Dziennik Gazeta Prawana logo

Marzec '68 - mit romantyczny?

5 listopada 2007, 12:16
Ten tekst przeczytasz w 20 minut

Bronisław Świderski krytycznie przygląda się książce Jerzego Eislera "Polski rok 1968" poświęconej wydarzeniom marcowym. Stawia też przy okazji kilka fundamentalnych pytań dotyczących relacji między historią a pamięcią oraz politycznych użytków czynionych z historii. Kluczową kwestią wydaje się być to, czy przytaczane przez Eislera relacje byłych marcowych "komandosów" spisywane pod koniec lat 80. nie miały aby na celu uczynienia z Marca "założycielskiego mitu" III Rzeczypospolitej. Autorzy relacji w większości albo bezpośrednio brali udział w tworzeniu zrębów nowej władzy, albo mieli na ten proces bardzo poważny wpływ: "Czy ten kontekst nie rzutował na ich wspomnienia o Marcu 1968? Czy można całkowicie odrzucić podejrzenie, że >>komandosi<< pragnęli z dawnego wydarzenia uczynić ważny element legitymacji nowej władzy?". Niestety Eisler takiej hipotezy nie stawia, co wydaje się poważną wadą - nie tylko metodologiczną - jego pracy.

p

Skąd wiemy, że coś się w ogóle wydarzyło? Dowiadujemy się o tym, oglądając na przykład wykopaliska lub ich zdjęcia albo rejestrując dane wydarzenie na taśmie radiowej, filmowej, wideo itd. Ponadto mamy dostęp do źródeł pisanych. A obok nich istnieje jeszcze ludzka pamięć o danym wydarzeniu, niekiedy ustnie przekazywana z pokolenia na pokolenie. O źródłach pisanych wiemy, że z reguły dokumentują potrzeby i ideologię instytucji, która je wyprodukowała - co bynajmniej nie znaczy, że mówią nieprawdę. O ludzkiej pamięci wiemy nieco mniej i chętniej dajemy jej wiarę, gdy powołują się na nią ludzie, których darzymy zaufaniem.

Psychologowie przestrzegają jednak przed takim postępowaniem. Alan Parkin, cierpliwy badacz pamięci, podkreśla w pracy "Memory" (1999), że im dalej od opisywanego zdarzenia, tym bardziej zawodna jest pamięć. Ale - dodaje - nawet żywa, bezpośrednio zakomunikowana wiedza o czymś, co niedawno zaszło, "także nie jest zupełnie dokładna". Jeszcze gorzej bywa z przywoływaniem zdarzeń naznaczonych brutalnością, gwałtem i zniewoleniem, bowiem to właśnie "stresy i traumy są przyczynami wadliwego funkcjonowania pamięci". Jak wiadomo, w Polsce w Marcu 1968 roku - bo o tym wydarzeniu będzie tutaj mowa - brakowało żywności, książek i odzieży, ale nie stresów czy traum.

Maurice Halbwachs w klasycznej pracy "Społeczne ramy pamięci" zajął się innym aspektem pamięci - jej deformacją, nieuchronnie wynikającą z wpływu społeczeństwa na jednostkę. "Każde wrażenie i każdy fakt - pisze francuski badacz - pozostawia trwałe wspomnienie tylko o tyle, o ile nad nim się zastanowiliśmy, to znaczy powiązaliśmy go z myślami, które nam przekazuje środowisko społeczne". Chodzi tu zatem o fenomen racjonalizacji post factum, wyrażany czasami w stwierdzeniu: wówczas, gdy owo zdarzenie zaszło, widziałem je tak i tak... - ale dzisiaj jestem o wiele mądrzejszy i wiem, jak było naprawdę...

Przywołałem tutaj, w największym skrócie, różne obiekcje wobec bezkrytycznej wiary w pamięć świadków i uczestników zdarzeń, bowiem książka, o której piszę, "Polski rok 1968" Jerzego Eislera w sposób, jak sądzę, bezrefleksyjny reprodukuje wspomnienia jednej ze stron marcowego konfliktu - warszawskich "komandosów". Już pierwsza praca Eislera "Marzec 1968" (wydana w 1991 roku) oparta była na bezkrytycznie przyjętych relacjach stołecznych opozycjonistów, zebranych przez autora pod koniec lat 80. - właśnie wtedy, gdy dawni "komandosi" współtworzyli nowy system władzy w Polsce. Czy ten kontekst nie rzutował na ich wspomnienia o Marcu 1968? Czy można - pamiętając o sugestii Halbwachsa - całkowicie odrzucić podejrzenie, że "komandosi" pragnęli z dawnego wydarzenia uczynić ważny element legitymacji nowej władzy? Zapewne dlatego treść pierwszej książki Eislera zupełnie lekceważy jej tytuł, opowiadając jedynie o dziejach warszawskiego Marca i o grupie stołecznych dysydentów, niesprawiedliwie pomijając działalność większości uczestników polskiego Marca.

Na szczęście w nowej książce ten błąd został w pewnym stopniu naprawiony. Autor rozszerzył perspektywę badawczą, włączył także informacje o innych rejonach Polski, ale znów nie znalazł miejsca dla krytyki źródeł: dla metodologicznej analizy wiarygodności "komandoskich" wspomnień. Relacje te zostały in extenso przeniesione, jak pisze Eisler, do nowej książki.

Kolejną słabość jego pracy upatruję w braku kwerendy w rosyjskich archiwach. Być może wiele związanych z Marcem mitów - popularnych przekonań, niepopartych naukowymi analizami - dałoby się wówczas zweryfikować. Autor informuje o korzystaniu z archiwów angielskich i francuskich, ale w przypadku Marca mają one drugorzędne znaczenie.

Istnieje uzasadnione przekonanie, że jedynie dostęp do archiwów wschodniego sąsiada pozwoliłby rozstrzygnąć, jaki wpływ mieli "towarzysze radzieccy" na przebieg wypadków marcowych. Często powtarza się bowiem, że Gomułka był wówczas protegowanym Breżniewa i jego towarzyszy, którzy z kolei obawiali się Moczara (tak pisze na przykład Neal Ascherson w książce "The Struggles for Poland"). Eisler jest innego zdania - uważa on Gierka za człowieka Breżniewa w Polsce "przynajmniej od 1968 roku". Czy Gomułka został zmuszony przez swego radzieckiego protektora do zorganizowania antysemickiego pogromu, czy też - czując się zagrożony przez swoich rywali - zrobił to na własną rękę, aby pokazać, że nadal ma nieograniczoną władzę? Czy zatem antysemityzm był wymuszony na Polakach, czy też miał czysto polski rodowód? Niestety, te pytania nie zostały rozstrzygnięte. Eisler nawet nie pisze, czy starał się o dostęp do rosyjskich archiwów, czy też uznał poszukiwania w nich za sprawę nieistotną.

Dodajmy jeszcze jedną uwagę o ograniczeniach historyka. Nie tylko jego sympatie i resentymenty kształtują to, co w swoich pracach przedstawia jako "historię". Jego wizja dziejów zależy przede wszystkim od tego, do jakich materiałów uzyska dostęp. Zdarzenia i ludzie, którzy nie występują w jego materiałach lub o których nie pyta - przestają po prostu istnieć. A to jest często niesprawiedliwe. Oto przykład. Jerzy Baumritter, który w 1968 roku był sekretarzem organizacji partyjnej w PWN i redaktorem Wielkiej Encyklopedii Powszechnej, został usunięty z pracy w rezultacie kampanii antysemickiej, nie biorąc zresztą czynnego udziału w marcowej przygodzie. Mimo to wymieniony jest w książce aż sześć razy (Eisler rozmawiał z nim i spisał jego relację w 1989 roku). Jednocześnie Danek, syn Jerzego Baumrittera, który działał, otrzymał wyrok w ważnym "warszawsko-krakowskim" procesie i siedział w więzieniu, gdzie zachowywał się niesłychanie godnie - po prostu nie istnieje. Ani w książce, ani w historii Marca tak jak ją widzi Eisler. Podejrzewam, ba, wiem to na pewno, że takich jak Danek anonimowych bohaterów Marca było więcej i sądzę, że należy naprawić owo niesprawiedliwe "usunięcie" ich z polskiej historii.

Dziwi to tym bardziej, że pracę Eislera charakteryzuje czasami nużąca wręcz drobiazgowość. Autor wymienia dziesiątki nazwisk zupełnie nieznanych osób obciążonych "marcowymi kłopotami" - dzięki temu jednak dowiadujemy się o postawie i pracy bezpieki. Znakomicie udokumentował tępy antysemityzm tej instytucji, który można chyba porównać z działalnością hitlerowskich służb specjalnych w Niemczech lat 30. Pochwalić także należy opis Marca w wojsku (rozdział "Czystka w Ludowym Wojsku Polskim"), choć szkoda że o wiele mniej dowiadujemy się o czystkach w MSW i w Kościele ("Kościół i środowiska katolickie wobec Marca"). Jednocześnie książka Eislera powiela niektóre mity marcowe.

Pierwszy mit: "pragniemy wiedzy, nie władzy". Przyjrzyjmy się "komandosom" przez pryzmat naszej wiedzy o ruchu filomatów. Czy można porównać ze sobą obie grupy? Chyba tak, wszak w obu wypadkach chodzi o studentów, którzy tworzą kółka samokształceniowe i - jednocześnie - pragną uzyskać wpływ polityczny na innych studentów, na inteligencję i władze. W obu wypadkach polska historiografia chyba nie oddzieliła precyzyjnie od siebie obu motywów działalności młodych. Czy filomaci i "komandosi" pragnęli jedynie nieograniczonego dostępu do wiedzy - a politykami stali się niejako z przypadku, gdy w realizacji owego "edukacyjnego celu" przeszkodziła im władza polityczna, cenzura i tajna policja? Czy odwrotnie - konspiracyjne lub parakonspiracyjne sposoby działania filomatów i "komandosów" dowodzą, że chodziło przede wszystkim o zdobycie jak największego wpływu na politykę poprzez organizowanie wieców i demonstracji? Oczywiście lepiej jest z filomatami - o nich wiemy więcej. Aleksander Kamiński śledzi (w opowieści o "Polskich związkach młodzieży 1804-1831") ewolucję filomatów od "grupy przyjaciół, zainteresowanych samokształceniem" do konspiracji o charakterze rewolucyjnym. Szymon Askenazy analizuje (w "Łukasińskim") działalność filomatów w terminach niemal wyłącznie politycznych. Alina Witkowska w "Wyborze pism filomatów..." skłania się ku koncepcji "szlachetnych celów" młodych przyjaciół i podobnie jak Kamiński dziwi się ich apetytowi na tajność, konspirację i - politykę. Niestety Eisler, opisując wydarzenia marcowe, zdaje się nie zauważać tego problemu. Chyba dość beztrosko przeplata opis działalności samokształceniowej "komandosów" rekonstrukcją organizowanych przez nich wieców i demonstracji, jakby te dwa rodzaje działalności nie ujawniały odmiennych interesów.

Choć autor "Polskiego roku 1968" dużo uwagi poświęca analizie różnych frakcji w PZPR, ich wzajemnej walce i powiązaniom z Moskwą, nie próbuje pytać, czy istniały powiązania między owymi grupami a "komandosami". Wpływy "dorosłych" aktorów politycznych (zwłaszcza masonów) na filomatów wyraziście opisał Czesław Miłosz w "Historii literatury polskiej". Nie znajduję odpowiednika tego opisu w książce Eislera.

Czy takich powiązań w ogóle nie było? Jakby mimochodem pisze autor o kontaktach Michnika to z Janem Józefem Lipskim, który podsuwa mu pomysł zorganizowania grup samokształceniowych, to z Adamem Schaffem - głównym ideologiem PZPR, który popiera starania Michnika o stworzenie klubu dyskusyjnego, to z polskimi i francuskimi trockistami - ale bynajmniej nie stawia jasnego pytania, czy "komandosi" działali także w interesie grup walczących wówczas o wpływy i władzę. Dlaczego Eisler nie analizuje tego problemu?

Od czasów romantyzmu polska historiografia została uznana za "jednostkę frontową", gdzie historyka obowiązuje opowiedzenie się za pewnymi postawami i potępienie innych. Jerzy Stempowski opisuje w "Esejach dla Kasandry" wybitnego przedstawiciela "frontowych" historyków - profesora Szymona Askenazego, autora pisanych w okresie rozbiorów prac "Książę Józef" i "Łukasiński". Stempowski rozmawiał z Askenazym o jego książkach pod koniec lat 20. Ich "wersja słowna - zapisze Stempowski - odbiegała nieraz znacznie od tej, jaką zostawił w >>Łukasińskim<<. Z opowiadanych przezeń fragmentów wyłaniał się powoli obraz chaosu, rozbieżnych i bezwstydnych interesów, nieporadności...". Askenazy tak to tłumaczył: "Historię pisałem ad usum delphini, dla młodzieży, którą starałem się wychować, przygotować moralnie do nowej walki o niepodległość. Dziś można by to oczywiście opowiedzieć na nowo, inaczej - ale dla kogo?".

Historiografia nie jest zatem podporządkowana szukaniu bezstronnej prawdy, ale istniejącym w społeczeństwie wartościom politycznym, szczególnie - walce o wolność. To frontowe myślenie po 1945 roku kontynuowali komunistyczni profesorowie historii ("prawda jest klasowa") i siłą rzeczy także ich przeciwnicy, coraz bardziej oddalając się od Tukidydesowego ideału historyka jako obiektywnego opisywacza wszystkich stron konfliktu, chłodno ujawniającego antagonistyczne interesy i metody ich realizacji. "Dziś można by to napisać inaczej", mówił Askenazy, poświadczając, że świadomie wybrał nieobiektywną wersję historii. Że nie szukał prawdy. Wydaje się, że zgoda na tworzenie historii na zamówienie grup społecznych i pod wpływem okoliczności, pisanie jednej wersji "na wczoraj" i innej "na dzisiaj", owo szlachetne krzepienie serc, nadal pozostaje zmorą polskiej historiografii. Książka Eislera jest tego dobrym przykładem.

Bowiem obok tendencyjności przejawiającej się w całkowitym zawierzeniu na słowo jednej tylko ze stron historycznego dramatu autor "Polskiego roku 1968" wybiera, w wypadku istnienia wielu stanowisk wewnątrz grupy "komandoskiej", tę opinię, która jest dla tej grupy najlepszą reklamą. Zamiast krytycznie weryfikować różne stanowiska, powiela on i rozbudowuje dawne mity o "komandosach".

Drugi mit: o solidarności "komandosów". W rozdziale "Procesy komandosów" autor zastrzega wprawdzie, że "różnie się dzisiaj postrzega >>sypanie<<" podczas składania zeznań, ale cytuje jedynie apologetyczną opinię Seweryna Blumsztajna, mówiącego, że siedzący w więzieniach "komandosi" zachowali się bardzo dobrze: "Około 20 osób, po prostu, odmawiało zeznań. Cała reszta w zasadzie mówiła niezwykle szlachetnie i przyzwoicie". Jedynie "3-4 osoby się w śledztwie połamały i mówiły to, co w dużej mierze chcieli od nich usłyszeć oficerowie śledczy".

Całkowicie pomija Eisler opinię nie byle jakiego "komandosa", bo Adama Michnika, który w eseju "Rana na czole Adama Mickiewicza", zamieszczonym w "Gazecie Wyborczej" 4 listopada 2005 roku, ściśle połączył ruch filomacki z Marcem '68 roku. Michnik interpretuje - za Pigoniem - opisaną w "Dziadach" "ranę na czole Konrada" jako przyznanie się Mickiewicza do współpracy z carską policją. Po czym - porównując filomatów i "komandosów" - Michnik pisze tak: ta rana "będzie odnawiać się na polskich czołach przez następne dwa stulecia - niemal każdy z nas nosić będzie na czole tę ranę, która co pokolenie zaczyna krwawić".

Obiektywne, "zachodnie" podejście nakazywałoby historykowi zestawienie sugestii Michnika z opinią Blumsztajna i zapytanie autora eseju, w jakim stopniu postawa ("rana") Mickiewicza była aktualna w Marcu '68? Jak bowiem inaczej można rozstrzygnąć spór, w którym jeden "komandos" mówi: "niewielu z nas współpracowało", a drugi sugeruje, że "niemal każdy z nas" to robił? Eisler rezygnuje z wyświetlenia tej sprawy. Choć słusznie przestrzega czytelnika przed zawierzeniem na słowo niektórym przytaczanym w książce świadectwom, a wśród nich wypowiedziom radzieckiego działacza P. Kostikowa, całkowicie zarzuca sceptycyzm, gdy mówi o "komandosach". Oto przykład: opisując ich postawę podczas śledztwa, pisze Eisler o błędnej informacji w zeznaniach Henryka Szlajfera, "który nie wiadomo dlaczego zapisał (prawdopodobnie tak mu się wydawało), że to właśnie Toruńczyk przewiozła do Paryża >>List otwarty do Partii<< [Kuronia i Modzelewskiego - przyp. B. Ś.] i tam spowodowała jego wydrukowanie. Tego rodzaju pomyłek można znaleźć w aktach dużo więcej". Powtórzmy: nie wiadomo - niestety - na jakiej podstawie Eisler powołuje się na pochlebne świadectwo Blumsztajna o "komandosach", a wyklucza surowszą opinię Michnika. Nie wiadomo także, dlaczego - bez krytyki źródeł i merytorycznej dyskusji - arbitralnie określa zeznanie Szlajfera jako "pomyłkę". Nawet nie próbuje go sfalsyfikować, co przecież jest zabiegiem z elementarza historyka (przynajmniej na Zachodzie). Może bowiem było zupełnie inaczej? Może zeznanie Szlajfera było zgodne z oskarżeniem prokuratorskim skierowanym przeciwko Barbarze Toruńczyk? Skąd o tym wiem? Byłem świadkiem obrony na Marcowym procesie Toruńczyk. Stałem naprzeciwko Szlajfera, świadka oskarżenia.

Trzeci mit: o studenckim Marcu. Rewelacyjna jest natomiast przeprowadzona przez Eislera weryfikacja powszechnie powtarzanego mitu o izolacji studentów od reszty społeczeństwa podczas rewolty marcowej. Mit ten wykorzystuje się także, by przeciwstawić "inteligencki Marzec" - "robotniczemu rokowi 1970". W "Polskim roku 1968" pojawiają się szczegółowe opisy zajść marcowych poza stolicą, które przekonywająco obalają mit inteligencko-studenckiej izolacji: 15 marca w Gdańsku "zatrzymano 194 osoby, w tym ok. 30 studentów oraz aż 83 młodych robotników, w tym 58 stoczniowców", w Łodzi aresztowano 14 osób, "niebędących zresztą studentami", a w Opolu władze obawiały się wystąpień mniejszości niemieckiej... Poparcie różnych grup okazane studenckiej walce potwierdza konkluzja Eislera: "od 7 marca do 6 kwietnia w całym kraju zatrzymano 2725 osób, w tym 937 robotników - o ponad 300 więcej niż studentów". Był Marzec zatem ruchem studentów - czy robotników?

Jednocześnie podane przez autora dane obalają inny jeszcze mit o Marcu - że mianowicie nie był on dziełem Polaków, ale "zrobili go Żydzi" związani ze stołecznymi uczelniami. Szkoda że Eisler nie stworzył choćby socjologicznego szkicu typowego uczestnika Marca, z informacjami o jego (jej) wieku, wykształceniu, pochodzeniu i statusie społecznym.

W zeszłym roku profesor Jerzy Eisler prezentował w Kopenhadze wystawę o Marcu '68. Siedziałem tuż obok niego, nieledwie ramię w ramię - badacz i uczestnik-świadek tego samego wydarzenia. Rozpoczynając swoją prelekcję, Eisler powiedział: "Dopiero gdy wymrą świadkowie jakiegoś wydarzenia, historyk może je rzetelnie opisać". Nie zgadzając się z tym, nie chciałem na miejscu zadośćuczynić życzeniu badacza. Lektura "Polskiego roku 1968" podtrzymuje mnie w przekonaniu, że miałem rację: bowiem jedynie sceptyczny dialog historyka i - żywego! - świadka skierować nas może ku historii prawdziwej.

p

, ur. 1946, pisarz, publicysta, filozof; studiował na Uniwersytecie Warszawskim, skąd w 1968 roku został usunięty na fali wydarzeń marcowych. Od 1970 roku przebywa na emigracji w Danii. Wykładowca Uniwersytetu Kopenhaskiego, tłumacz i znawca twórczości S?rena Kierkegaarda - w 2000 roku w jego przekładzie ukazała się jedna z najważniejszych książek duńskiego filozofa "Powtórzenie". Oprócz wielu pomniejszych artykułów i rozpraw Świderski opublikował dwie powieści: "Autobiografie" (1981) oraz "Słowa obcego" (1998), a także książkę "Gdańsk i Ateny. O demokracji bezpośredniej w Polsce" (1996) poświęconą doświadczeniu "Solidarności".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj