który do wojny doprowadził. Nie wolno nam oddzielać 8 maja 1945 roku od 30 stycznia 1933 roku. Zaprawdę, nie mamy żadnego powodu, by w dniu dzisiejszym brać udział w uroczystościach ku czci zwycięstwa. Ale możemy 8 maja 1945 roku traktować jako zejście historii niemieckiej z bezdroży, jako dzień który zawierał w sobie ziarno nadziei na lepszą przyszłość".

Prezydent uczcił także ofiary należące do niemieckiego ruchu oporu, "obywatelskiego, wojskowego i kierowanego wiarą, oporu wśród robotników i związków zawodowych, oporu komunistów". Weizsäcker stwierdził także, że nie ma właściwie państwa, które w swojej historii wolne byłoby od uwikłania w wojnę oraz przemoc, i dodał: "Ludobójstwo dokonane na Żydach pozostaje jednak czynem bezprzykładnym w historii. Przestępstwa tego dokonało niewielu. Skrywane ono było przed opinią publiczną. Ale każdy Niemiec mógł zobaczyć, jakich cierpień doznawali żydowscy współobywatele, od zimnej obojętności, poprzez kamuflowaną nietolerancję, do otwartej nienawiści włącznie. Któż mógł pozostać nieświadomy - po podpalaniu synagog, grabieżach, stygmatyzacji gwiazdą Dawida, pozbawianiu praw - tego niekończącego się bezczeszczenia godności ludzkiej?".

Nie wszystko jednak, co ściśle wiązało 8 maja 1945 roku i 30 stycznia 1933 roku, zostało w tym przemówieniu powiedziane, niektóre aspekty zostały jedynie niejasno zasygnalizowane. Weizsäcker potępił skłonności nacjonalistyczne, które po podpisaniu traktatów pokojowych w 1919 roku ponownie zaczęły dawać znać o sobie, wykorzystując kwestie biedy społecznej. "Hitler był główną siłą sprawczą na drodze do katastrofy. Wytworzył i wykorzystał zbiorowe szaleństwo Niemców. Słaba demokracja nie była w stanie go zatrzymać. Także mocarstwa europejskie - według oceny Churchilla >>naiwne, ale nie bez winy<< - własną słabością przyczyniły się do tragicznego w skutkach rozwoju sytuacji". Prezydent Republiki Federalnej, syn długoletniego sekretarza stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Ernsta von Weizsäckera, nie wspomniał o współudziale starej warstwy rządzącej, zamożnych i wykształconych warstw mieszczaństwa w zniszczeniu Republiki Weimarskiej, w sukcesach dyktatora i w wybuchu II wojny światowej. Mimo to przemówienie miało wydźwięk oczyszczający: głowa państwa, wywodząca się z chadecji, rozprawiła się krytycznie z konserwatywnymi interpretacjami historii niemieckiej prawie tak samo, jak 15 lat wcześniej uczynił to socjaldemokratyczny prezydent kraju Gustav Heinemann.

Jednak apologetycznego sposobu odczytywania historii niemieckiej nie potrafił zlikwidować nawet prezydent kraju. 28 lutego 1986 roku Friedrich Karl Fromme w następujący sposób skomentował we "Frankfurter Allgemeine Zeitung" odbytą poprzedniego dnia debatę w Bundestagu na temat antysemityzmu: "Inne narody mogłyby zapytać, czy także otrzymają odgórny nakaz sympatii. >>Zagłada Żydów<< - zwrot ten należy umieścić w cudzysłowie - odbywała się dyskretnie w państwie nazistów; w żadnym razie nie było tak, że w ówczesnych niemieckich rozgłośniach ukazywał się cotygodniowy biuletyn z informacją o tym, ilu Żydów zostało zabitych w ubiegłych dniach. (...) W jakim stopniu Niemiec może być dzisiaj nieuprzedzony? Musi być uprzedzony w tym sensie, że odruchowe prawie dzielenie bliźnich na tych, których się lubi, i innych, których lubi się nie tak bardzo, w relacjach z Żydami zostanie zabronione. (...) Istnieje dużo dobrej woli w stosunku do Żydów, i to zarówno u młodszych, jak i u tych już nie tak młodych Niemców. Ale pokoleniu myślącemu w sposób nieuprzedzony należy jednak przyznać prawo do ograniczonej cierpliwości. Rozsądek i człowieczeństwo, dwa pojęcia, które nie zawsze są w zgodzie ze sobą, muszą być traktowane delikatnie - i to przez wszystkie strony".

Dużo większe poruszenie wywołała "Frankfurter Allgemeine Zeitung" 6 czerwca 1986 roku, przedrukowując słowo w słowo "niewygłoszone przemówienie" historyka berlińskiego Ernsta Noltego.

To, co otrzymali czytelnicy, Nolte chciał właściwie powiedzieć podczas frankfurckiego sympozjum "Römerberg-Gespräche". Chciał, ale nie mógł, ponieważ organizatorzy wycofali zaproszenie dla niego. Ten autor wielu znaczących książek, w tym jednej pod tytułem "Faszyzm w swojej epoce" ("Faschismus in seiner Epoche"), usiłował wejść w położenie Hitlera. Pisał o tym, co nazistowski Führer wiedział na temat terroru bolszewików, a dokładniej: o metodach przesłuchań ich tajnej policji - jedną za takich metod była ponoć groźba (przypisywana "chińskim czekistom") wypuszczenia na więźnia w celu uzyskania od niego zeznań na wpół oszalałego z głodu szczura.

Nolte wplótł do swojego wywodu kilka retorycznych pytań: "Może Hitler i naziści popełnili >>azjatycką<< zbrodnię tylko dlatego, że uważali siebie i swoich towarzyszy za potencjalne lub prawdziwe ofiary takiej >>azjatyckiej<< zbrodni? Czyż >>Archipelag Gułag<< nie powstał wcześniej niż Auschwitz? Czyż >>mordowanie całych klas<< przez bolszewików nie było logicznym i faktycznym pierwowzorem >>mordowania całych ras<< przez nazistów? Czyż najbardziej utajnionych poczynań Hitlera nie można wytłumaczyć tym właśnie, że Führer nie zapomniał o >>szczurzej klatce<<? Być może źródła Auschwitz kryją się w przeszłości, która wciąż nie chce się zakończyć?".

Także i Nolte nie zaprzeczał, że "mimo wszelkich podobieństw biologiczne akcje zagłady ze strony narodowego socjalizmu różniły się jakościowo od społecznej zagłady uprawianej przez bolszewików. (...) Ale podobnie, jak nie można >>usprawiedliwić<< jednego mordu innym, a już z pewnością nie mordem masowym, tak samo błędne jest spojrzenie skierowane wyłącznie na jeden masowy mord, niebiorące pod uwagę drugiego, mimo że związek przyczynowy między nimi jest prawdopodobny. Każdy, kto spojrzy na tę historię nie jako badacz mitologii, kto zanalizuje ją w jej zasadniczych powiązaniach, ten zmuszony będzie wysunąć podstawowy postulat: jeżeli historia, włącznie z wszystkimi swoimi ciemnymi i strasznymi stronami, ale również ze swą zagmatwaną odkrywczością, którą jej aktorom należy zapisać na plus, miała pewien sens dla potomności, to sens ten musi zaistnieć w atmosferze wyzwalania się spod tyranii myślenia kolektywistycznego. (...) Jeżeli spór o narodowy socjalizm charakteryzuje właśnie owo myślenie kolektywne, to należy dokonać wreszcie operacji grubej kreski".

Wraz z artykułem Noltego rozpoczął się "spór historyków" o historyczną wyjątkowość nazistowskiej zagłady Żydów. Noltego, badacza historii z Wolnego Uniwersytetu w Berlinie, który był przede wszystkim filozofem, zgorszył fakt, że - jak sam uważał - cały świat dostrzega tylko jedną zbrodnię stulecia: rasistowski mord dokonany za sprawą narodowego socjalizmu. Nolte, jako Niemiec i jako obywatel, zbuntował się przeciwko temu. Chciał - nim jeszcze stulecie dobiegnie końca - pokazać tę historię we właściwym świetle. Chodziło o uwzględnienie innej, popełnionej wcześniej zbrodni przeciwko ludzkości: bolszewickiego mordu na klasach społecznych. Nolte przedstawił wzajemny stosunek obu zbrodni w ten sposób, że Hitler okazał się szefem rządu, który działał w sytuacji obrony koniecznej, a przynajmniej myślał, że tak może działać. Gdyby ta interpretacja historii została powszechnie zaakceptowana, to Niemcy, a wraz z nimi kolaborujące z Hitlerem mieszczaństwo europejskie, byłyby częściowo usprawiedliwione. Apologetyczny (w aspekcie narodowym i klasowym) efekt wywodu Noltego widać było jak na dłoni - to była kwintesencja jego ataków na rzekomo "kolektywistyczne" przypisywanie winy Niemcom.

Najostrzejsza odpowiedź na rewizję historii dokonaną przez Noltego nadeszła ze strony frankfurckiego filozofa Jürgena Habermasa. W tygodniku "Die Zeit" z 11 lipca 1986 roku zarzucił on berlińskiemu historykowi i kilku jego raczej konserwatywnym kolegom uprawianie ideologicznych zabiegów w celu ożywienia niemieckiej świadomości narodowej. Według Noltego Auschwitz skurczył się "do rozmiarów technicznej innowacji"; można go wyjaśnić ">>azjatyckim<< zagrożeniem ze strony wroga, który nadal stoi u naszych bram". Według Habermasa politycznie niebezpieczna była próba "odrzucenia hipoteki szczęśliwie odmoralnionej przeszłości", ponieważ konsekwencją tego było duchowe wyobcowanie RFN z Zachodu. "Bezwarunkowe otwarcie Republiki Federalnej na kulturę polityczną Zachodu jest wielkim intelektualnym osiągnięciem naszej powojennej epoki, z którego może być dumne właśnie moje pokolenie. Sukces ten nie zostanie wzmocniony zabarwioną elementami narodowymi filozofią NATO. (...) Jedyny patriotyzm, który nie wyobcowuje nas z Zachodu, to patriotyzm konstytucyjny. Ten, kto frazesem o >>opętaniu karą<< (...) chce przegonić rumieniec wstydu z powodu zbrodni, kto chce nakłonić Niemców, by powrócili do konwencjonalnej formy ich tożsamości narodowej, niszczy jedyną niezawodną podstawę naszej więzi z Zachodem".

Z historyków, którzy brali udział w tym sporze, większość opowiedziała się przeciwko Noltemu. Jeden z nich, którym był piszący te słowa, odniósł "politykę historyczną" Noltego i jego publicystycznych sojuszników - w tym współwydawcy "Frankfurter Allgemeine Zeitung", Joachima Festa - do żądania zjednoczenia Niemiec wysuwanego od dłuższego już czasu przez gazetę. "Aby dziś żądać przywrócenia Rzeszy Niemieckiej, należałoby w istocie napisać historię na nowo. W takim przypadku reżim, który zaprzepaścił jedność państwową Niemiec, nie może być tym, czym był: najbardziej wrogim wobec ludzkości ustrojem w całej historii. (...) W obliczu roli, jaką Niemcy odegrały przy wybuchu obu wojen światowych, Europa nie może, a Niemcy nie powinni, chcieć nowej Rzeszy Niemieckiej jako suwerennego państwa narodowego. Oto logika historii, która, wedle słów Bismarcka, jest dokładniejsza od pruskiej Wyższej Izby Rachunkowej. (...) Do naszego dziedzictwa należy jednak również solidarność narodowa z Niemcami w NRD, którzy do dnia dzisiejszego dźwigają niewspółmiernie większe brzemię historii niż obywatele Republiki Federalnej".

"Spór historyków" nie przyniósł żadnych nowych zdobyczy poznawczych, ale stał się istotny dla kultury politycznej Republiki Federalnej. Na linii obrony przed historyczną ofensywą pomniejszania winy prowadzoną przez Noltego wykształciło się coś takiego jak "postadenauerowska lewica". Lewicowe kręgi intelektualne zaczęły uważać tak niegdyś zwalczaną przez siebie więź z Zachodem, będącą dziełem pierwszego kanclerza federalnego, za swoje własne osiągnięcie, którego zaczęto bronić przed każdym, rzeczywistym lub rzekomym, narodowym "rewizjonizmem". W ten sposób powstał specyficznie lewicowy albo też lewicowo-liberalny "patriotyzm konstytucyjny" Republiki Federalnej. Jürgen Habermas powoływał się nie na ustawę zasadniczą, lecz bardzo ogólnie na "uniwersalistyczne zasady konstytucyjne" Zachodu. To, że tylko na tym uda się stworzyć świadomość republikańsko-federalnej tożsamości, było wątpliwe - nie mówiąc już o kwestii, czy "uniwersalistyczni" obywatele Republiki Federalnej mieli jeszcze jakieś specjalne zobowiązania wobec Niemców z NRD, którzy nie mogli korzystać z zachodnich wartości.

Spór z Noltem był potrzebny. Okazał się też skuteczny: narodowa i apologetyczna rewizja historii nie powiodła się, ale samokrytyczna analiza niemieckiej tradycji politycznej była dalej intensywnie rozwijana. Jednakże zwycięstwo racjonalnych poglądów miało swoją cenę. Umocniła się bowiem akceptacja niemieckiego status quo, które dla Niemców zachodnich było wygodne, natomiast dla większości Niemców wschodnich niezwykle przygnębiające. Świadomość moralnej ambiwalencji tego stanu stawała się coraz słabsza. Teza o wyjątkowości Holocaustu zapobiegła niwelowaniu sensu tej niemieckiej zbrodni przeciwko ludzkości, ale miała też inne skutki: pomniejszanie znaczenia przestępstw, których źródło umiejscowić trzeba raczej na "lewicy" niż na "prawicy"; tabuizowanie roli, jaką odegrał strach przed wojną domową (strach świadomie podsycany przez komunistów) przy powstawaniu ruchu faszystowskiego; odmowę porównywania odmiennych form totalitarnych rządów, a nawet używania słowa "totalitarny". "Polityka historyczna" (pojęcie to pojawiło się po raz pierwszy w 1986 roku) nie była zatem monopolem konserwatystów takich jak Nolte; uprawiała ją lewica, także liberalna.

Określenie Oświęcimia jako "pierwotnego mitu" Republiki Federalnej pochodzi chyba z roku 1997. Dopiero w latach 80. nazwa tego obozu koncentracyjnego nabrała odpowiedniego znaczenia i dopiero wówczas pojawiły się głosy dostrzegające w Holocauście jedyny wspólny punkt odniesienia niemiecko-niemieckiej tożsamości. Takie wchłonięcie nazistowskiego ludobójstwa oznaczało jego historyczno-polityczną instrumentalizację. Sposób, w jaki należało interpretować wymordowanie Żydów, to, za czym lub przeciwko czemu może być ono użyte jako argument, zależał teraz od każdorazowego "interesu niemieckiego". Wstyd z powodu najstraszliwszej zbrodni w niemieckiej historii mógł przemienić się w "dumną pokutę". Tego typu proces miał miejsce tylko w przypadku części lewicy w Republice Federalnej. Jednak tam, gdzie miało to miejsce, wola wyciągnięcia lekcji z katastrofy niemieckiej zawsze przybierała postać patologicznej edukacji.

Prezydent Weizsäcker w swoim przemówieniu z 8 maja 1985 roku głośno zastanawiał się, "dlaczego 40 lat po zakończeniu wojny doszło do tak burzliwych sporów na temat przeszłości. Dlaczego są one bardziej burzliwe niż po 25 czy 30 latach od jej zakończenia?". I odpowiadał, wskazując na fakt, że okres 40 lat "w przedziale trwania ludzkiego życia i losów narodów odgrywa wielką rolę", i w tym kontekście odwołał się do Starego Testamentu. "40 lat Izrael miał pozostać na pustyni, zanim rozpoczął się nowy rozdział jego historii związany z przybyciem do ziemi obiecanej. 40 lat było potrzebnych do pełnej zmiany odpowiedzialnego za zbrodnie pokolenia ojców [w Niemczech Zachodnich - przyp. tłum.]. (...) Jak widać 40 lat oznacza zawsze wielką cezurę. Okres ten odciska się w świadomości ludzi, czy to jako kres mrocznych czasów z nadzieją na nową i dobrą przyszłość, czy też jako groźba zapomnienia i jako ostrzeżenie przed jego skutkami".

p

, ur. 1938, historyk niemiecki. Karierę akademicką zaczynał na Wolnym Uniwersytecie Berlińskim w zachodniej części podzielonego miasta. Od 1991 roku jest profesorem historii nowożytnej na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie. Był m.in. współwydawcą edycji listów i przemówień Willy'ego Brandta. Opublikowana w roku 2000 obszerna dwutomowa książka "Der Lange Weg nach Westen" ("Długa droga na Zachód") stała się w Niemczech bestsellerem. Jej polski przekład ukaże się w przyszłym roku nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Wrocławskiego. W "Europie" nr 6 z 8 lutego br. opublikowaliśmy wywiad z Winklerem zatytułowany "Państwa narodowe i zachodnie wartości są ciągle żywe".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj